Kiedy najmłodszy syn się ożenił, starsze dzieci już dawno wyprowadziły się z domu – córka wyszła za mąż i wyjechała do Jekaterynburga za mężem, syn w ogóle pojechał na Północ do pracy.
Swieta zawsze wiedziała, że starsze dzieci długo w wiosce nie zostaną – córka kochała piękne życie, całe dzieciństwo oklejała ściany obrazkami z czasopism, a syn mapami geograficznymi, też marzył nie o oborze i ogródku, lecz o dalekich krajach.

A najmłodszy, Jegor, zawsze był jej chłopcem, i kiedy mąż umarł, powiedział tak:
— Mamo, nigdy cię nie zostawię, zawsze będę z tobą mieszkać.
Stała wtedy na skraju grobu i powtarzała: – Jak ja bez ciebie, Wasieńko, jak ja bez ciebie.
Córka też płakała, starszy milczał jak lodowa bryła, a Jegor, któremu właśnie skończyło się dwanaście lat, stał przy niej przez całe pogrzeb, podkładając jej swoje drobne ramiona.
I dotrzymał obietnicy, nawet kiedy się uczył – prawie każdy weekend przyjeżdżał do domu.
Dlatego szukał żony takiej, która zgodzi się mieszkać z nim w wiosce.
Dom wybudował, prawda, na innej ulicy – w pobliżu miejsca już nie było.
Zapraszał matkę do siebie, by się przeprowadziła, ale Swieta odmówiła – po co w domu dwie gospodynie?
Niewiastę nazywano Zoja. Miała duże niebieskie oczy i długie włosy sięgające pasa.
Przywiózł ją Jegor z miasta, uczyli się razem i, jak przyznał matce, już wtedy zabiegał o Zoję, ale ona go nie zauważała. A tu teraz zauważyła, wychodzi na to.
Ślub był głośny, wesoły – zjechali się wszyscy krewni. Swietę teściowa się podobała – dobra dziewczyna, od razu widać, że z charakterem, a taka właśnie była potrzebna Jegorowi.
A że była delikatna i w domu nic nie umiała robić, to nic – Swieta ją nauczy.
Pierwszy konflikt pojawił się po tygodniu, kiedy Swieta przyszła pomóc ugotować zupę, bo Jegor nie mógł obejść się bez niej, miał od dziecka wrażliwy żołądek.
Zoja nakrzyczała na Swietę, powiedziała, że ma brudne ręce, a przecież dotyka nimi chleba. No to czym Swieta ma je dotykać?
Nie kłóciła się, wyszła, a wieczorem Jegor poprosił, by więcej nie przychodziła, jeśli jego nie ma – Zoja się denerwuje.
— Nie złościsz się, mamo, Zoja po prostu jest w stanie, stąd te nerwy – wyjaśnił.
I Swieta się nie gniewała. Wnuki – to dobrze, będzie czym zapełnić dziurę w sercu, bo kiedy dzieci się rozjechały, wszystko w środku robiło się zimne.
Na przywitanie rodzącej przyjechali rodzice, przyjaciółki i siostra.
Swieta chciała powiedzieć, że nie trzeba tyle ludzi przy noworodku, ale Zoja nazwała ją przesądą i wymownie spojrzała na męża.
Jegor poprosił matkę, by nie wymyślała, lepiej wszystkim zrobić herbatę, bo wszyscy są zmęczeni podróżą. Swieta tak zrobiła. Nakarmiła wszystkich i umyła naczynia.
A sama patrzyła na wnuczkę – taka mała, taka śliczna, tak bardzo chciało się ją wziąć na ręce!
— Mogę ją potrzymać? – zapytała.
Zoja spojrzała na ręce Swiety i powiedziała:
— Najpierw umyj ręce.
— Przecież właśnie myłam naczynia!
— No właśnie! Co za niechlujstwo!
Rodzice Zoi wpatrywali się w Swietę, i zrobiło jej się niezręcznie – może faktycznie czegoś nie rozumiała.
W końcu trzymała wnuczkę, oczywiście. Jak słodko od niej pachniało! Wyszła z niej cudowna dziewczynka.
Do tego Zoa zmieniła swoje zasady – pozwoliła Świecie przychodzić, gdy Jegor był w pracy, bo inaczej nic w domu nie zdążyła zrobić, a Swieta była z tego zadowolona.
Prawda, synowa zawsze znajdowała sposób, by ją podrażnić, i prawie nie pozwalała brać wnuczki na ręce, ale Swieta się do tego przyzwyczaiła.
Oczywiście się obrażała, ale cóż poradzić – syn ją tak kocha, więc i jej musiało się przyzwyczaić.
Jedyną rzeczą, która ją mocno dotknęła, było to, że Zoa nie wzięła różowego kombinezonu, który Swieta kupiła dla wnuczki.
— Kupiliście go na targu czy co? Moja córka czegoś takiego nie będzie nosić!
Poza tym – już jest ciepło, nie ma sensu gotować dziecka w kombinezonie, mamy kwiecień!
Dziewczynkę nazwano Anią, jak szwagierkę, a Jegor obiecał, że następną córkę nazwą na jej cześć.
Swieta wątpiła, by Zoa chciała mieć dużo dzieci, więc nie nastawiała się zbytnio. Ale tutaj się myliła.
Kiedy świętowano roczek Ani, Zoa i Jegor objęli się i oznajmili, że oczekują kolejnego dziecka.
Matka Zoi westchnęła, powiedziała, że to za wcześnie, a Swieta wtrąciła, że u niej między pierwszymi dziećmi też różnica była niewielka i nic się nie stało.
Szwagierka niezadowolona zacisnęła usta – zawsze tak robiła, gdy Swieta coś mówiła.
Ostatecznie wszyscy się ucieszyli, oczywiście, zaczęli gratulować młodym. Zoa zarumieniła się, mówiąc, że chce chłopca.
I tak się stało. Urodził się chłopiec, którego nazwano Wasia, i Swieta się rozpłakała – nie mogła nawet marzyć, że wnuka nazwą Wasieńką.
Do wnuka bardzo się przywiązała.
Drugie porody Zoi były trudne, i wtedy całkowicie przestała się opierać – pozwalała Świecie pomagać w domu i zajmować się wnukami, zwłaszcza najmłodszym, który przez cały pierwszy rok praktycznie spędził na rękach Świety.
Zoa leżała w łóżku i narzekała, że boli ją głowa.
Znacznie przytyła, nie mogła zrzucić wagi i ganiła teściową za to, że piecze ciasta.
A jak bez ciast, skoro Jegor je tak uwielbia? Poza tym Swieta wcale nie uważała Zoi za grubą.
No tak, zrobiła się pulchna, ale to dobrze. Jednak piec ciasta przestała.
Trzecie dziecko, Wanieczka, urodziło się. Biały, słabiutki, patrzeć bez łez nie można było.
Swieta oczekiwała, że Zoa znowu położy się na pół roku do łóżka, ale tutaj się myliła – synowa z takim zapałem opiekowała się swoim Wanieczkiem, jakiego Swieta nigdy nie widziała.
Nauczyła się gotować, robić masaż i utrzymywać czystość w domu.
Swieta zabierała starsze dzieci do siebie, więcej pomocy nie było potrzebne.
Dzieci rosły, Wanieczka wciąż był chorowity, więc Swieta pomagała także przy szkole, zwłaszcza gdy dziewczynka z ich wioski zaginęła.
Szukano jej długo – przyjechała policja, wolontariusze z psami. Znaleziono ją po miesiącu w rzece. I nie wpadła tam sama…
Jegor bardzo się wtedy przestraszył i poprosił Świetę, by odprowadzała dzieci do szkoły.
Po lekcjach zabierała je Zoa albo sam Jegor, jeśli wcześniej kończył pracę.
Okazało się, że Wania miał jakąś rzadką chorobę, Swieta próbowała się dowiedzieć od syna, ale ten tylko się złościł, nie mógł przyzwyczaić się do tego, że będzie miał takiego syna.
Synowa zaś mówiła, że Swieta z jej dziewięcioma klasami nic nie zrozumie.
Nie było tak strasznie – no, bladolicy, duża głowa i włosy jak puch.
A tak – zwykły chłopiec, mądry.
Zoa kochała młodszego syna ogromnie i nic wokół siebie nie zauważała.
Swieta wcześniej niż ona dowiedziała się, że Jegor zaglądał do sprzedawczyni Katyi i próbowała dziewczynkę od tego chronić.
Ale oczywiście dobrzy ludzie donieśli.
Tego dnia dzieci szły same do domu. Powiedział jej o tym Wasia, gdy rano Swieta przyszła po nie.
— Babciu, po co nas prowadzisz! Sami możemy. Wczoraj sam odgoniłem psy od Ani i nie zgubiliśmy się.
Ania bała się psów. Ale nie o to chodziło – Swieta nie mogła pojąć, dlaczego Zoa dzieci nie spotkała?
W tym czasie i tak spacerowała z Wanią.
Zoa była spuchnięta, z czerwonymi oczami i cieknącym nosem.
— Jak teraz wyjdę z domu? – pytała. – Wszyscy będą na mnie palcem wskazywać!
Przecież codziennie kupowałam jogurty dla Wani! Codziennie!
— Rzuć to! – stanowczo powiedziała Swieta. – Idź się umyj, ogarnij się. Pójdziemy razem do sklepu.
Ku zdziwieniu, synowa posłuchała rozkazu Świety i już po godzinie obie dumnie maszerowały do głównego sklepu, wożąc Wanię w wózku – wciąż słabo chodził.
Katya, stojąca za ladą, podniosła głowę i spojrzała bezczelnie na rywalkę.
— Katya, potrzebujemy masła, masz? Tylko dobrego, Jegor tak lubi ciasto z twarogiem, Zoa bardzo smacznie gotuje.
I świeży twaróg nam daj, i te drogie cukierki – Zoa je uwielbia, a syn nie żałuje pieniędzy dla ukochanej żony.
Właśnie dzisiaj ma wypłatę, mówił, że można wydawać wszystkie pieniądze.
Zoa stała obok i wyczuła zapał Świety – też włączyła się do gry. Gdy zakupy były spakowane, Kateryna nagle wypaliła:
— A jutro obiecali mi telefon. Z aparatem. Potrzebne mi wasze cukierki!
Swieta dyskretnie szturchnęła synową – nie martw się, telefonu nie będzie.
Pożegnały się i wyszły, a po obiedzie rzeczywiście razem zrobiły ciasto, ale Jegorowi nie zostawiły ani kawałka.
On, najwyraźniej już poinformowany przez kochankę, zaczął zaglądać pod ręcznik, gdzie zostały tylko okruszki.
— Nic mi nie zostawiliście? – obraził się.
— Przepraszam, nie zauważyłyśmy, że wszystko zjedzone – skłamała Swieta. – Ty, synku, zjedz barszcz, będzie ci zdrowszy.
A u nas wiadomość – dogadałam się, Zoa idzie do pracy.
Pamiętasz wujka Sashę? Otworzył usługę dostawczą, potrzebna mu telefonistka.
A co, pensja dobra, kierowcy mili, nie skrzywdzą naszej Zoi.
— A co z Wanią? – zmieszał się Jegor.
— A po co ja? Czy nie dam sobie rady z Wanią?
Dawaj pieniądze, trzeba Zoi kupić porządne ubrania, zrobić fryzurę. No dalej, czemu stoisz?
Nie śmiał nie posłuchać matki – wyjął portfel, jedną, drugą, trzecią banknot…
Dopóki Swieta nie opróżniła całego jego portfela, nie była spokojna.
A teraz idź i kup telefon swojej kochance, na co chcesz!
Oczywiście jeszcze nic z Sashą nie ustaliła, ale kiedyś był do niej lekko przychylny i nie mógł odmówić – wziął Zoię jako drugą telefonistkę.
— Nie rób Jegorowi awantur – poradziła Swieta. – Udawaj, że nic nie wiesz.
Tylko żadnych czułości i tego typu rzeczy, trzymaj się obojętnie.
Zajmij się dziećmi, domem i więcej opowiadaj o pracy.
Sama Swieta zaczęła chwalić Zoię synowi – i dobra gospodyni, i tak opiekuje się dziećmi, a jaka piękna!
Co innego można było zrobić – bo się pokłócą, Zoa wyjedzie do rodziców i zabierze dzieci…
Plan Świety zadziałał szybko. Kateryna najwyraźniej zrobiła awanturę z powodu braku prezentu, a w domu cisza i spokój, a żona rano piękna i już się krząta.
On nawet zaczął ją odbierać z pracy, po tym jak kilka razy kierowca podwiózł Zoię z pracy.
Swieta też nakłoniła Zoię, by nie kręciła się kokieteryjnie, a poprosiła kogoś po przyjacielsku, żeby Jegor niczego nie podejrzewał.
W ciągu trzech miesięcy Jegor omijał ten sklep szerokim łukiem, a Zoa świeciła się cały czas.
Wania oczywiście tęsknił za mamą, ale za to częściej chodził ze Świetą i nawet się wzmocnił – a co krzyża na dziecku stawiać, niech chodzi jak może, najważniejsze, że głowa mu pracuje.
Przed Wielkanocą Zoa przyszła rumiana, oczy błyszczą – widać, że nie może się doczekać, by przekazać wiadomość.
— Czekam dziecka – oznajmiła. – Byłam dziś u lekarza, będzie dziewczynka!
Swieta już dawno się domyśliła, że nastąpi przyrost, oko ma wyczulone. I że dziewczynka od razu była wyczuwalna po brzuchu.
— Teraz będziemy mieli też Świetkę – powiedziała Zoa i uśmiechnęła się.
— A gdzie ten różowy kombinezon, który Ani nie pasował?
Myślę, że przyda się teraz, bo ja będę rodzić jesienią.
Swieta rozpromieniła się, objęła synową i powiedziała:
— Leży sobie, gdzie ma iść! I buciki, i czapeczka… A, jak to…
— Swieta zmieszała się, nie wiedząc, jak zapytać, by nie urazić. – No, żeby jak u Wani…
Zoa machnęła rękami.
— Wszystko w porządku! Nie chciałam mówić, dopóki nie będzie jasne. Nie ma żadnej choroby, sprawdzili genetycznie.
Obie kobiety odetchnęły. Było dobrze i spokojnie. I tyle wspaniałych rzeczy przed nimi…







