Żanna trzykrotnie z rzędu nacisnęła dzwonek
do drzwi — szybko, natarczyco, jakby żądała

natychmiastowego otwarcia.
Łarysa z ledwością zdążyła otworzyć drzwi, gdy siostra już wszła do przedpokoju i zaczęła w biegu zdejmować płaszcz.
— Wybacz, że przyjechałam bez zapowiedzi — zaczęła Żanna.
— Jestem tu tylko na sekundę.
Po prostu to pilna sprawa.
Łarysa milcząc odsunęła się na bok, przepuszczając ją.
Zresztą nie było się czemu dziwić: Żanna zachowywała się jak zwykle.
— Wejdź.
Napijesz się herbaty?
— Jaka znowu herbata?
W ogóle nie mam teraz do tego głowy — skrzywiła się siostra i usiadła przy kuchennym stole.
— Kostkowi zepsuł się samochód.
Wyobrażasz sobie, naprawa będzie kosztować prawie sto tysięcy!
— Wyobrażam sobie.
Tylko co ja mam z tym wspólnego?
Żanna spojrzała na Łarysę z takim wyrazem twarzy, jakby ta przed chwilą powiedziała jakąś niesamowitą bzdurę.
Mimo to postanowiła wyjaśnić oczywistą, jej zdaniem, rzecz:
— No jak to co?
Przecież Kostka musi dojeżdżać do pracy.
A poza tym mamy dzieci!
Jedno dziecko Żanny miało już dwadzieścia trzy lata, drugie dziewiękanaście.
Ale wystarczyło, że rozmowa schodziła na pomoc materialną, a siostra zaczynała mówić o nich tak, jakby w domu siedziało jej dwoje bezradnych maluchów.
— Sto tysięcy, mówisz — powtórzyła powoli Łarysa i usiadła naprzeciwko.
— No tak… — Żanna przygryzła wargę.
— Czy dla was z Olegiem to jakieś poważne pieniądze?
— M-m…
— On przecież na swoim stanowisku taką sumę zarabia w tydzień!
— kontynuowała Żanna.
— A my, ilekroć się staramy, i tak z trudem sobie radzimy…
„Zaraz zacznie się gadka o tym, że krewnym trzeba pomagać” — pomyślała Łarysa.
I się nie pomyliła.
Żanna nauszyła się i wypowiedziała:
— Powiedz mi jak siostra siostrze: czy naprawdę odmówisz pomocy własnej rodzinie?
Łarysa chwilę milczała.
— Nie odmówię.
Dam pięćdziesiąt tysięcy.
Nie trzeba zwracać, po prostu dam.
Ale, Żanna, w tym roku to już ostatni raz.
Wiosną robiliście balkon, latem kupowaliście pralkę.
Już wam pomagaliśmy.
Chcę tylko, żebyś o tym pamiętała.
Żanna niezadowolona zacisnęła wargi.
— Pięćdziesiąt… No dzięki, oczywiście.
Zawsze coś.
Szczerej wdzięczności w tym „zawsze coś” prawie nie było słychać.
Łarysa prosto przy siostrze przelała pieniądze przez telefon.
Żanna od razu sprawdziła, czy dotarły, po czym schowała telefon do torby i od razu zaczęła się zbierać.
Już przy drzwiach odwróciła się, szybko pocałowała Łarysę w policzek i paplała, że siostra jest jej jedynym prawdziwym oparciem na całym świecie.
Minutę później drzwi za Żanną się zamknęły.
Dwa tygodnie później nadszedł dzień urodzin ich matki.
Raisie Pietrownej stuknęło siedemdziesiąt osiem lat i zgodnie z przyjętą tradycją krewni zebrali się w jej domu.
O szóstej wieczorem niewielki salon był wypełniony gośćmi.
W pewnym momencie Łarysie zrobiło się duszno i wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza na balkon.
Balkon matki był długi, w kształcie litery L i wiecznie zastawiony jakimiś gratami, bez względu na to, jak bardzo próbowano tam robić porządek.
Zaczynał się przy salonie i ciągnął prawie do okna kuchennego.
Łarysa podeszła w sam narożnik i niespodziewanie usłyszała głosy krewnych.
Palili w kuchni przy otwartym oknie.
Rozmawiali cicho, ale odległość była niewielka, więc każde słowo doskonale dolatywało na balkon.
— …u niej w ogóle nie ma po co o cokolwiek prosić — mówiła Żanna.
— Ostatnio rzuciła mi jakieś nędzne okruchy, jakby dała jałmużnę, a potem jeszcze przypomniała, ile dobra dla nas zrobiła.
„A więc tak to wygląda” — pomyślała Łarysa.
Coś podpowiedziało jej, żeby wyciągnąć telefon i włączyć dyktafon.
Tak też zrobiła.
Rozległ się głos Kostka:
— No właśnie.
Pieniędzy ma mnóstwo, a nad każdą kopiejką trzyma się tak, jakby oddawała ostatnie.
Zaraz potem odezwała się Rita, ich cioteczna siostra, która z przyzwyczajenia lekko sepleniła:
— Ona po prostu zadziera nosa, nie ma co ukrywać.
Chociaż sami rozumiecie…
Wyrwała się z biedy i od razu uznała, że jest teraz lepsza od innych.
Zazwyczaj tacy właśnie są.
Pamiętacie, wcześniej przez kilka zim chodziła w tym samym płaszczu?
A potem dobrze wyszła za mąż i zadrła nosa.
Teraz jesteśmy dla niej po prostu biedną rodziną.
W ogóle nie zdziwię się, jeśli się nas wstydzi.
Żanna od razu ją poparła:
— Oczywiście, że tak jest.
Jej się w życiu powiodło, a winni z jakiegoś powodu jesteśmy my.
No nic.
Jeszcze jej o tym przypomnę.
Niech nie myśli, że będziemy przed nią klęczeć.
Dom ma, dwa samochody, a rodzonej siostrze normalnie pomóc finansowo żal.
Kostka uśmiechnął się:
— Nic to, złamiemy ją.
Ona jest miękka.
Na litość zawsze ją łatwo wziąć.
Popłaczecie się porządnie — i zlituje się.
Łarysa wyłączyła nagranie.
Jeszcze przez około minutę stała bez ruchu na balkonowej posadzce, po czym wróciła do gości.
Usiadła obok matki i kontynuowała imprezę tak, jakby niczego nie słyszała.
Tej nocy Łarysa długo nie mogła zasnąć.
Prawie do trzeciej leżała z otwartymi oczami i obmyślała, co robić dalej.
Rano zadzwoniła jako pierwsza do Żanny.
— Żanna, słuchaj, postanowiłam coś z tym zrobić — zaczęła czule Łarysa.
— Przyjedźcie w przyszłą sobotę razem z Kostkiem do nas.
Przygotuję kolację, spokojnie posiedzimy całą rodziną.
Przy okazji chcę normalnie załatwić sprawę z pieniędzmi, żeby wszystko było po ludzku.
Żanna chętnie się zgodziła:
— Jasne, droga!
Na pewno przyjedziemy!
Potem Łarysa zadzwoniła do Rity i zaprosiła również ją.
Po namyśle uznała, że matka także powinna być obecna.
W następną sobotę o siódmej wieczorem wszyscy zaproszeni zebrali się u Łarysy.
Pierwszy toast wzniesiono za rodzinę.
Jedli, pili, rozmawiali.
Łarysa nigdzie się nie spieszyła.
Dała gościom spokojnie zjeść i się odprężyć.
Dwa razy Kostka poruszał temat niezawodności niemieckich samochodów, stopniowo sprowadzając rozmowę do kosztów naprawy i wymieniając potrzebną sumę.
Łarysa nie przerywała.
A gdy przy stole zapanowała szczególnie ciepła atmosfera, wyraźnie rozluźniona Żanna wesoło mrugnęła do siostry:
— No co, siostrzyczko, porozmawiamy teraz o naszej sprawie?
Łarysa uśmiechnęła się.
— Oczywiście.
Zaprosiłam was dzisiaj właśnie w tym celu.
Przyniosła telefon, znalazła odpowiednie nagranie i je włączyła.
Po salonie rozniósł się głos Kostka:
— No właśnie.
Pieniędzy ma mnóstwo, a nad każdą kopiejką trzyma się tak, jakby oddawała ostatnie.
Zaraz potem odezwała się Rita:
— Ona po prostu zadziera nosa, nie ma co ukrywać.
Chociaż sami rozumiecie…
Wyrwała się z biedy i od razu uznała, że jest teraz lepsza od innych.
Zazwyczaj tacy właśnie są.
Pamiętacie, wcześniej przez kilka zim chodziła w tym samym płaszczu?…
Wszyscy przy stole jakby zamarli.
Goście z przerażeniem patrzyli na leżący przed nimi telefon.
Nikt nie wydusił ani słowa.
Łarysa zatrzymała odtwarzanie.
— To są wasze słowa.
Wypowiedzieliście je w kuchni mamy, kiedy ja stałam za rogiem na balkonie.
Wszystko doskonale słyszałam.
I, Rita, chcę cię trochę poprawić.
Kiedy dopiero zaczynaliśmy się dorabiać, chodziłam w tym samym płaszczu nie przez trzy zimy, a przez całe siedem.
I wtedy nikt z was nie zaoferował mi ani grosza pomocy.
Za to teraz nagle stałam się dla was bogata i z jakiegoś powodu mam obowiązek wszystkich utrzymywać.
Żanna od razu zaczęła się miotać:
— Łarys, no co ty?
Przecież my tylko żartowaliśmy.
Posiedzieliśmy, wypiliśmy, językami pozwoliliśmy sobie pomachać…
Ale napotkawszy wzrok starszej siostry, natychmiast zamilkła.
Łarysa uśmiechnęła się:
— Nie, Żanna.
To nie był żart.
A jeśli masz wątpliwości — oto świadek.
Wskazała na telefon.
— On niczego nie zmyśla ani nie przekręca.
Żanna otworzyła usta, ale odpowiednich słów jakoś nie znalazła.
Kostka odłożył kieliszek na stół i postanowił przejść do kontrataku:
— Słuchaj, krewna, a z jakiej racji w ogóle podsłuchujesz cudze rozmowy?
Na dodatek je nagrywasz!
Moim zdaniem to naprawdę niskie.
Do tej pory Oleg milczał, ale teraz się wtrącił:
— Niskie, krewniaku — rzekł, wymownie patrząc na Kostka — to siedzieć w cudzej kuchni i szeptać o gospodyni za jej plecami.
Niskie to ciągle żebrać o pieniądze u szwagierki, a potem obrzucać ją błotem.
A usłyszeć rozmowę, która toczy się w kuchni własnej matki, człowiek jak najbardziej może.
Kostka nie miał na to co odpowiedzieć.
Łarysa spokojnie omiotła wzrokiem zgromadzonych.
— A teraz o pieniądzach, dla których rzekomo dzisiaj się zebraliśmy.
Moja decyzja jest ostateczna.
Więcej pieniędzy nie dam nikomu.
Ani na samochód, ani na remont, ani na żadne inne potrzeby.
Chcecie wiedzieć dlaczego?
Ponieważ w pewnym momencie przestałam być dla was bliską osobą, a zamieniłam się wyłącznie w portfel.
Cóż, uznajcie, że ten portfel jest dla was od teraz zamknięty.
Mówiąc to, Łarysa zupełnie beznamiętnie wzięła łyk z kieliszka.
Po krótkiej, ciężkiej pauzie goście zaczęli się zbierać.
Pierwsza zerwała się Żanna.
— Nigdy więcej tutaj nie przyjdę! — rzuciła obrażona przy drzwiach.
Kostka milcząc ruszył w ślad za żoną.
Rita również wstała od stołu i, cicho mrucząc jakieś przeprosiny, pospieszyła się z ubrańmi.
Kilka minut później drzwi wejściowe zatrzasnęły się.
W mieszkaniu zostali tylko Łarysa, Oleg i Raisa Pietrowna.
Matka długo siedziała w milczeniu.
Potem spojrzała na córkę i cicho powiedziała:
— Wybacz mi.
Przecież cały czas myślałam: rodzina to rodzina, krewnym trzeba pomagać…
A wyszło tak.
Łarysa przykryła dłoń matki swoją.
— Mamo, nie masz absolutnie za co przepraszać.
Nie jesteś w tym w żaden sposób winna.
Po tamtym wieczorze Żanna już więcej nie dzwoniła do siostry z prośbami o pieniądze.
Czasami od wspólnych znajomych docierają do Łarysy słuchy, że Żanna wystawia ją jako zadzierającą nosa bogaczkę, która bez żadnego powodu urządziła rodzinie ogromną awanturę.
Łarysa z nikim się nie kłóci i niczego nie próbuje udowadniać.
Choć oczywiście wciąż jest jej przykro i gorzko świadomość, że dla rodzonej siostry rzeczywiście okazała się nie bliską osobą, a jedynie wygodnym źródłem gotówki.







