– Raiczka, ratuj! – W sobotę mój mąż ma jubileusz, pięćdziesiąte urodziny.

– Od ciebie potrzebuję kateringu pod klucz dla

czterdziestu osób.

– Wyślę cennik ze zniżką.

– Jaki cennik dla rodziny? – oświadczyła szwagierka…

Drukarka z niezadowoleniem zetrzeszczała, wypchnęła na zewnątrz tylko połowę faktury i nagle zamilkła.

Czerwony wskaźnik od razu zaczął nerwowo migać.

Raisa zmęczona zamknęła oczy, przycisnęła palce do skroni i spróbowała poradzić sobie z narastającym bólem głowy.

Jeszcze od samego rana czuła się niewyraźnie, a teraz jej stan tylko się pogarszał.

– Raja, utknęłaś tam na długo? – głośny głos męża dobiegł od strony rampa załadunkowej.

– Kierowcy już czekają, trzecia furgonetka jest zapakowana po brzegi, a dokumentów nadal nie ma!

– Spedytorzy nic nie mogą zrozumieć, Paszka wrzeszczy, że adresy znów się pomyliły!

– Już idę, Arkaszu!

Drukarka znowu zablokowała papier! – odkrzyknęła Raisa, jednocześnie próbując ostrożnie wyciągnąć strzęp papieru z rozgrzanego mechanizmu.

Nie zdążyła uporać się ze sprzętem, gdy leżący na stole telefon natarczywie zadzwonił.

Raisa rzuciła okiem na ekran i ledwo zauważalnie skrzywiła się.

Dzwoniła Inga, siostra Arkadija.

Zazwyczaj po takich telefonach następowała kolejna prośba, bardziej przypominająca żądanie.

Ale jeśli nie odbierze, potem będzie jeszcze gorzej.

Raisa odebrała połączenie.

– Tak, Ingo, dzień dobry.

– Raeiczko, uratuj mnie! – od razu zaczęła świergotać szwagierka.

– Mój mąż ma w sobotę jubileusz, pięćdziesiąt lat.

– Będziemy świętować na dachy, zaprosiliśmy przyzwoitych gości, ze czterdzieści osób na pewno się uzbiera.

– Potrzebuję normalnego kateringu, w pełni gotowego.

– Zrób swoje tartaletki z kawiarem, roladki z bakłażana, dobrą wędlinę, czerwoną rybę, julienne w kokilkach.

– Ogólnie rzecz biorąc, żeby wszystko wyglądało drogo i ładnie.

– I wyślij swój samochód, niech o drugiej godzinie przywiozą wszystko prosto na daczę.

Raisa w końcu poradziła sobie z drukarką, opuściła pokrywę i powoli się wyprostowała.

– Ingo, w tę sobotę mamy już zaplanowane trzy duże wydarzenia wyjazdowe.

– Wszyscy kucharze są zajęci, transport jest rozplanowany niemal co do minuty.

– Wolnych kierowców w ogóle nie ma.

– A produkty na czterdzieści osób trzeba zamawiać wcześniej i opłacać dostawcom zaliczką.

– Mogę wysłać ci nasze menu ze zniżką dla naszych.

– Wybierzesz, co potrzeba, wpłacisz połowę kwoty, a dostawę spróbujemy zorganizować przez zewnętrzną firmę.

Na drugim końcu linii zapadła krótka pauza.

– Jaki jeszcze cennik ze zniżką? – głos Ingi natychmiast stracił dawną słodycz.

– Raja, czy ty czegoś nie pomyliłaś?

– Arkasza to przecież mój rodny brat.

– Jego firma.

– Czy my jesteśmy teraz obcymi ludźmi, żeby płacić za przekąski?

– Sama zaraz zadzwonię do Arkadija, on szybko ci przypomni, jak się rozmawia z krewnymi.

– Wielka mi właścicielka biznesu się znalazła!

Raisa nawet nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ drzwi gabinetu gwałtownie się otworzyły i do środka niemal wleciał Arkadij.

Zimowa kurtka była rozpięta, twarz rozdrażniona.

– Raja, no ile można się grzebać?

– Gdzie są dokumenty?

– Paszka już zbiera się do wyjazdu!

– Arkadiju, twoja siostra dzwoni i prosi…

Nie pozwolił jej dokończyć.

Po prostu wyrwał telefon z ręki żony i przyłożył do ucha.

– Halo, Inka?

– Cześć!

– No nie przejmuj się, Rajka wszystko zrobi.

– Jaka jeszcze opłata?

– Co ty w ogóle opowiadasz?

– Skompletujemy wszystko jak należy, w najlepszym wydaniu.

– Ona sama w piątek wieczorem kręci się w kuchni, roboty tam najwyżej na dwie godziny.

– No to trzymajcie się, przygotowujcie spokojnie.

– Przyjedziemy, złożymy życzenia!

Arkadij zakończył połączenie i rzucił telefon na stół zasypany dokumentami, rachunkami i segregatorami księgowymi.

– Dlaczego psujesz humor siostrze? – zapytał z niezadowoleniem.

– Co, trudno przygotować kilka pudełek z jedzeniem?

– Zwróciła się do nas rzadko kiedy.

– Te „kilka pudełek” kosztuje samych produktów jakieś dwadzieścia pięć tysięcy, Arkadiju! – Raisa nie mogła się już powstrzymać.

– I trzeba je przygotowywać w nocy z piątku na sobotę.

– Kucharzom trzeba zapłacić za dodatkową zmianę.

– Kto im zapłaci?

– Ty?

– No proszę, znowu się zaczęło – mąż machnął lekceważąco ręką.

– Tak, Rajko, zapłacę.

– To moja firma.

– Ile uważam za stosowne, tyle wydaję na krewnych.

– A ty siedzisz tu w ciepłym gabinecie, stukasz w klawisze i potrafisz tylko liczyć cudze wydatki.

– Dawaj już te listy przewozowe.

– Nie mam czasu na sprzeczki z tobą, praca stoi.

Wieczorem Arkadij rozłożył się na skórzanej kanapie w salonie i leniwe przełączał kanały telewizyjne.

Raisa przyniosła z kuchni talerz gorących pielmieni, postawiła go na stoliku kawowym i powoli opadła w fotel naprzeciwko.

Zmęczyła się w ciągu dnia tak, że chciało się tylko położyć i zamknąć oczy.

Ale tej rozmowy nie można było dłużej odkładać.

– Arkaszu, musimy poważnie porozmawiać – powiedziała, siadając na samym brzegu fotela.

– Niedługo miną cztery lata, odkąd otworzyliśmy tę firmę.

– Przez te wszystkie lata logistyka, zakupy, wyszukiwanie dostawców, pracownicy, umowy, sprawozdania, podatki są na mojej głowie.

– Kontroluję praktycznie całą wewnętrzną pracę.

Arkadij nadal oglądał telewizję.

– Kiedy zaczynaliśmy, umówiliśmy się, że gdy tylko biznes zacznie przynosić stabilny zysk, oficjalnie mnie zatrudnisz i wyznaczysz normalną pensję co miesiąc.

Mąż nawet nie odwrócił głowy.

– Raeiczko, nie rozśmieszaj mnie.

– Jaka jeszcze pensja?

– Mamy rodzinny biznes.

– Oboje pracujemy na rodzinę.

– Wszystko, co zarobimy, i tak zostaje u nas.

– Po co robić sobie dodatkowe papierki i biurokrację?

Raisa milczała przez kilka sekund, patrząc na niego.

– Co znaczy „zostaje u nas”, Arkadiju?

– Naszą starą daczę przepisałeś w zeszłym roku na Galinę Pietrowną.

– Samochód, który kupiłeś całkiem niedawno za duże pieniądze, zarejestrowałeś tylko na siebie.

– A kiedy muszę pójść do lekarza albo kupić normalne zimowe buty, muszę prosić cię o kartę bankową, a potem pokazywać paragony i tłumaczyć każdy wydany grosz.

Starała się mówić spokojnie, ale głos i tak drżał.

– Pracuję tutaj po dwanaście godzin codziennie.

– Nie mam ani normalnych wolnych dni, ani urlopu.

– I za to wszystko nie dostaję absolutnie nic!

Arkadij głośno prychnął.

W końcu oderwał wzrok od ekranu i spojrzał na żonę z tym protekcjonalnym uśmiechem, którego Raisa nienawidziła bardziej niż otwartej impertynencji.

– Słuchaj, Rajko, jaka ty właściwie masz pracę, jeśli szczerze? – Arkadij się uśmiechnął.

– Zestawić cyfry w tabelach, przypomnieć kierowcy dwa razy, dokąd jechać, wydrukować papierki?

– Przecież sama doskonale rozumiesz, że żadna z ciebie prawdziwa szefowa.

– Śmieszne wręcz.

– Z taką pracą każda dziewczyna po pierwszym roku poradziłaby sobie za małą tygodniówką.

– Żyjesz na gotowym: mieszkanie opłacam ja, jedzenie nosisz do domu torbami z firmy.

– Więc powinnaś się cieszyć, że w twoim wieku w ogóle masz czym się zająć.

– Bo siedziałabyś całymi dniami w domu na kanapie, nudziła się i powoli głupiała.

Raisa przez kilka sekund w milczeniu patrzyła na męża.

– Czyli według ciebie wszystko, co robię, nie jest w ogóle warte niczego?

– Raja, tylko nie zaczynaj znowu swojegorzędzenia przed snem – Arkadij skrzywił się zniecierpliwiony i znowu odwrócił się do telewizora.

– Mam jutro, między innymi, prawdopodobnie najważniejszy dzień w całym życiu.

– Spotykamy się w restauracji z Wiktorem i Jurijem z Region-Snabu.

Ściszył nieco dźwięk telewizora i kontynuował już żywiołowe:

– Jeśli uda się podpisać kontrakt na dostawę gorących obiadów na ich budowy, wejdziemy na zupełnie inny poziom.

– Pieniądze popłyną ogromne.

– Przygotuj więc teczki prezentacyjne, jeszcze raz przejrzyj kalkulacje, sprawdź dokumenty, żeby nie było ani jednego błędu.

– Jutro wszystko musi wyglądać idealnie.

– Zrozumiałaś mnie?

Raisa powoli kiwnęła głową.

– Zrozumiałam.

– Wszystko przygotuję.

– No i dobrze – rzucił zadowolony Arkadij i podgłośnił odbiornik.

Raisa siedziała jeszcze chwilę w fotelu, potem wstała i poszła do kuchni.

Do późnej nocy sprawdzała dokumenty, weryfikowała ceny zakupów, drukowała na nowo arkusze prezentacji, ustalała dane samochodów i układała papiery w schludne teczki.

Na spotkanie Arkadij zamówił oddzielny, zamknięty gabinet w drogiej restauracji.

Potencjalni partnerzy – Wiktor i Jurij, reprezentatywni mężczyźni w średnim wieku w nienagannie skrojonych garniturach – niespiesznie przeglądali menu i cicho omawiali sprawy zawodowe.

Arkadij wręcz promieniował samouwielbieniem.

Głośno śmiał się ze swoich żartów, poufale poklepywał rozmówców po ramionach, dolewał napIojów i z miną wielkiego przedsiębiorcy zgadzał się z niemal każdą ich uwagą.

Raisa siedziała nieco z boku.

Przed nią leżał tablet i teczka z dokumentami, którą skompletowała niemal do świtu.

– No całą strukturę dostaw wymyśliłem osobiście od zera! – opowiadał głośno Arkadij, wygodnie rozparty w skórzanym fotelu.

– W pełni mój schemat, od pierwszej trasy po ostatni samochód.

– Mam taką dyscyplinę, że nikt nie śmie nawet pisnąć.

– Kierowca spóźnił się pięć minut – koniec, wolny.

– Żadnych próśb ani usprawiedliwień.

– Tylko tak działa poważny biznes, chłopy!

Wiktora w tym czasie uważnie przeglądał przygotowaną przez Raisę prezentację.

Zatrzymał się na stronie z trasami, potem przewrócił jeszcze kilka kartek i potaknął z uznaniem.

– Wygląda naprawdę profesjonalnie, Arkadiju Pietrowiczu.

– Widać, że system jest zbudowany rzetelnie.

– Ale mamy wyjątkowo surowe wymagania wobec zaplecza prawnego.

– Interesują nas dokumenty zezwalające, paszporty sanitarne na cały transport, certyfikaty na dostarczane produkty, umowy z dostawcami.

– Kto u państwa odpowiada za ten pion?

Zamknął teczkę i spojrzał na Arkadija.

– Rozumie pan, jeśli dział prawny popełni chociażby drobny błąd, konsekwencje mogą objąć całą naszą sieć.

– Nie potrzebujemy takich ryzyk.

Arkadij tylko się uśmiechnął i machnął lekceważąco ręką w stronę żony.

– Jaki znowu dział prawny?

– Rajka mi się tym zajmuje.

– Przekłada papierki, wyciąga faktury z drukarki, opłaca rachunki.

– No, administratorka w ogóle.

– Przynieś, podaj, sprawdź, czy podpis jest.

– A jak coś pomyli przez swoją babską nieuwagę, to szybko tłumaczę, jak trzeba pracować.

– U mnie się nie rozluźni.

Zaśmiał się i dodał:

– Kobiety mają do tego w sam raz – utrzymać porządek w teczkach, dopilnować dokumentów, póki mężczyźni zajmują się poważnymi sprawami.

Wiktor lekko się spiął i uśmiechnął uprzejmie, ale nic nie powiedział.

Raisa patrzyła na męża przez kilka sekund.

Potem spokojnie zamknęła tablet i wstała od krzesła.

– Przepraszam bardzo.

Arkadij od razu się zmarszczył.

– Rajko, nie przeszkadzaj nam w rozmowie.

– Lepiej zejdź do samochodu.

– W schowku powinny leżeć dodatkowe propozycje deserów.

– Przynieś je tu szybciej.

– Nie, Arkadiju – odpowiedła spokojnie.

– Nigdzie nie pójdę.

W gabinecie zrobiło się zauważalnie ciszej.

– Co znaczy „nie pójdę”?

Raisa wyprostowała się.

– A propozycje deserów leżą w twojej własnej teczce, na czwartej stronie.

– Wiedziałbyś to, gdybyś chociaż raz przed spotkaniem sam otworzył dokumenty, które dla ciebie przygotowałam.

Jurij lekko uniósł brwi i z wyraźnym zainteresowaniem przeniósł wzrok z Arkadija na Raisę.

Twarz męża natychmiast pociemniała.

– Raja, całkiem zapomniałaś, gdzie jesteś?

– Co ty sobie pozwalasz przy ludziach?

– Wjedziemy do domu – porozmawiamy.

– A teraz usiądź i siedź cicho.

– Nie – odpowiedła Raisa.

– Porozmawiamy właśnie teraz.

– Jeśli Wiktor i Jurij zamierzają powierzyć naszej firmie wyżywienie setek pracowników, lepiej, żeby od razu zrozumieli, z kim właściwie mają do czynienia.

– Raisa, co ja ci powiedziałem? – wycedził przez zęby Arkadij.

Wyciągnął rękę przez stół, jakby zamierzał chwycić żonę za nadgarstek, ale Wiktor spokojnie powstrzymał go za łokieć.

Jurij nie spuszczał oczu z Raisy.

– Arkadiju Pietrowiczu, nie przerywaj.

– Niech pani małżonka skończy.

– Dla nas jako zamawiających jest naprawdę ważne zrozumienie, jak wewnątrz firmy rozłożone są obowiązki i kto odpowiada za kluczowe procesy.

Wykonał zapraszający gest.

– Raiso, proszę kontynuować.

Ona znów usiadła, odwróciła do siebie tablet i otworzyła schemat struktury wewnętrznej firmy.

– mój mąż przed chwilą powiedział, że osobiście stworzył cały system dostaw.

– To nieprawda.

– Trzy lata temu z powodu jego chaotycznych decyzji firma znalazła się na skraju zamknięcia.

– Straciliśmy ponad połowę stałych klientów, bo samochody przyjeżdżały z opóźnieniem, kierowcy dostawali sprzeczne trasy, a zakupy robiono bez liczenia stanów magazynowych.

Arkadij drgnął.

– Raja, przestań ten cyrk!

Ale Jurij uniósł dłoń.

– Niech mówi.

Raisa kontynuowała:

– Po tym to właśnie ja całkowicie przekształciłam trasy.

– Ułożyłam nowy system rozdzielania zamówień, przeniosłam część zakupów na umowy bezpośrednie z producentami i obniżyłam koszty transportu o około trzydzieści pięć procent.

Przewróciła stronę na tablecie.

– Program ewidencji magazynowej, którym Arkadij tak lubi chwalić się przed partnerami, też nie powstał dzięki niemu.

– Zaprojektowała go moja siostrzenica według specyfikacji technicznej, którą napisałam ja.

– Prawa do korzystania z programu są zarejestrowane na moje nazwisko.

Arkadij gwałtownie skoczył na równe nogi.

– Ty…

– Kim ty w ogóle jesteś bez mnie?! – wrzasnął.

– Zapomniałaś, skąd cię wyciągnąłem?

– Dałem ci normalne życie!

– Wszystko pokazałem, wszystkim zabezpieczyłem, a teraz postanowiłaś mnie poniżać przed ludźmi?!

Raisa nawet nie podniosła głosu.

– Jestem osobą, na której przez cztery lata trzymała się twoja firma.

– Dopóki ty kupowałeś sobie drogie rzeczy, udawałeś wielkiego dyrektora i rozdawałeś krewnym to, co stworzyli inni.

Obróciła tablet w stronę partnerów.

– Dokumenty zezwalające, umowy najmu pomieszczeń produkcyjnych, dokumentacja sanitarna, certyfikaty i większa część porozumień z dostawcami są wystawione na mnie jako na przedsiębiorcę.

– Pod względem prawnym spółka Obied-Profi należy do mnie.

W pokoju zapadła cisza.

Raisa spojrzała prosto na męża.

– Arkadij zajmuje stanowisko dyrektora handlowego i ma prawo podpisywać część umów.

– Przy czym człowiek, który nazywa siebie właścicielem firmy, nie zna nawet adresu inspekcji, do której składamy główną sprawozdawczość.

Wiktor cicho gwizdnął i odchylił się na oparcie fotela.

Próbował zachować powagę, ale kąciki ust jednak mu drgnęły.

Jurij nie patrzył już na Arkadija.

Cała jego uwaga była przykuwa do Raisy.

– Ach ty… – Arkadij otworzył usta kilka razy, jakby nie mógł dobrać słów. – Jeszcze przede mną przypełzniesz!

– Bez mnie zginiesz!

– Komu jesteś potrzebna w takim wieku?

– Kto w ogóle będzie z tobą pracował?

Raisa spokojnie wstała i założyła płaszcz.

– Od dzisiaj w Obied-Profi zwalnia się od razu kilka bezpłatnych etatów, które łączyłam przez cztery lata: logistyk, księgowa, spedytor, kadrowa, administrator i osoba, która sprząta po wszystkich skutki waszych decyzji.

Arkadij zamarł.

– Rajka…

– Twoja siostra chyba liczyła w sobotę na darmowy katering?

– Przekaż Indze, że nic z tego nie będzie.

– Ani przekąsek, ani samochodu, ani darmowej nocnej pracy pracowników dla jej święta.

– Nie masz prawa!

– Mam.

– Bo zamówienia nie zostały jeszcze potwierdzone dokumentami i opłacone.

Wzięła torebkę.

– A w poniedziałek zaczynam sprawę rozwodową i podział majątku w drodze prawnej.

Arkadij zbladł.

– Zupełnie zwariowałaś?

– Jaki rozwód?

Raisa wyjęła z torby elektroniczny klucz dostępu i położyła go przed sobą na stole.

– Wszelkie operacje finansowe firmy zostają wstrzymane do momentu uregulowania prawnego.

– Dostępy do księgowości są zachowane.

– A umowy na lokale produkcyjne podpisane osobiście przeze mnie rozwiązuję zgodnie z ich warunkami.

– Rajka…

posłuchaj… – głos Arkadija nagle stracił dawną pewność. – Po co od razu tak? Przecież możemy spokojnie porozmawiać.

– Jesteśmy rodziną.

– Da się dogadać.

Raisa spojrzała na niego zupełnie obojętnie.

– No to dogaduj się z Ingą.

– To przecież twój bliski człowiek.

– Na pewno pomoże.

Potem odwróciła się do Wiktora i Jurija.

– Panie i panowie, przepraszam, że stali się państwo świadkami konfliktu rodzinnego.

– Mam szczerą nadzieję, że znajdziecie dla swojego projektu kompetentnego i wiarygodnego wykonawcę.

Odwróciła się i wyszła z gabinetu.

Drzwi za nią się zamknęły.

Przez kilka sekund nikt nie wydał z siebie ani dźwięku.

Arkadij ciężko opadł z powrotem w fotel, a potem zaczął pospiesznie tłumaczyć potencjalnym partnerom, że żona po prostu się zmęczyła, przeżyła stres, że mają czasem różnice zdań i w pracy to się nijak nie odbija.

Ale ani Wiktor, ani Jurij nie wyglądali już na ludzi gotowych dyskutować z nim o dużym kontrakcie.

Po odejściu Raisy stworzone wokół Arkadija pozory udanego biznesu zaczęły sypać się niemal natychmiast.

Początkowo był pewien, że z łatwością zatrudni parę osób na miejsce żony i wszystko będzie działać jak dawniej.

Okazało się jednak bardzo szybko, że nikt z nowych pracowników nie wie, z jakimi dostawcami trzeba dzwonić rano, kto zatwierdza dokumenty sanitarne, jak rozdzielane są samochody, jacy klienci wymagają osobnego pakowania, kto prowadzi negocjacje w sprawie najmu i dlaczego niektórych płatności nie wolno opóźniać nawet o jeden dzień.

Arkadij miotał się między kuchnią, magazynem a biurem, krzyczał na pracowników i żądał, żeby „po prostu pracowali normalnie”, ale porządku od jego krzyków nie przybywało.

Po kilku miesiącach część lokali produkcyjnych zamknięto z powodu narastających zobowiązań.

Kucharze jeden po drugim zaczęli rezygnować po opóźnieniach w wypłatach.

Kij kilku dużych klientów zerwało umowy, a inni zażądali odszkodowań za zerwane dostawy i wystąpili z oficjalnymi roszczeniami.

Krewni Arkadija, jeszcze niedawno chętnie dzwoniący z prośbami o zorganizowanie darmowych uroczystości, zdobycie produktów czy podesłanie auta, zniknęli zadziwiająco szybko.

Telefon teraz prawie nie dzwonił.

A jeśli Arkadij sam próbował prosić o pomoc, u każdego niespodziewanie znajdowały się pilne sprawy.

Inga też przestała pamiętać, że firma brata rzekomo jest wspólnym majątkiem rodzinnym.

Raisa tymczasem zakończyła postępowanie majątkowe i otrzymała przypadającą jej część wspólnego dorobku.

Nie wróciła do dawnego trybu pracy.

Zamiast tego otworzyła małą agencję doradczą, która zajmowała się organizacją i optymalizacją biznesu gastronomicznego: budowaniem logistyki, kontrolą zakupów, redukcją zbędnych wydatków i wprowadzeniem porządku w dokumentacji.

Pierwsi klienci pojawili się niemal natychmiast.

A wkrótce Raisa po raz pierwszy od wielu lat złapała się na zaskakującej myśl: teraz, gdy musiała kupić buty, pójść do lekarza albo po prostu zamówić dobrą kolację, nie musiała już prosić nikogo o kartę, zachowywać paragonów i tłumaczyć, dlaczego ma prawo wydać pieniądze zarobione własną pracą.

Mit Freunden teilen