Ciężkie rolki tapety niewygodnie ciągnęły
ręce w dół.

Walentyna przełożyła je wygodniej i skierowała
się w stronę samochodu, przy którym czekał na nią Igor.
Mąż stał obok otwartych drzwi kierowcy, odwrócony do niej plecami, i rozmawiał przez telefon.
— Tak, wszystko jest przygotowane — powiedział wesoło. — W piątek ostatecznie podpiszemy. Tak, tak, z Walą nie będzie problemów. Dobra, do zobaczenia.
Większości rozmowy Walentyna nie dosłyszała, ale własne imię zmusiło ją do czujności.
W tej minucie Igor odwrócił się i zauważył żonę.
— Co tak szybko? Już wybrałaś i zapłaciłaś?
— Sama widzisz — Walentyna wskazała na rolki. — Jak ci się podoba kolor?
Igor nawet nie zadał sobie trudu, żeby spojrzeć.
— Normalny. Jedziemy?
— Jedziemy.
Załadowali zakupy i wsiadli do samochodu.
Igor wyjechał z parkingu.
Po kilku minutach Walentyna zapytała niby to mimochodem:
— Z kim ty teraz rozmawiałeś przez telefon?
Mąż odpowiedział nie od razu.
— Z pośrodkiem… Z agentem nieruchomości.
— Z agentem nieruchomości? A po co ci agent nieruchomości?
— Czas, żeby Anton kupił własne mieszkanie — wyjaśnił Igor. — Już rozejrzałem się za kawalerką dla niego. Pieniądze po trochu odkładałem, chciałem zrobić synowi niespodziankę. I nic ci wcześniej nie mówiłem, bo bałem się, że przypadkowo się wygadasz i nie będzie żadnej niespodzianki.
Walentyna poczuła, jak puszcza niepokój.
Ich syn Anton rzeczywiście od dawna mieszkał w wynajmowanych mieszkaniach.
Oni z Igorem wielokrotnie rozmawiali o tym, że nie byłoby źle pomóc mu dorobić się własnego kąta.
— Zuch — powiedziała z uznaniem.
Potem westchnęła.
— A ja, kiedy usłyszałam twoje „z Walą nie będzie problemów”, wymyśliłam sobie zupełnie coś innego.
Igor uśmiechnął się pod nosem:
— Zdarza się.
Minęło kilka dni.
Małżonkowie kontynuowali remont, a Walentyna od czasu do czasu wspominała o Antonie i obiecanej kawalerce.
Z charakteru była osobą ciekawską i niecierpliwą, więc bardzo chciałaby na własne oczy zobaczyć przyszłe mieszkanie syna.
Przez te dni zdążyła ostrożnie wypytać Igora o nazwę biura nieruchomości i imię specjalisty, z którym współpracował.
Walentyna znalazła w internecie telefon i wybrała numer Łarysy Pietrowny.
— Łarysa Pietrowna? Dzień dobry. Nazywam się Walentyna, jestem żonę pana klienta Igora Tołstunowa. Pomagacie nam w sprawie mieszkania dla syna. Chciałam zapytać, czy ja też mogę je obejrzeć?
W słuchawce nagle zrobiło się cicho.
Po krótkiej pauzie agentka nieruchomości ostrożnie dopytała:
— Z mieszkanieniem dla syna?
— Tak, właśnie.
— Przepraszam bardzo, ale chyba czegoś nie rozumiem — powiedziała zagubiona Łarysa Pietrowna. — Przecież my zajmujemy się sprzedażą waszego mieszkania. Trzypokojowego. Igor Nikołajewicz wystawił je na sprzedaż prawie miesiąc temu. Czy pani o tym nic nie wie?
Walentyna zamarła pośrodku pokoju.
Przez kilka sekund nie była nawet w stanie się odezwać.
— Jak to — naszego mieszkania? — wykrztusiła w końcu. — Przecież sami w nim mieszkamy… Igor powiedział, że zamierza kupić kawalerkę Antonowi…
Wstrząs stopniowo ustępował miejsca jasności.
I wtedy Walentyna przypomniała sobie o najważniejszym.
— Poczekaj. Przecież ja w ogóle nie wyraziłam żadnej zgody na sprzedaż.
Teraz zdziwiła się już agentka nieruchomości.
— Jak to nie wyraziła? Przecież mam waszą notarialnie poświadczoną zgodę. Są wszystkie niezbędne pieczątki. Igor Nikołajewicz przyniósł dokument w zeszłym tygodniu. Tam jest pani podpis.
Walentyna poczuła, że uginają się pod nią nogi.
Ciężko osunęła się na kanapę.
Do żadnego notariusza nie chodziła.
I żadnych dokumentów zezwalających na sprzedaż mieszkania nie podpisała.
— Nie byłam u notariusza — powiedziała ledwo słyszalnie Walentyna. — Rozumie pani? Nic takiego nie podpisywałam.
Tym razem obie kobiety zamilkły na długo.
W końcu Łarysa Pietrowna odezwała się:
— Zróbmy w ten sposób. Przyjedźcie dzisiaj do nas na drugą godzinę. Tam na spokojnie we wszystkim się rozeznamy i wyjaśnimy, kto dokładnie i jakie dokumenty podpisał.
— Dobrze… Przyjedę.
Walentyna zakończyła rozmowę i jeszcze przez jakiś czas siedziała nieruchomo z telefonem w dłoni.
„No proszę…” — tylko tyle zdołała pomyśleć.
Teraz to wszystko układało się w dosyć zrozumiały obraz.
Żadnego mieszkania dla Antona Igor nie wybierał.
I kupować go, jak się zdawało, wcale nie zamierzał.
Za to istniało ich wspólne trzypokojowe mieszkanie, kupione przez małżonków wiele lat temu.
Wtedy lokal zapisano na Igora, a Walentyna przez minione lata prawie przestała o tym pamiętać.
Za to mąż, jak się okazało, nie zapomniał.
W piątek zamierzał sprzedać ich dom, posługując się dokumentem, na którym widniało nazwisko Walentyny, chociaż sama nigdy tego papieru nie podpisała.
I co miało się stać potem?
„Ciekawe, dla kogo to wszystko zaplanował?” — złościła się w duchu Walentyna.
Odpowiedź jednak nasuwała się sama.
Najprawdopodobniej w tej historii była inna kobieta.
W nocy Walentyna prawie nie mruknęła oka.
„Co teraz począć? — pytała siebie w kółko. — Co ja mam w ogóle zrobić?”
I stopniowo w pamięci zaczęły wracać szczegóły, którym wcześniej nie przywiązywała większego znaczenia.
Przez ostatnie pół roku Igor coraz częściej spóźniał się po pracy.
Telefon starał się nie zostawiać bez nadzoru.
Nawet w weekendy co jakiś czas znajdował powody, żeby gdzieś wyjść.
Chciał spędzać czas razem coraz rzadziej.
A i rozmawiał z żoną w ostatnim czasie o wiele oschlej i chłodniej.
Walentyna powinna była zwrócić uwagę na te zmiany wcześniej.
Ale wtedy wszystkie jej myśli zajmował remont.
„I tak czy inaczej, co robić?” — dręczyła się myślami.
Zrobić awanturę, krzyczeć, potłuc kilka talerzy?
Nie. To zupełnie nie w jej stylu.
Od razu iść na policję?
Same podejrzenia i słowa to za mało. Potrzebne są potwierdzenia. A zdobyć je Walentyna będzie mogła dopiero w piątek, kiedy ma dojść do transakcji.
Dlatego postanowiła czekać.
W piątek tuż przed drugą Igor wybrał się do biura nieruchomości.
Walentyna zebrała wszystkie dokumenty, jakie udało jej się znaleźć w domu, wezwała taksówkę i też pojechała na miejsce.
Dotarłszy do biura, Walentyna pewnie zapukała do drzwi gabinetu i, doczekawszy się odpowiedzi, wszedł.
Za biurkiem siedziała kobieta w jej wieku.
Sądząc po wszystkim, to była Łarysa Pietrowna.
Naprzeciwko agentki usadowili się Igor i nieznany Walentynie mężczyzna.
Oczywiście ten sam nabywca.
Wychodziło na to, że ten człowiek już zdążył obejrzeć ich mieszkanie bez Walentyny, a teraz zamierzał podpisać umowę kupna-sprzedaży, na którą prawdziwa właścicielka zgody nie wyrażała.
— Dzień dobry, Łaryso Pietrowno — powiedziała spokojnie Walentyna. — To ja do pani niedawno dzwoniłam. Wydaje mi się, że mamy tu małe nieporozumienie. Jestem żoną tego pana.
Wskazała głową w stronę Igora.
— Tak, oczywiście — odpowiedziała agentka. — Proszę wejść, usiąść.
Igor niemal stracił mowę.
Przez kilka sekund oszołomiony wpatrywał się w Walentynę, szeroko otwierając oczy i usta.
W końcu zdołał wykrztusić:
— Wala… Ty… Jak ty się tutaj znalazłaś?
Walentyna tylko przelotnie rzuciła okiem na męża i od razu zwróciła się do agentki:
— Łaryso Pietrowno, sprawa wygląda następująco. To mieszkanie kupiliśmy z Igorem, gdy byliśmy już w małżeństwie. Oto akt ślubu, a tu kopia umowy — Walentyna wyjęła przyniesione dokumenty i pokazała je kobiecie. — Nieruchomość została zarejestrowana na męża, ale kupowaliśmy ją wspólnie, a w razie potrzeby mogą to potwierdzić świadki. Dlatego bez mojej zgody nie może sprzedać mieszkania. A żadnej zgody nie wyrażałam.
Igor widocznie się zaczął denerwować.
— Wala, no co ty wymyślasz? — wykrzyknął, po czym odwrócił się do kupującego. — Witalij, proszę mi wybaczyć. Żonie po prostu puszczają nerwy. Mamy w domu remont, sam pan rozumie.
Witalij niejasno pokiwał głową.
Igor znowu zwrócił się do małżonki i zaczął mówić ostrzej:
— Wala, dość już robienia ludziom wody z mózgu! Przecież sama ze mną jeździłaś do notariusza i własnoręcznie podpisywałaś zgodę. Łaryso Pietrowna, niech pani jej pokaże ten dokument.
Agentka przejrzała papiery, wyjęła kartkę z pieczęťou państwową i podała ją Walentynie.
Ta uważnie przestudiowała dokument.
Na dole rzeczywiście widniało jej nazwisko.
Obok stał podpis, bardzo podobny do prawdziwego, jednak Walentyna od razu zrozumiała: wypisywała go obca ręka.
Na papierze była pieczęć notarialna, widniały dane kancelarii i numer rejestracyjny.
Tylko że u tego notariusza Walentyna nigdy nie była.
Podniosła głowę.
— Podpis nie jest mój. I u tego notariusza nigdy w życiu nie byłam.
— Twój, twój! — podniósł głos Igor. — Jeździłaś tam, po prostu zapomniałaś. Witalij, nie zwracaj uwagi. Podpisujmy już papiery. Mamy wszystko w porządku z dokumentami.
Kupujący zmarszczył brwi.
Przenosił wzrok z Igora na podejrzaną zgodę i wyraźnie już nie palił się do dalszego podpisywania umowy.
Łarysa Pietrowna też wyglądała na niepewną.
Wtedy Walentyna zaproponowała:
— A dlaczego by nam teraz nie zadzwonić do notariusza? Wyjaśnimy wszystko i od razu przetniemy ten spór. Co vy na to?
Witalij cicho powiedział:
— Zgadzam się.
Telefonu do kancelarii notarialnej nikt nie miał pod ręką.
Łarysa Pietrowna znalazła dane kontaktowe, wybrała numer i włączyła głośnomówiący.
— Dzień dobry. Chciałam zapytać, czy poświadczali państwo zgodę na sprzedaż mieszkania… — podała wymagane nazwiska, a następnie podyktowała numer rejestracyjny wskazany na papierze.
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast:
— Dokumentu z takim poświadczeniem u nas nie ma.
— Rozumiem. Dziękuję.
Łarysa Pietrowna zakończyła połączenie i spojrzała na Igora.
— Sam pan wszystko słyszał. I wie pan… — spojrzała najpierw na Walentynę, potem znowu na jej męża. — To oczywiście nie moja sprawa, ale czy nie łatwiej było oficjalnie się rozwieść, a potem podzielić wspólny majątek?
Igor coś niewyraźnie mruknął.
Walentyna odwróciła się do niego.
— Czyli dobrze zrozumiałam? Sfałszowałeś mój podpis, znalazłeś jakiegoś obcego notariusza, który zgodził się poświadczyć dokument z fałszywym podpisem, i…
— Wszystko było inaczej! — wykrzyknął nagle Igor i zakrył twarz dłońmi.
Walentyna uśmiechnęła się z ironią.
— W takim razie opowiedz, jak było, Igorze?
Poczekała chwilę i kontynuowała:
— Wiesz, mnie nawet nie obchodzi, kim jest ta kobieta, dla której zdecydowałeś się nie tylko mnie zdradzić, ale jeszcze wplatać w historię z fałszywymi dokumentami. Dziwi mnie coś innego. Naprawdę sądziłeś, że ja to wszystko przełknę? Że nie pójdę do sądu? Że nie zażądam unieważnienia transakcji albo przynajmniej odzyskania przypadającej mi połowy wartości mieszkania? Na serio na to liczyłeś?
Wtrącił się Witalij:
— A mnie teraz obchodzi co innego. O ile dobrze rozumem, żadnej transakcji już nie będzie?
Łarysa Pietrowna odpowiedziała sucho:
— Podpisywać umowy kupna-sprzedaży na podstawie sfałszowanych dokumentów nie mamy prawa.
— W takim razie żądam… — zaczął Witalij.
Ale Igor ostro mu przerwał:
— A mnie ciekawi co innego, Łaryso Pietrowno! — rzucił złością. — Teraz oczywiście próbujecie się zabezpieczyć. A dlaczego od razu nie sprawdziliście dokumentu, który wam przyniosłem? Gdyby żona tu nie przyszła, spokojnie sprzedalibyście mieszkanie, prawda?
Twarz agentki od razu stała się nieprzenikniona.
— Na podstawie fałszywych dokumentów nie mamy prawa zawierać umowy kupna-sprzedaży — powtórzyła jeszcze raz.
W gabinecie zapadła napięta cisza.
Po kilku sekundach znów przemówił Witalij:
— Żądam zwrotu zadatku.
Igor spuścił głowę.
— Ja… Teraz nie mam takiej możliwości. Ale na pewno wszystko oddam…
Kupujący odpowiedział twardo:
— Daję tydzień. Jeśli pieniędzy nie będzie, zgłoszę sprawę o oszustwo i sfałszowanie dokumentów. Mówię to teraz przy świadkach.
Igor pośpiesznie zapewnił go, że w ciągu tygodnia na pewno znajdzie pieniądze i w pełni zwróci zadatek.
Kiedy z Walentyną wyszli z biura na zewnątrz, ona od razu zwróciła się do męża.
— A teraz jedziemy złożyć pozew o rozwód — powiedziała chłodno. — Potem każdy idzie w swoją stronę. Ty udajesz się do swojej damy serca, a ja wracam do domu. Wszystko jasne?
Igor spróbował zaprotestować:
— Ale…
Walentyna nie pozwoliła mu dokończyć.
— W przeciwnym razie opowiem o wszystkim synowi, rodzinie i komu tylko będzie trzeba. A potem napiszę na ciebie doniesienie. Taki wariant bardziej ci odpowiada?
Igor mocno zacisnął zęby, ale nic nie odpowiedział.
Walentyna uśmiechnęła się:
— W takim razie podaj adres swojej ukochanej. Twoje rzeczy odeślę tam.
Igor nie protestował już więcej.
Wkrótce małżonkowie oficjalnie się rozwiedli i rozpoczęli podział majątku wspólnego.
Walentyna nie żałowała podjętej decyzji.
Później od wspólnych znajomych dowiedziała się, że Igor musiał sprzedać samochód, żeby zwrócić Witalijowi zadatek.
Sám mieszka teraz z tą samą kobietą i, o ile Walentyna wie, układają sobie życie całkiem normalnie.
Cóż, Walentyna się z tego cieszy.







