— Wszystko wpada jak w jakąś bezdenną dziurę!
Polina strzepnęła okruchy chleba ze stołu

kuchennego.
Wilgotna ścierka prześlizgnęła się po
powierzchni i zahaczyła o gruby bordowy notes.
Galina Pietrowna zapomniała o nim rano, kiedy śpieszyła się do przychodni. Polina machinalnie poprawiła okładkę, a notatnik sam otworzył się na stronie z zakładką.
Na początku nawet nie zrozumiała, na co patrzy.
Przed oczami miała schludne kolumny, wypisane czerwonym długopisem. Dokładne zestawienie jej, Poliny, wydatków.
„Kawa w piekarni. Krem do twarzy. Nowa kurtka. Spotkanie z przyjaciółkami”.
Naprzeciwko każdego wpisu widniały „ptaszki”, a obok wypisane były kwoty.
I kwoty te okazały się całkiem pokaźne.
Polina powoli oparła dłoń o krawędź stołu.
Kredyt hipoteczny spłacali z Wadimem po połowie. Na produkty zrzucali się razem. Rachunki za media też dzielili. A swoje własne pieniądze Polina wydawała tak, jak uważała za stosowne.
Teściowa mieszkała u nich już drugi tydzień — niby z powodu badań. Ale skąd mogła znać tak dokładne liczby? Polina nie rozrzucała paragonów po mieszkaniu i nikomu nie składała raportów.
W zamku przekręcił się klucz.
Drzwi skrzypnęły. Z przedpokoju dobiegły głosy. Wadim i Galina Pietrowna wrócili z miasta.
Polina nie zamknęła notatnika.
Wręcz przeciwnie, zostawiła go otwartego na samym środku kuchennego stołu, a obok położyła czerwony długopis.
— Polinoeczko, wróciliśmy! — słodkim głosem przeciągnęła teściowa z przedpokoju.
Galina Pietrowna weszła do kuchni pierwsza. Jak zawsze, w pełnym rynsztunku: usta pomalowane, włosy ułożone, na palcu błyszczy duży pierścień.
Śladem za nią pojawił się Wadim, zdejmując z ramion kurtkę.
— Wstawisz czajnik? — rzucił mimochodem.
Polina milcząco skinęła głową w stronę stołu.
Wadim zmarszczył brwi.
— Co to jest?
— Właśnie tego chciałabym się dowiedzieć — odpowiedziała chłodno Polina. — Galino Pietrowno, może wyjaśni pani swoją domową księgowość?
Teściowa gwałtownie umilkła.
Jej wzrok utknął w otwartym notatniku.
Na sekundę twarz starszej kobiety zbladła, ale natychmiast się wyprostowała, uniosła podbródek i przybrała zwykły wyraz twarzy człowieka, który nie jest winny, a jedynie przeprowadza ważną kontrolę.
Żadnego zmieszania.
Żadnego skrępowania.
— A co tu wyjaśniać, córeczko? — z naciskiem wypowiedziała. — Martwię się o pieniądze mojego syna.
— Z moimi pieniędzmi wszystko w porządku — odrzekła sucho Polina.
— On pracuje nie żałując siebie! — głos Galiny Pietrownej od razu stał się dźwięczny i urażony. — A ty wydajesz na prawo i lewo, jakby nie było im końca. Wszystko przeliczyłam. Toż to niepojęte!
— Moje pieniądze — wyraźnie powiedziała Polina, akcentując każde słowo. — Sama je zarabiam. I sama decyduję, jak je wydawać.
— W rodzinie wszystko powinno być wspólne! — gwałtownie podniosła głos teściowa. — A ty to drogie ciastka kupujesz, to nowe ubrania. Podczas gdy Wadiczek chodzi w starych butach.
Polina zmrużyła oczy.
Ciastka.
Kupiła je trzy dni temu po pracy. Zapłaciła kartą. Zjadła w samochodzie, pudełka nawet nie przyniosła do domu.
— Skąd pani wie o ciastkach? — zapytała zbyt ostro.
W kuchni momentalnie zrobiło się nieswojo.
Galina Pietrowna szybko spojrzała na syna.
Wadim przestąpił z nogi na nogę i wpatrzył się w swoje buty.
No właśnie.
Oto skąd to wszystko się wzięło.
— Wadim? — Polina zrobiła krok w stronę męża. — Pokazywałeś jej moją aplikację bankową?
— Polu, tylko nie zaczynaj — mruknął, nieświadomie cofając się w stronę przejścia. — Mama po prostu poprosiła sprawdzić, na co idą pieniądze.
— Moje pieniądze?
— Przecież oszczędzamy na przedterminową spłatę — dodał pospiesznie Wadim. — A ty wydajesz. Po prostu wysłałem jej zrzuty ekranu. Do analizy.
Polina powoli otworzyła usta.
Wychodziło na to, że jej własny mąż, kiedy ona spała lub była pod prysznicem, brał jej telefon. Otwierał aplikację bankową, robił zrzuty ekranu wyciągów z jej osobistej karty i wysyłał je matce do „analizy”.
A Galina Pietrowna potem siedziała w ich kuchni i starannie wypisywała liczby czerwonym długopisem w swoim notatniku.
— Wspaniale — jadowicie powiedziała Polina. — Jak zręcznie to wszystko urządziłeś.
— A co w tym takiego? — natychmiast wtrąciła się teściowa, przejmując rozmowę. — Ty ukrywasz przed mężem pieniądze!
— Ja niczego nie ukrywam. Wydaję to, co sama zarobiłam.
— W rodzinie wszystko co do ostatniej kopiejki powinno iść do wspólnego worka, skoro spłacacie mieszkanie! — lamentowała Galina Pietrowna. — A na swoje zachcianki powinnaś zarabiać osobno. Patrzcie ją, urządziła się na cudzej szyi!
— Na czyjej szyi? — Polina poczuła, jak wewnątrz wzbiera ciężka, gorąca złość. — Płacę połowę miesięcznej raty. Połowę rachunków za media. Połowę kosztów produktów. Gdzie tu jest szyja?
— Wadiczek zarabia więcej! — nie ustępowała teściowa. — I w ogóle, mężczyzna w domu jest najważniejszy. On ma obowiązek śledzić wydatki. A ty zachowujesz się jak świerszcz z bajki.
Polina powoli przeniosła wzrok na męża.
— Ty też uważasz, że żyję na twój koszt?
Wadim odwrócił wzrok.
— No, Polu… — przeciągnął pojednawczym tonem. — Mama oczywiście ostro mówi, ale w czymś ma rację. Moglibyśmy więcej oszczędzać. A ty kupiłaś drogi krem. Sprawdziłem później nazwę w internecie.
To była kropla, która przelała czarę.
— Rozmowa skończona — powiedziała szorstko Polina.
Wzięła ze stołu czerwony długopis i tłusto przekreśliła stronę ze starannie wypisanymi kolumnami. Krzyż wyszedł zamaszysty, od rogu do rogu.
Galina Pietrowna z oburzeniem sapnęła.
— A więc tak, szanowni analitycy — Polina rzuciła długopis na zniszczone wyliczenia. — Od dzisiaj moja pensja to tylko moja pensja.
— To znaczy? — nie zrozumiał Wadim.
— Do wspólnego budżetu z mojej strony będzie wpływać dokładnie połowa raty do banku — oznajmiła wyraźnie. — Rachunki za media dzielimy na pół co do ostatniej kopiejki.
— A produkty? — zapytał zdezorientowany mąż.
— Produkty każdy kupuje sobie sam. Żeby moje ciastka i kremy nikogo już nie drażniły.
— Całkiem ci odbiło na starość! — wyła Galina Pietrowna, chwytając swój notatnik i przyciskając go do piersi. — Wadiczku, słyszysz? Ona puści nas z torbami!
— Niech spróbuje — warknął Wadim. — Zobaczymy, jak długo pociągnie na samych słodyczach.
— Mówiłam, dwie kobiety w jednym domu to nieszczęście! — kontynuowała biadolenie teściowa, wycofując się do pokoju gościnnego.
Wadim chciał coś dodać i zrobił krok w stronę żony, ale Polina milcząco ominęła go i poszła do sypialni.
Musiała szykować się na drugą zmianę.
Słowa dotrzymała.
Następnego ranka Polina wstąpiła do supermarketu. Kupiła ser, wiejski twaróg, pierś z kurczaka, świeże warzywa i pojemnik z ulubionymi ciastkami.
W domu starannie umyła górną półkę lodówki, wytarła ją do sucha i starannie poukładała swoje produkty.
Dolne półki pozostały niemal puste i lśniły czystością.
Pod wieczór trzasnęły drzwi wejściowe.
Wadim wrócił z pracy zły i głodny. Polina siedziała przy kuchennym stole i spokojnie dojadała sałatkę z tuńczykiem.
— A kolacja dzisiaj będzie? — zapytał od progu, wciągając nosem zapach jedzenia.
— Będzie — odpowiedziała spokojnie Polina. — Wasze garnki są wolne. Możesz ugotować makaron.
— W sensie wolne? — Wadim zastygł przed lodówką, widząc jogurty, ser i pojemniki. — A to czyje?
— Moje. Kupione za moje nieodpowiedzialnie wydane pieniądze.
Z pokoju gościnnego natychmiast wyłoniła się Galina Pietrowna. Sądząc po minie, słyszała całą rozmowę przez drzwi.
— Co to ma znaczyć! — oburzona teściowa klasnęła w dłonie. — Żona w domu jest, a mężczyzna po pracy sam musi stać przy kuchni? Poddaństwo dawno zniesiono!
— Właśnie tak, Galino Pietrowno — Polina otarła usta serwetką. — Dlatego ja też nie wynajmowałam się do harówki po pracy. Tym bardziej na własny koszt.
— Masz obowiązek karmić męża! — gwałtownie oświadczyła teściowa.
Polina nawet nie odwróciła głowy w jej stronę.
— Wadim, listę zakupów sam sporządzisz, czy mamie zlecisz?
Mąż mocno zacisnął szczękę.
— Sami się dogadamy — wycedził, głośno trzasnął drzwiczkami lodówki i odszedł do pokoju.
Po pół godzinie dobiegło stamtąd trzaskanie szafkami, zirytowane mamrotanie Galiny Pietrownej i szczęk garnka.
Gotowali pierogi, które leżały w zamrażarce jeszcze od zeszłego miesiąca.
Tak zaczęła się ich długa tygodniowa wojna na milczenie.
Wadim postanowił wziąć Polinę głodem. Demonstracyjnie kupował najtańszą kiełbasę, pusty makaron i bochenek chleba. Widocznie liczył, że żona nie wytrzyma, pożałuje go i znów napełni lodówkę mięsem, warzywami i normalnym jedzeniem dla wszystkich.
Specjalnie głośno wzdychał nad pustym talerzem.
Ale Polina nie reagowała.
Polina spokojnie przyrządzała sobie kurczaka z grilla. Piekła rybę. Rano piła dobrą kawę z ciastkami. I, co zaskakujące, apetyt wcale nie znikał jej od rodzinnej konfrontacji.
Piątego dnia takiego oddzielnego żywienia Wadim nie wytrzymał.
Dosiadł się do niej w kuchni, kiedy nie było w pobliżu Galiny Pietrownej, i zerknął na jej talerz z kotletem.
— Polu, no dość już tego obrażania się — zaczął pojednawczym tonem. — Pachnie pysznie. Dasz spróbować?
— Pięćset za porcję — odpowiedziała spokojnie, nawet nie mrugnąwszy.
— Jesteś w ogóle normalna? — oburzył się Wadim. — Żądać pieniędzy za jedzenie od własnego męża?
— A potajemnie robić zdjęcia wyciągów bankowych własnej żonie — to jest normalne? — zripostowała Polina. — Mamy teraz uczciwe relacje rynkowe. Przecież sam chciałeś pełnej przejrzystości finansowej. Oto ona. Korzystaj.
Wadim poczerwieniał i z siłą uderzył dłonią w stół.
— Już mnie wykańczasz! Mama miała rację: myślisz tylko o sobie!
— Idź zjedz makaron z tanią kiełbasą — poradziła beznamiętnie Polina. — Mówią, że na nerwy pomaga.
W środę nadszedł dzień spłaty kredytu hipotecznego.
Polina od samego rana przelała na konto Wadima dokładnie swoją połowę. Spłata kredytu odbywała się z jego karty, tak jak wcześniej.
Wieczorem mąż wrócił z pracy bardziej ponury niż chmura gradowa.
Długo kręcił się w przedpokoju, jakby nie mógł się zdecydować na wejście do kuchni.
— Polu, taka sprawa… — zaczął, unikając wzroku i przebierając kluczami w dłoniach.
Polina odłożyła telefon.
— Mów.
— W tym miesiącu nie starcza mi na ratę — wykrztusił w końcu.
— Jak to nie starcza? — Polina lekko uniosła brew. — Pensję dostałeś trzy dni temu. Na normalne jedzenie prawie nie wydawałeś.
Wadim się zmieszał.
— Jeździliśmy z mamą do prywatnej kliniki. Musiała przejść pełne badania. Analizy, USG, konsultacja u dobrego specjalisty…
— I?
— Jeszcze kupiłem jej zimowe buty. Jej stare zupełnie się rozpadły. W ogóle, trochę wydałem. Dorzuć piętnaście tysięcy, co? Z zaliczki oddam.
Polina patrzyła na niego i nie od razu uwierzyła, że mówi to poważnie.
— Czyli wydałeś swoją część raty hipotecznej na buty i płatne badania, chociaż przychodnia jest po drugiej stronie ulicy? A teraz chcesz, żebym pokryła niedobór moimi pieniędzmi?
— To moja matka! — oburzył się Wadim, od razu podnosząc głos. — Czy miałem zostawić ją w podartych butach? Ile ty na siebie wydajesz, mogłabyś wejść w położenie!
— Mogłabym — powiedziała spokojnie Polina. — Gdybyście z mamą nie grzebali w moich rachunkach i nie sporządzali czerwonych schematów moich wydatków.
— Co to ma do rzeczy? — wybuchnął. — Bank nie będzie czekał! Zaczną się kary!
— Masz matkę. Mama ma bordowy notatnik — Polina wstała od stołu. — Niech ona obliczy, skąd wziąć brakujące pieniądze.
— Bezsercowa! — dobiegło z korytarza.
Galina Pietrowna stała przy drzwiach, dramatycznie przyciskając dłonie do piersi.
— Własny mąż prosi o pomoc, a ona liczy każdą kopiejkę! — lamentowała teściowa. — Ja dla swojego męża oddałabym ostatnią koszulę!
— Ja liczę swoje pieniądze — odpowiedziała zimno Polina. — A pani, Galino Pietrowno, przyzwyczaiła się liczyć cudze. Co osiągnęliście, to macie. Szukaj pieniędzy, Wadim.
Przeszła obok nich do korytarza.
— I nie zapomnij: zwłoka odbije się na twojej historii kredytowej — rzuciła przez ramię. — Umowa jest na ciebie.
Polina zamknęła za sobą drzwi sypialni.
Za ścianą jeszcze długo słychać było przytłumione głosy. Teściowa coś nerwowo udowadniała, Wadim zirytowany odpowiadał. Potem trzaskały szafki, dzwoniły naczynia. Później głośno zamknęły się drzwi wejściowe — widocznie Wadim poszedł pożyczać u znajomych.
Minął miesiąc.
Galina Pietrowna do domu nie wróciła. Wyjaśniła to tym, że lekarze przepisali jej długi kurs witamin i trzeba kontynuować obserwację.
Prawda, teraz starała się nie wpadać zbędnie Polinie w oczy.
Bordowy notatnik z kuchennego stołu zniknął bez śladu.
Pewnego wieczoru Polina wróciła z pracy.
W przedpokoju pachniało ziemniakami smażonymi na słoninie — ulubionym daniem Galiny Pietrownej na czasy, kiedy pieniędzy prawie nie zostawało.
Wadim siedział przy kuchennym stole i ponuro jadł. Przed nim stał talerz z przypalonymi ziemniakami. Żadnego mięsa, żadnych świeżych warzyw obok nie było.
Polina zdjęła płaszcz, umyła ręce.
Otworzyła lodówkę, wyjęła ze swojej idealnie czystej górnej półki kawałek pieczonego pstrąga i kilka soczystych pomidorów.
Wstawiła talerz do mikrofalówki.
Wadim odprowadził jej kolację tęsknym wzrokiem.
Ale nic nie powiedział.
On tak i nie nauczył się rozsądnie zarządzać pieniędzmi.
Jego matka wciąż wyciągała z syna środki na swoje niekończące się prośby i zachcianki.
Żaden z nich tak naprawdę się nie zmienił.
Za to teraz Wadim dokładnie przyswoił: jego problemy finansowe — to tylko jego problemy finansowe.
A Polina mogła spokojnie pić swoją dobrą kawę i jeść swoje drogie ciastka bez żadnych raportów, kontroli i czerwonych oznaczeń w cudzym notatniku.







