Nie jestem służącą

— Marish, mam złe wieści — westchnął ciężko Oleg, dobierając słowa tak, jakby bał się je wypowiedzieć.

— Z matką jest bardzo źle. Osiemdziesiąt pięć lat — to nie żarty!

Potrzebuje stałej opieki, sama już sobie nie poradzi.

— Och, Oleg, od dawna to czułam — westchnęła zmęczona Marina, patrząc przez okno na szare ulice Jekaterynburga.

— Rozmawiałeś z bratem?

Chyba trzeba będzie zatrudnić opiekunkę, inaczej się nie da.

— Tak, gadałem z Genką rano — Oleg potarł skronie.

— Ale opiekunka to drogo.

I strach obcej do mamy wpuszczać.

Potrzebny ktoś swój, bliski.

— Czyli proponujesz, żebyśmy się zmieniali? — zmarszczyła brwi Marina.

— A Tamara, żona Geny?

Zgodzi się?

Przecież ona taka… delikatna, wątpię, że będzie chciała zajmować się chorą.

— Nie, Tamary Gena nie będzie fatygował — machnął ręką Oleg.

— Wiesz, że ona jest zbyt wrażliwa.

Pomyśleliśmy z nim i doszliśmy do wniosku… że powinnaś się zwolnić i sama opiekować się matką.

Marinie zaparło dech.

Zastygła, jakby czas wokół niej stanął.

Pracowała w szkole, do emerytury miała już blisko, a myśl o rzuceniu wszystkiego dla teściowej wydawała się koszmarem.

— Oleg, muszę to przemyśleć — wykrztusiła, tłumiąc drżenie w głosie.

— Jeśli się zwolnię, stracę staż.

Pensję.

Emeryturę.

To nie jest takie proste!

— Marina, ja cię utrzymam — powiedział stanowczo Oleg.

— Z Geną wszystko omówiliśmy.

Ty jesteś najlepszym rozwiązaniem.

Mama nie znosi obcych, sama znasz jej charakter.

— Oleg, ja sama nie jestem okazem zdrowia! — wybuchnęła Marina, czując, jak w piersi kipi uraza.

— Czekam na emeryturę, żeby wreszcie trochę pożyć dla siebie.

Opieka nad starą osobą to piekielna harówka!

A wy z Geną nawet mnie nie zapytaliście, zadecydowaliście za mnie.

Jak ja sama dam radę z Niną Iwanowną?

— Damy radę, Marinka — złagodniał Oleg, ale w głosie brzmiało zmęczenie.

— Pomożemy z Geną.

I nie zapominaj: mieszkamy w mieszkaniu, które mama nam podarowała.

Czas i tobie okazać wdzięczność.

Rzeczywiście, Nina Iwanowna podarowała Olegowi mieszkanie jeszcze na ślub.

Mieszkanie było zapisane tylko na niego, ale teściowa przy każdej okazji przypominała Marinie, że się „przykleiła” do ich rodziny.

„Szczęście masz, Marinka, że do nas trafiłaś!

Sama to byś nic nie miała, rodzice z zapadłej wsi.

Gdyby nie Oleg, gniłabyś tam” — lubiła powtarzać Nina Iwanowna, patrząc na synową z jadowitą pogardą.

Cała rodzina Olega traktowała Marinę chłodno.

Wydawała im się zbyt prosta, nie z ich sfery.

A Tamara, żona Geny, była oczkiem w głowie Niny Iwanowny.

Obsypywała ją komplementami i drogimi prezentami.

Na święta Tamara dostawała złote kolczyki, a Marina — krem z dyskontu.

Tamarze — torebka z butiku, Marinie — sfatygowana chustka.

Marina prosiła, żeby nic jej nie dawali, ale teściowa była nieugięta, podkreślając różnicę.

Kiedy Marina skarżyła się Olegowi, machał ręką: „Daj spokój, mama z serca!”

Do wnuków Nina Iwanowna też miała różny stosunek.

Synka Geny i Tamary, Stiepana, uwielbiała, a Lizi, córki Mariny i Olega, jakby nie zauważała.

Nawet teraz, gdy Liza wyjechała na studia do Petersburga, rzadko dzwoniła, zajęta swoim życiem.

Marina nie zgodziła się od razu.

Wzięła w pracy miesiąc urlopu, żeby spróbować się opiekować, i twardo powiedziała Olegowi:

— Spróbuję miesiąc.

Potem zdecydujemy.

Nie fair wszystko zrzucać na mnie.

— Dobrze — zgodził się Oleg.

— Ale mamy nie można zostawiać samej.

Przewieziemy ją do nas.

— Dobrze — westchnęła Marina.

— Ale tylko na miesiąc, Oleg.

Nie zapomnij.

Następnego dnia Nina Iwanowna już leżała w ich mieszkaniu.

Prawie się nie ruszała, całe dnie spędzała w łóżku.

W domu zapachniało lekami, powietrze zrobiło się ciężkie.

Oleg rozkazywał:

— Podłóż poduszkę, mamie niewygodnie!

— Zrób kolację, sama nie da rady!

— Dopilnuj, żeby tabletki wzięła!

Teraz ty za nią odpowiadasz!

Marina padała z nóg, ale Nina Iwanowna jakby się znęcała: raz rozleje zupę, raz schowa tabletki, raz poskarży się na przeciąg.

Po tygodniu przyjechali Gena z Tamarą.

Obejrzeli mieszkanie, jakby sprawdzali, czy godne Niny Iwanowny, i ignorowali Marinę.

Gena nachylił się do matki:

— Mamo, jak ci tu?

Marina nie dokucza?

Jak coś — mów.

— Och, synku — zaczęła słabym głosem Nina Iwanowna — kto starej potrzebny?

Marina na mnie patrzy jak na ciężar.

Opiekuje się byle jak.

Wczoraj chciałam barszczu, a ona makaron odgrzała!

Marina, słysząc to, nie wytrzymała:

— Nino Iwanowna, zupa jeszcze jest, jutro barszcz ugotuję.

Po co gotować za dużo, jak się psuje?

Tamara od razu rozłożyła ręce:

— Jak tak można?

Choremu trzeba świeże!

Przecież teraz nie pracujesz, co ci przeszkadza?

— I tak mam pełno roboty — syknęła Marina.

— Jak przyjdzie twoja kolej, rób, jak chcesz.

— Ja nie mogę! — Tamara cofnęła się przestraszona.

— Mam pracę!

Ja się na tym nie znam!

Gena z Tamarą posiedzieli jeszcze chwilę i pojechali, nie proponując pomocy.

Marina się nie spodziewała.

Ale najbardziej bolała ją obojętność Olega.

Na jej prośby o pomoc machał ręką:

— Dasz radę.

Ja się w pracy męczę.

Zresztą opieka nad starymi to kobieca sprawa.

Minęły trzy tygodnie.

Marina zaraz miała wracać do pracy.

Oleg kilka razy jeździł do Geny i pewnego dnia oznajmił:

— Z bratem postanowiliśmy: zwalniasz się i opiekujesz się mamą.

Za to dostaniesz jej mieszkanie.

Przepisze w testamencie.

— Nie! — wybuchnęła Marina.

— Po tym miesiącu ledwo żyję!

Nie chcę mieszkania za taką cenę!

— A o Lizie pomyślałaś? — prychnął Oleg.

— Nie chcesz pomóc córce z mieszkaniem?

— Twoja matka może jeszcze dziesięć lat żyć, a ja przez ten czas padnę! — powiedziała twardo Marina.

— Mieszkanie i tak jest wasze.

Sprzedacie, podzielicie, Liza dostanie swoją część.

— Połowa to nie całość! — oburzył się Oleg.

— Opiekunka to koszt, a twoja pensja to grosze.

Nie op…

Kiedy Oleg spróbował przekonać ją jeszcze raz, Marina po prostu wzięła torebkę, wyszła za drzwi i już nie wróciła.

Mit Freunden teilen