Moja przyjaciółka Ksenia, z którą przyjaźnimy się już 20 lat, w zeszłym roku zaprosiła mnie na swoje urodziny.

CIEKAWE

Zebrała wszystkich swoich przyjaciół w restauracji, gdzie była sala zabaw dla dzieci. Pojechałam z Katią.

Dla dzieci był przygotowany osobny stół plus mnóstwo innych atrakcji: moja córka była zachwycona i bawiła się przez cały wieczór osobno.

My, dorośli goście, siedzieliśmy przy osobnym stole.

I tak się złożyło, że tego wieczoru wszyscy byli w parach.

No absolutnie wszyscy. Tylko ja jedna.

Miałam wtedy taki etap cieszenia się swoją wolnością.

Tak myślałam. Tak mi się wydawało.

Do tamtego wieczoru… A tamtego wieczoru, będąc w otoczeniu bliskich mi, cudownych ludzi, nagle poczułam tak dotkliwą, przeszywającą samotność…

Po prostu nie do zniesienia. Wychodziłam z restauracji na dwór, próbując zrozumieć, czemu to mnie tak dopadło.

Z czego? Nigdy cudze szczęście nie było dla mnie problemem — wręcz przeciwnie: zawsze umiałam cieszyć się z innych.

Więc czemu akurat teraz to mnie tak uwiera?

Tylko dlatego, że jestem sama?

Bez pary? Czemu to mnie „dogoniło” akurat teraz?

Tu mąż naprzeciwko czule całuje żonę w ucho, tam drugi troskliwie przykleja jej plaster na stopę, bo obtarła butami, trzecia para ma jakieś swoje sekrety — tak są sobą zajęci, że mają w nosie imprezę, ale przy tym zakochani jak nastolatki.

A u mnie? A u mnie w tym miejscu — pustka.

Łzy cisnęły się do oczu.

Nie umiałabym tego wytłumaczyć Kseni.

Co miałabym powiedzieć?

„Nie mogłabyś następnym razem zaprosić ludzi, którzy nie są tak nachalnie szczęśliwi?”

Ostatecznie z córką dość szybko pojechałyśmy z tej imprezy.

Wymówiłam się koniecznością pakowania się na delegację (co było prawdą, ale połowiczną: delegacja faktycznie była, ale nie rano, więc spokojnie mogłam zostać, tylko czułam się tak nieszczęśliwa, że nie chciałam psuć ludziom zabawy).

Kiedy wracałyśmy taksówką, zaczęła się burza.

I rozpłakałam się w aucie. Z litości nad sobą.

— Mamo, coś się stało? — spytała przestraszona Katia.

Chciałam odpowiedzieć: „Stało się.

Jestem sama, Katiu.

Wszyscy wokół potrafili zbudować relacje, a ja — nieudacznica — nie potrafiłam.

I oni wszyscy jakby biją mnie swoim szczęściem”.

Ale na głos powiedziałam:

— Nie, Katiusiu, po prostu boli mnie głowa.

A burza — to jakby natura płakała.

A ja po prostu postanowiłam popłakać razem z nią, żeby ją wesprzeć…

Zaraz dojedziemy — i od razu idę spać.

Tak uwielbiam spać, kiedy jest burza.

A łzy pomogą zasnąć. Minął rok.

Dokładnie rok. Wczoraj Ksenia znów miała imprezę.

I znów do niej pojechałyśmy.

A skład gości był praktycznie ten sam.

Te same szczęśliwe pary.

I ja. Znów sama. No, z córką.

I wczoraj było mi dobrze i wesoło.

Wspaniały wieczór w świetnym towarzystwie bliskich mi ludzi.

I żadnych rozterek z powodu mojego solo-statusu.

Czułam się wolna i naprawdę szczęśliwa…

To znaczy, tego bólu „jestem sama” w ogóle nie było, była za to świadomość, dlaczego tak wybieram — a w tej świadomości jest dużo wolności.

I jeszcze jedna sytuacja.

W zeszłym roku jeden z moich organizatorów podczas trasy nagle mówi:

— Zamknij oczy, mam dla ciebie niespodziankę! Zamknęłam.

Niespodzianką był bento-tort z napisem „JESTEŚ GWIAZDĄ!” i cztery świeczki.

— Co to?

— Postanowiłam — mówi organizator.

— Że fajnie będzie uczcić fakt, że już czwarty rok z rzędu przylatujesz do naszego miasta i robisz komplety na widowni.

Jesteś wielka!

A ja byłam zmęczona, wykończona częstymi lotami, z przeziębieniem, i ta radość — już cztery lata! — zabrzmiała dla mnie inaczej:

„Patrz, latasz jak potłuczona po świecie, jak chomik w kołowrotku, lata mijają, a ty masz tylko pracę”.

Zdmuchiwałam świeczki i na wszelki wypadek zgasiłam je jeszcze łzami.

— Co się stało? Tort ci się nie podoba? — przestraszyła się organizatorka.

A ja nawet nie wiem, jak to wytłumaczyć.

Chyba po prostu zmęczenie grało pierwsze skrzypce.

Przecież ja kocham swoją pracę, co mnie napadło?

Skąd ta litość nad sobą?

Przecież to cudowne, że od tylu lat wszystko się udaje!

Jak można się rozsypać przez gratulacje???

Ale mnie wtedy naprawdę złamało.

Właśnie ta litość nad sobą. Minął rok.

Niedawno inny mój organizator zrobił mi całą imprezę z okazji tego, że piąty rok z rzędu podbijamy miasto (już inne, ale nieważne), robimy pełne sale.

I byłam taka szczęśliwa, dumna z siebie, świętowałam tę okazję z radością i świadomością: „Tak, zrobiłam to!

Zasłużyłam! Jestem gwiazdą!”

Chyba po prostu zmądrzałam przez ten rok.

Poustawiałam sobie wszystko w środku, zaczęłam lepiej słyszeć siebie, nauczyłam się przypisywać sobie dobre rzeczy.

Ostatnio wyszedł film z popularnym blogerem w roli głównej i moja Katia wyciągnęła mnie na niego.

I tam w fabule ojciec złości się na dorosłą córkę (nastolatkę), którą zabrał na łono natury, a ona z jakiegoś powodu niezadowolona:

— Przecież chciałaś na biwak, prosiłaś!

Wziąłem urlop — i proszę, masz biwak.

Czemu masz kwaśną minę?

— Prosiłam o biwak dwa lata temu — burczy dziewczynka.

— No i co się zmieniło?

— Ja się zmieniłam! — odpowiada.

Chodzi o to, że czas pomnożony przez człowieka daje innego człowieka.

Zmienił się. Jego pragnienia się zmieniły. Stan.

To, kim jest. Minął rok.

Naprawdę czuję, jak się zmieniłam.

Są kwestie, w których już czuję energię tam, gdzie kiedyś była tylko rana.

Nie wszędzie, oczywiście.

Są w moim życiu jeszcze dwie-trzy duże, nierozwiązane sprawy — zbieram siły, żeby się za nie zabrać.

Ale ogólne wewnętrzne poczucie jest takie — że radzę sobie z życiową turbulencją — i to jest bezcenne.

Zniknęła ta panika: za co się zabrać?

Co robić? Wszystko wymyka się spod kontroli!

Ze wszystkim nie zdążę! Zdążam. Zdążam z tym, co wybrałam.

I co najważniejsze — zdążam zauważać powody do szczęścia, a tych w moim życiu jest naprawdę dużo…

Wczoraj na imprezie mąż jednej z przyjaciółek Kseni wznosił toast i żartobliwie powiedział:

— Masz taki wewnętrzny kręgosłup, Ksenia.

Wielu facetów mogłoby ci zazdrościć takiego kręgosłupa!

Wszyscy się zaśmiali, bo od razu można tu dorzucić frywolne skojarzenia, choć z Ksenią mamy bardzo podobny charakter i ten kręgosłup — to czysta prawda.

A Ksenia, piękna w delikatnej sukience, z fryzurą i małą córeczką na rękach, zażartowała oburzona:

— No nie. Ja chcę być kobieca.

Nie przyjmuję tego komplementu. Daj inny.

— To oddaj ten mnie, skoro ci niepotrzebny.

Dla mnie pasuje idealnie.

Świetny komplement… — zaśmiałam się.

Było dobrze. Było z serca.

Chcę powiedzieć, że żyjemy i się zmieniamy.

I czasem tego nie zauważamy.

Dlatego warto czasem obejrzeć się za siebie, żeby…

Żeby zachwycić się swoim wzrastaniem.

Na zdjęciu — my wczoraj)

Bewerten Sie den Artikel
Mit Freunden teilen