Telefon, leżący na stoliku kawowym, już czwarty
raz z rzędu uporczywie wibrował.

Walentyna wygodnie usadowiła się w szerokim
fotelu, podciągając nogi, i niespiesznie piła
gorącą kawę ze swojego ulubionego, dużego kubka.
— Nawet nie zamierzasz odpowiadać? — z figlarnym uśmiechem zapytała Zina, siadając naprzeciwko na kanapie z talerzem ciastek.
— Niech trochę się zdenerwuje.
Wala tylko obojętnie wzruszyła ramionami.
— Przez ostatnie lata straciłam tyle nerwów, że teraz niech przyjdzie kolej na niego.
I nic dziwnego. Kiedy wraz z Mikołajem postanowili kupić daczę, marzyli o spokojnych weekendach z dala od miejskiego zgiełku. Właśnie tak wszystko omawiali, biorąc kredyt na zakup.
Ale bardzo szybko działka za miastem, położona około dwudziestu kilometrów od miasta, zamieniła się w bezpłatną bazę wypoczynkową dla całej licznej rodziny męża.
Każdy letni weekend przebiegał jak według z góry napisanego scenariusza.
W piątek wieczorem Mikołaj niezmiennie dzwonił do żony i z radością oznajmiał, że jutro na pewno przyjedzie Siergiej z żoną i dziećmi.
Albo wpadnie ciotka z sąsiedniej miejscowości.
Albo najadą jego znajomi z pracy.
Wala natomiast wstawała wcześnie i pierwszym pociągiem podmiejskim lub marszrutką wyruszała na daczę.
Przed przyjazdem gości zdążyła umyć cały dom, przygotować ogromne miski sałatek, zamarynować mięso, a po biesiadzie do samej nocy szorowała szpadki do szaszłyków, zmywała nieskończone ilości talerzy i garnków w zimnej wodzie.
Wszyscy inni odpoczywali, Kola przyjmował pochwały jako gościnny gospodarz, a Walentyna w niedzielny wieczór ledwo docierała do przystanku, prawie nie czując nóg.
Poprzedniego wieczora mąż znów przekazał swoją zwykłą nowinę.
Poinformował, że rano przyjedzie Siergiej z całą rodziną i kazał kupić więcej mięsa.
Wala nic nie powiedziała.
Po prostu wstała wcześniej, spakowała rzeczy do torby podróżnej, zamknęła dom na daczy na dwa obroty klucza i spokojnie wyjechała do miasta do Ziny.
Telefon na stoliku znów ożył.
— Jeszcze trochę, a ze złości sam pęknie — zaśmiała się przyjaciółka, przysuwając bliżej miseczkę z cukierkami.
— Dawaj już, Wala. Pora powiedzieć wszystko, jak jest.
Wala spokojnie odstawiła kubek, zmiotła ze stołu kilka okruszków i w końcu odebrała połączenie.
— Gdzieś ty w ogóle przepadła?!
Głos Mikołaja zagrzmiał tak głośno, że było go doskonale słychać w całym pokoju nawet bez włączonego trybu głośnomówiącego.
Zina z niezadowoleniem skrzywiła się.
— Jestem w mieście.
Odpowiedź padła zupełnie spokojnym tonem.
Po drugiej stronie nastąpiła krótka pauza.
— To znaczy, jak to w mieście?
Było oczywiste, że takiej odpowiedzi mąż zupełnie się nie spodziewał.
— My już przyjechaliśmy razem z Siergiejem! Samochód wypełniony po brzegi mięsem, dzieci głodne, a na bramie wisi kłódka! Gdzieś ty zniknęła?
— Jestem u Ziny. Dzisiaj mam wolne.
— Jakie znowu wolne?!
Mikołaj prawie krzyczał, a głośnik telefonu nieprzyjemnie zacharczał.
— Coś ty sobie wymyśliła? Cała rodzina już się zebrała! Swietka z torbami idzie w stronę domu. Szybko wracaj! To tylko kawałek drogi — poczekamy na ciebie.
— Nie, nie poczekacie.
Zina z aprobatą uniosła kciuk do góry.
Wala tylko wygodniej przełożyła telefon do drugiej ręki.
— Jak to rozumieć — nie przyjedziesz?
Dowódczy ton męża nieoczekiwanie zmienił się w zakłopotanie.
— Wala, co się z tobą dzieje? Przecież normalnie się umawialiśmy.
— Zapasowy klucz leży pod trzecią deską obok ganku. Otwierajcie dom i odpoczywajcie.
— Nie o klucz chodzi!
Kola ostatecznie stracił cierpliwość.
— Patrzyłaś w ogóle na zegarek? Już połowa dnia! Czym mamy karmić ludzi? Dzieci od rana nic nie jadły, wszystkich w drodze zemdliło.
— Mięso leży w zamrażarce.
Odpowiedziała spokojnie Wala, przyglądając się swojemu starannemu manicure’owi.
— Ziemniaki — w piwnicy. Ogórki — w szklarni. Zbierzcie sami, umyjcie i przygotujcie.
— I kto ma się tym zajmować?
— Wy sami.
Nawet nie zmieniła intonacji.
— Przecież przyjechaliście odpoczywać. To zorganizujcie sobie ten odpoczynek własnymi siłami.
W słuchawce rozległy się przyciszone rozmowy.
Najwidoczniej Mikołaj w końcu znalazł zapasowy klucz i jednocześnie próbował otworzyć drzwi, tłumacząc coś Siergiejowi.
Po kilku sekundach rozległ się dźwięk otwieranych drzwi.
— Wala, zrobiłaś to celowo?
Teraz mąż mówił znacznie ciszej — prawdopodobnie odszedł do domu, żeby krewni nie słyszeli rozmowy.
— Tu w ogóle nic nie jest przygotowane. Podłoga brudna. W zlewie wciąż stoi nieumyta zastawa z zeszłego weekendu.
— Świetnie. Przy okazji wszystko umyjecie. Gąbki są pod zlewem, płyn do naczyń — tamże.
— A kto ma nakrywać do stołu? Swietka czy co? Ona przecież przyjechała jako gość! Specjalnie zrobiła sobie manicure, zamierzała wypoczywać.
— A ja, między innymi, jestem twoją żoną, a nie darmową służącą.
Wala powiedziała to spokojnie, ale wewnątrz po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła przyjemne uczucie wolności.
— Po pięciu dniach pracy nie muszę zamieniać się w obsługę. Tym bardziej dla twoich krewnych. Chcieliście zjeść — szpadki są w szopie. Potrzebujecie czystych talerzy — studnia jest na podwórku, woda jest. Odpoczywajcie na zdrowie, Mikołaju. Nie odmawiajcie sobie niczego.
Zakończyła rozmowę, rozłączyła się i przełączyła telefon w tryb cichy.
— Ależ to piękne!
Zina z zadowoleniem uśmiechnęła się, dolewając sobie jeszcze kawy.
— Jak myślisz, poradzą sobie?
— Oczywiście.
Wala zrelaksowana oparła się o oparcie fotela.
— Jeśli zgłodnieją, ugotują makaron. Zresztą konserwy mięsne leżą w dolnej szafce.
Reszta dnia minęła niespodziewanie przyjemnie.
Przyjaciółki wybrały się do centrum handlowego, przymierzyły kilka sukienek, potem zajrzały coś przekąsić na food-court.
Smartfon w torebce od czasu do czasu mrugał nowymi powiadomieniami.
Najpierw Mikołaj zasypywał żonę gniewnymi wiadomościami.
Pisał, że wystawiła go na pośmiewisko przed bratem, że Swietłana jest oburzona takim przyjęciem i że normalni ludzie tak się nie zachowują.
Pod koniec dnia nastrój wiadomości wyraźnie się zmienił.
Teraz mąż pytał, gdzie leży sól, jak uruchomić stary podgrzewacz wody i dlaczego węgiel w grillu za nic nie chce się rozpalić.
Wala z zasady nawet nie otwierała wiadomości.
W niedzielę rano telefon zadzwonił z nieznanego numeru.
Odebrała.
— Walentyno, witaj.
To była Swietłana, żona brata Mikołaja.
Głos brzmiał słodko, ale ukryte niezadowolenie było słychać w każdym słowie.
— Cześć, Swieta.
— Wala, przecież tak się nie umawialiśmy…
Kobieta wyraźnie zaczynała rozmowę od pretensji.
— Jechaliśmy odpocząć na łonie natury, z dala od zgiełku miasta. A tutaj panuje bałagan. Kola wczoraj pół dnia męczył się z grillem, mięso przesuszył, dzieci marudzą.
— Bardzo mi przykro.
Wala odpowiedziała zupełnie spokojnie.
— Ale dlaczego w ogóle wyjechałaś? Coś się stało?
Swietłana wyraźnie miała nadzieję ustalić szczegóły, żeby później omówić wszystko z krewnymi.
— Tak, stało się. Po prostu się zmęczyłam. I postanowiłam spędzić swój zasłużony dzień wolny tak, jak ja chcę.
— Ale przecież jesteśmy jedną rodziną…
Swietłana znów próbowała naciskać na znane uczucia.
— Mogłabyś przynajmniej wcześniej ostrzec. Wtedy sama przygotowałabym sałatki w domu. Przecież liczyliśmy na to, że wszystko już będzie gotowe. Kola właśnie tak mówił.
— W takim razie wszystkie pytania do Koli.
Wala poczuła, że zaczyna się irytować.
— To on zapraszał gości i nazywał siebie gospodarzem. Oznacza to, że niech sam odpowiada za organizację odpoczynku. Przepraszam, Swieta, muszę kończyć. Jestem teraz w salonie piękności.
Zakończyła rozmowę.
Zina, siedząca obok przy kuchennym stole, ze zrozumieniem uśmiechnęła się.
— Ta Swietka w ogóle straciła sumienie. Przez tyle lat ani razu nie widziałam jej ze ścierką czy przy płycie. Przyzwyczaiła się odpoczywać, podczas gdy inni pracują.
Wieczorem Wala wróciła do domu.
Mieszkanie powitało ją ciszą.
Mikołaj pojawił się dopiero po kilku godzinach — opalony, przesiąknięty zapachem dymu z ogniska i wyraźnie w niezbyt dobrym nastroju.
Milcząc, rzucił pęk kluczy na komodę i ciężkim krokiem skierował się do kuchni.
— Co to w ogóle było? — zapytał, opierając się dłońmi o stół.
— Mój zasłużony dzień wolny.
Wala spokojnie mieszała cukier w filiżance.
— Zrobiłaś ze mnie pośmiewisko przed bratem — wypowiedział Mikołaj przez zęby.
— Swietka przez cały dzień narzekała, że w domu brudno i nie ma co jeść. Siergiej wściekał się z powodu ciepłego piwa — lodówka okazała się odłączona.
— To ja ją wyłączyłam — odpowiedziała spokojnie Wala.
— Przed wyjazdem. Ze względów bezpieczeństwa.
— Wszystko specjalnie zaplanowałaś! — Mikołaj podniósł głos.
— Chciałaś zrobić ze mnie kompletnego idiotę!
— Nie, Kola.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Po prostu przestałam wykonywać pracę, którą ty od dawna uważasz za oczywistość. Zapraszasz gości. Chcesz wyglądać na hojnego gospodarza i wzorowego krewnego. Tylko z jakiegoś powodu przygotowania, sprzątanie i gotowanie zawsze spadają wyłącznie na mnie.
— No co tam takiego trudnego?! — oburzył się mąż.
— Ziemniaki obrać, talerze umyć — roboty maksymalnie na godzinę!
— Właśnie.
Wala spokojnie kiwnęła głową.
— Jeśli to naprawdę tylko godzina pracy, dlaczego wy wczoraj całą ekipą nie poradziliście sobie sami?
Mikołaj zamilkł.
Już zamierzał powiedzieć coś o kobiecych obowiązkach, ale przed oczami od razu stanął mu wczorajszy dzień.
Jak sam szorował tłusty ruszt grilla lodowatą wodą.
Jak Swietłana kategorycznie odmówiła obierania warzyw, żeby nie zniszczyć manicure’u.
Jak Siergiej spokojnie siedział na leżaku i tylko wydawał polecenia, żądając szybszego nakrycia do stołu.
— To zupełnie co innego… — wymamrotał, spuszczając wzrok.
— Przecież oni są gośćmi…
— W takim razie niech odpoczywają w hotelach.
Wala wstała od stołu.
— Zapamiętaj, Mikołaj. Daczę posiadamy oboje. Jeśli chcesz zapraszać tam całą rodzinę — proszę bardzo. Ale obsługiwać wasze biesiady już nie zamierzam. Produkty kupujesz sam. Gotujesz też sam. Po gościach sprzątasz sam. I pościel pierzesz również samodzielnie.
— Jeszcze czego! — rzucił mąż.
— A ty czym będziesz się zajmować?
— Leżeć w hamaku z książką.
Spokojnie uśmiechnęła się.
— Mniej więcej tak samo, jak zazwyczaj odpoczywa Swietłana.
Mikołaj z irytacją prychnął, odwrócił się i wyszedł do pokoju.
Do końca wieczoru małżonkowie więcej nie rozmawiali.
Przez następne dwa tygodnie dacza stała pusta.
Mikołaj ostentacyjnie okazywał obrazę, a Wala delektowała się spokojnymi weekendami w domu.
Siergiej kilka razy dzwonił do brata, pytając, kiedy znów zbiorą się na szaszłyki, ale ten znajdował różne powody, by odmówić.
Najwidoczniej perspektywa samodzielnego stania przy grillu, a potem sprzątania, kompletnie go nie zachęcała.
Pod koniec lipca wszystko się zmieniło.
Siergiej z rodziną przestał przyjeżdżać prawie w każdy weekend.
Swietłanie szybko znudził się wypoczynek, podczas którego nikt nie biegał wokół niej z talerzami i sałatkami.
A w jeden z piątków Mikołaj sam zajrzał do kuchni, gdy Wala pakowała rzeczy.
Nieco pokręciwszy się przy drzwiach, cicho powiedział:
— Wala… Sam zamarynowałem wieprzowinę.
Niezręcznie odwrócił wzrok.
— I jeszcze zamówiłem małą zmywarkę. Nablatową. Jutro powinni dowieźć. Pojedziesz na daczę?
Wala spokojnie zapięła torbę podróżną.
— Pojadę.
Krótko kiwnęła głową.
— Tylko umawiamy się od razu: wkładać naczynia do niej będziesz ty.
Mikołaj niezadowolony zgrzytnął zębami, jednak nie zaczął się spierać.
Milcząc, wziął jej torbę i zaniósł do przedpokoju.
Całkowicie oczywiście się nie zmienił.
Chęć urządzania hałaśliwych biesiad nigdzie nie zniknęła.
Ale jedną ważną lekcję jednak odrobił: bezpłatna restauracja i darmowa pomoc domowa na ich daczy już nie istniały.







