Marina długo patrzyła w ślad za odjeżdżającym samochodem męża.

Dopiero gdy chmura pyłu za zakrętem

ostatecznie opadła, z wyraźną przyjemnością

zasunęła na bramie ciężką zaworę.

Nareszcie w domu zapanowała ta błogosławiona cisza, o której marzyła już od tak dawna.

Siergiej wyjechał w delegację na całe dziesięć dni.

Marina z góry wyobrażała sobie, jak spędzi ten czas z ukochaną książką, maseczką na twarzy i bez konieczności od rana do wieczora czegoś smażyć, dusić, zapiekać i wystawiać na stół w takich ilościach, jakby karmiono nie rodzinę, a całą restaurację.

Przeszła na taras, zrzuciła kapcie i z rozkoszą wyciągnęła się na leżaku.

— Jakże tu miło! — pomyślała szeptem, patrząc na puste podwórko. — Urlop i nikogo w pobliżu.

A przecież wszystko zaczęło się niemal jak piękna historia o własnym, przytulnym kącie za miastem.

Kiedy ona i Siergiej skończyli budowę bani, Marina była niesamowicie szczęśliwa.

Prawdziwa drewniana bania z bali, z dobrą parownią, w której pachniało rozgrzanym drewnem, miotłami i jakimś wyjątkowym spokojem.

Wyobrażała sobie zupełnie inne życie.

W soboty ona i Siergiej mieli tam chodzić we dwoje, niespiesznie się parzyć, a potem siedzieć z kubkami ziołowej herbaty i chociaż na kilka godzin zapominać o miejskim zgiełku.

Ale rodzinna rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała te plany.

I przybrała ona postać licznej rodziny Siergieja.

Dla jego krewnych ich bania nagle przestała być częścią prywatnej działki i przekształciła się w darmowe miejsce wypoczynku, w którym zawsze musiał być rozgrzany piec, przygotowane miotły i do ostatniego miejsca nabita lodówka.

Marina doskonale znała ten typ ludzi.

Dla takich pojęcie prywatnej własności obowiązuje wyłącznie dopóki nie koliduje to z ich własnymi interesami.

A rodzina Siergieja była naprawdę niemała, bardzo zgrana i, jak się okazało, niesamowicie lubiąca czystość.

Prawie w każdy piątek bliżej wieczora pod ich bramą nieuchronnie pojawiał się samochód.

Społeczeństwo przecież bez przerwy powtarza to samo: rodzina to świętość, swoim trzeba pomagać, ciasnota to nie problem, najważniejsze to trzymać się razem.

Być niegościnną gospodynią wydawało się nietaktowne.

Należy cieszyć się z gości, uśmiechać się, nakładać do stołu i na każde żądanie podrzucać polana do pieca.

I Marina znosiła to.

Przez prawie dwa lata pilnie odgrywała rolę wzorowej synowej i miłej gospodyni, aż pewnego dnia uświadomiła cudze weekendy w obsługę cudzego wypoczynku.

Pragnienie dalszej pracy w charakterze darmowej baniowej, sprzątaczki i kucharki ostatecznie zniknęło właśnie tego wieczoru.

Marina nagle pojęła, że cała ta cotygodniowa rodzinna tradycja opiera się na trzech filarach.

I z każdym z nich dawno już należało skończyć.

Pierwsze: darmowe palenie w piecu i obsługa

Zazwyczaj wszystko zaczynało się jeszcze w czwartek od telefonów Witalika, młodszego brata Siergieja.

Witalik należał do ludzi, którzy potrafią urządzic się wyjątkowo wygodnie.

Szczupły, urokliwy, z wiecznym uśmiechem na twarzy, potrafił tak łagodnie sformułować prośbę, że człowiek nie zdążył się nawet obejrzeć, a już zaczynał wszystko za niego robić.

— Marynoczko, skarbie, — mówił łagodnie przez telefon. — Zdecydowaliśmy, że wpadniemy jutro na dosłownie godzinę. Po prostu się opłukać i do domu. Rozgrzałabyś piec tak koło piątej, dobrze? I przygotuj ręczniki, proszę. Te dobre, puszyste.

Zwrot „na godzinę” w wykonaniu Witalika dawno już oznaczał coś zupełnie innego.

Zazwyczaj krewni przyjeżdżali w piątek i znikali ostatecznie dopiero w niedzielę.

Na godzinę piątą Marina zdążyła już nanosić drewna, zetrzeć kurz, przygotować parownią, rozwiesić ręczniki i sprawdzić, czy wszystko jest gotowe na przybycie gości.

W momencie, gdy na podwórko wjeżdżały samochody, czuła się tak, jakby właśnie odpracowała pełną zmianę.

A rodzina wkraczała głośną kompanią, zostawiała brudne buty gdzie popadnie i natychmiast zaczynała żądać:

— Maryn, więcej pary!

Przez dwa lata Witalik nie przywiózł do pieca nawet porządnej wiązki drewna.

Sądząc po jego zachowaniu, szczerze wierzył, że polana w jakiś cudowny sposób same pojawiają się koło bani, niczym grzyby po deszczu.

Drugie: najazd na lodówkę

Witalik i jego żona Swietoczka byli przekonani, że bania bez wielkiej biesiady traci wszelki sens.

Przy czym za tę imprezę płacić miała dlaczegoś wyłącznie Marina.

Kiedy widziała, że z bagażnika samochodu krewni wyciągają jedynie kilka paczek chipsów, już z góry wiedziała: za parę godzin zawartość jej lodówki wyraźnie się skurczy.

Swietoczka niezwłocznie udawała się do kuchni i zaczynała zaglądać do garnków.

— Ojej, Marynoczko, a co my mamy dzisiaj na obiad? — pytała radośnie. — Так śpieszyliśmy się do was, że nawet nie zdążyliśmy zajechać do sklepu. Ale przecież jesteśmy swoi, prawda? Znajdziesz coś, żeby nas ugościć?

Ci sami „swoi” nigdy się nie krępowali.

Znikało wszystko jak leci: domowe przetwory, przygotowane na cały tydzień dania, wędliny, sery, a nawet produkty, które Marina specjalnie kupiła na nadchodzące święto.

Przy tym Swietoczka potrafiła rozmarzyście westchnąć i zauważyć:

— Jednak domowe jedzenie jest najzdrowsze. Masz szczęście, Maryn, że masz dość czasu na gotowanie tego wszystkiego.

Marina w takich momentach milcząc patrzyła na górę talerzy, misek i kieliszków w zlewie i w myślach wyobrażała sobie, dokąd dokładnie chciałaby odesłać to całe naczynie razem z Witalikiem.

Najlepiej jak najdalej.

Trzecie: rabunek półek z kosmetykami

Marina zawsze uwielbiana dobre kosmetyki pielęgnacyjne.

W przedsionku na osobnym półeczkach stały jej wysokiej jakości olejki, naturalne peelingi, maseczki i drogie szampony.

Ale krewni traktowali te słoiczki dokładnie tak samo, jak ręczniki i drewno.

Czyli jako dobro wspólne.

Swietoczka mogła po parowni wyjść zadowolona, ​​promienna i od razu ogłosić:

— Mariszu, wypróbowałam twój kawowy peeling. Super sprawa!

Teściowa, Tamara Pietrowna, również nigdy nie zostawała w tyle za żoną Witalika.

Dla niej bania syna była prawie osobistym ośrodkiem wellness.

— Marynoczko, dziecinko, — tłumaczyła z ważną miną, — w moim wieku szczególnie trzeba o siebie dbać. A tak przy okazji, twój ałtajski miód bardzo mi się przydał. Wcierałam cały słoiczek w parowni. To bardzo dobrze wpływa na naczynia krwionośne!

Marina patrzyła na kolejne puste opakowanie i coraz wyraźniej zrozumiała, że krewni dawno zrobili z niej darmowy serwis.

Przy czym taki serwis, który nie tylko obsługuje klientów bez opłat, ale jeszcze samodzielnie kupuje wszystko, co niezbędne dla ich wygody.

I właśnie w ten piątek, gdy Siergiej zniknął za zakrętem, Marina postanowiła, że tak dalej być nie może.

Wyciągnęła duży arkusz brystolu, znalazła gruby marker i usiadła przy stole.

Pisała długo i z wyjątkową przyjemnością, starannie przemyślane każdą linijkę i każdą cyfrę.

W jej oczach płonął ten sam ogień, który towarzyszy człowiekowi, gdy postanowił wreszcie odpowiedzieć na wieloletnią bezczelność czymś niespodziewanym.

Gdy wszystko było gotowe, Marina z zadowoleniem spojrzała na rezultat.

— No i niech się zoszczędzają, — powiedziała do siebie i uśmiechnęła się. — Przynajmniej będę miała z tego ubaw.

Równo o piątej po południu pod bramą rozległ się znajomy klakson samochodowy.

Witalik, jak zwykle, postawił swojego SUV-a prawie na styk z furtką.

Tuż za nim podjechał kolejny samochód.

Marina nawet nie ruszyła się z miejsca.

Siedziała spokojnie na ganku i patrzyła, jak krewni wysiadają z aut i ze zdziwieniem tłoczą się przy zamkniętej bramie.

Witalik kilka razy pociągnął za klamkę.

— Maryn, co ty tam wyprawiasz? — krzyknął. — Zasnęłaś czy co? Otwieraj no! Przywieźliśmy dzisiaj nawet miotły!

Tym razem w jego rękach faktycznie znajdowały się dwie dość żałosne miotły.

Marina nic nie odpowiedziała.

Jedynie ręką wskazała na najbardziej widoczne miejsce na bramie.

Wisiał tam wielki arkusz brystolu.

Krewni podeszli bliżej i zaczęli czytać.

Na plakacie było napisane:

„Szanowni goście kompleksu bannego „U Mariny”!

Informujemy, że począwszy od dnia dzisiejszego obiekt przechodzi na pełne samofinansowanie.

Cennik usług:

Wizyta w bani — 2000.

Ręcznik — 300.

Herbata — 150.

Płatność wnoszona jest przed rozpoczęciem zabiegów.

Więzy rodzinne nie stanowią podstawy do zniżki”.

Przed bramą zapadła całkowita cisza.

Witalik przeczytał ogłoszenie najpierw raz, potem drugi, a następnie trzeci, jakby miał nadzieję, że sens tekstu w jakiś sposób ulegnie zmianie.

Swietoczka zastygła z otwartymi ustami, wyraźnie próbując dobrać odpowiednie słowa, ale nie potrafiła nic z siebie wydusić.

Tamara Pietrowna niespiesznie wysiadła z samochodu, poprawiła okulary na nosie i również wpatrywała się w brystol.

Pierwszy otrząsnął się Witalik.

— Co to ma być za bezczelność? — wykrztusił w końcu. — Marina, ty w ogóle rozumiesz, co robisz? Przecież jesteśmy rodziną! Przychodzimy do ciebie z całego serca, a ty wywiesiłaś dla nas cennik?

Marina siedziała spokojnie na ganku i nawet nie zamierzała wstawać.

— Witaliku, wasza serdeczność kosztuje mój portfel i nerwy zbyt wiele. Więc wybieraj: albo płacicie za wypoczynek, albo jedziecie do bani publicznej. Znajduje się jakieś trzy kilometry stąd i dzisiaj akurat jest otwarta. Myślę, że będzie wam tam całkiem wygodnie.

Swietoczka natychmiast odzyskała mowę.

— Jak ty w ogóle możesz?! — wrzasnęła. — Wszystko opowiem Siergiejowi! Kiedy twój mąż wróci, wyjaśni ci, jak należy przyjmować rodzinę!

Marina tylko skinęła głową.

— Koniecznie opowiedz. Siergiej wie, że postanowiłam zrewidować nasze wydatki rodzinne. I a tak przy okazji, Witaliku, za zeszły miesiąc jesteś mi jeszcze winny drewno. Możesz nie płacić pieniędzmi. Widzisz tę siekierę klinową? Za płotem leży sterta brzóz. Narąbiesz drewna — dzisiaj wpuszczę cię do pary za darmo.

Witalik przeniósł wzrok na siekierę.

Potem spojrzał na swoje dłonie.

Następnie ponownie przeczytał ogłoszenie.

Jego twarz powoli robiła się tak czerwona, że zaczęła przypominać dojrzałego buraka.

— Wracamy stąd! — warknął, gwałtownie odwracając się w stronę samochodu. — Ani kroku więcej w tym domu! Marina zupełnie straciła głowę z chciwości. Własnej rodziny już za ludzi nie uważa!

Wsadził się za kierownicę i z siłą zatrzasnął drzwi.

Pozostali również zaczęli pospiesznie pakować się do aut.

— Szerokiej drogi! — krzyknęła energicznie Marina w ślad za nimi.

Minutę później cała kompania z hałasem i piskiem opon ruszyła spod bramy i zniknęła za zakrętem.

Marina posiedziała jeszcze chwilę na ganku, ciesząc się niespodziewanie szybko zapadającą ciszą, po czym wróciła do domu i włączyła telewizor.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu piątkowy wieczór nie pachniał dymem, potem i cudzymi problemami.

Kot Waska, którego podczas wizyt krewných trzeba było zamykać w osobnym pokoju, żeby dzieci Swietoczki nie zatuliły biednego zwierzaka na śmierć, ostrożnie wyszedł ze swojej kryjówki.

Obejrzał cichy salon, upewnił się, że hałaśliwych gości naprawdę nie ma, i z wdzięcznym wyrazem twarzy wskoczył pani na kolana.

Marina uśmiechnęła się i podrapała go za uchem.

— No co, Waska, wygląda na to, że odtąd będziemy żyć tak, jak jest nam wygodnie.

Kot zadowolony zaczął mruczeć.

Około godziny później telefon Mariny dał sygnał.

Przyszła wiadomość od Siergieja:

„Maryn, dzwonił do mnie Witalik. Krzyczał coś o opłatach, bani i jakiejś siekierze. Czy ty tam przypadkiem nie otworzyłaś biznesu?”

Marina uśmiechnęła się i szybko wystukała odpowiedź:

„Otworzyłam, kochanie. Kiedy wrócisz, będziesz moim wyjątkowym klientem. Dla ciebie obsługa jest za darmo. A dla wszystkich innych darmowa atrakcja się skończyła”.

Odpowiedź od Siergieja pojawiła się niemal natychmiast.

Na ekranie wyświetliła się buźka z uniesionym do góry kciukiem.

Marina przez kilka sekund wpatrywała się w wiadomość, a potem z ulgą wypuściła powietrze z płuc.

Wygląda na to, że regularne rodzinne najazdy zmęczyły nie tylko ją.

Tyle że sam Siergiej nigdy nie potrafił raz a dobrze powiedzieć krewnym stanowczego „nie”.

Mit Freunden teilen