— Idź zrób nam coś gorącego. Chłopcy nie nasycą się samą rybą.

A jeśli ci się nie podoba, idź do matki, póki

jestem dobry! — oświadczył mąż przed

przyjaciółmi…

— No, Eduard, potrafisz żyć!

Wiaczesław podważył widelcem małą rybkę z otwartej puszki i włożył ją do ust.

— Samochód masz – ogień, echosonda w ogóle świetna.

Rozkręciłeś się, bracie, nie szczędzisz grosza.

Niewielka kuchnia na wskroś pachniała tanim piwem i suszoną rybą.

Na stole tłoczyły się puste butelki, talerze i opakowania po przekąskach.

Zlew też był pełen naczyń, które zostały jeszcze z poprzedniego wieczoru.

— A jak inaczej!

Edik z zadowoloną miną rozsiadł się na kąciku kuchennym, odchylając się do tyłu.

— Dla siebie i normalnych facetów niczego mi nie żal.

Spojrzał z samouwielbienjem na Wiaczesława i Anatolija, pracujących z nim w sąsiednim warsztacie blacharskim.

— Jestem mężczyzną, przynoszę do domu pieniądze.

Spodobała się rzecz – poszedłem i kupiłem.

Wiecie, co w życiu rodzinnym jest najważniejsze?

Żeby od razu odpowiednio ustawić żonę, żeby potem nie bzyczała nad uchem.

Jana milcząc stała w korytarzu, opierając się ramieniem o futrynę drzwi.

Dopiero co skończyła swoją dwunastogodzinną zmianę w dyspozytorni korporacji taksówkowej.

W głowie wciąż mieszały jej się rozmowy przez radiostację, skargi kierowców na korki i poirytowane głosy klientów.

Marzyła tylko o tym, żeby zdjąć niewygodne buty, wziąć prysznic i paść do łóżka.

Ale już przy drzwiach wejściowych Jana niemal się przewróciła, zahaczając o brudne buty myśliwskie męża.

Piątkowy wieczór wyobrażała sobie zupełnie inaczej – cichy i spokojny.

Jednak Edik postanowił bez uprzedzenia zaprosić do domu Wiaczesława i Anatolija.

— O, gospodyni w końcu dotarła!

Dopiero teraz Edik zwrócił uwagę na żonę.

Leniwym gestem machnął w stronę kuchenki.

— No dalej, Jana, poruszaj się, zrób nam coś gorącego.

Chłopcy przyszli z pracy, nie będziemy żywić się samą suszoną rybą.

Jana nawet nie zdążyła zdjąć beżowego kardiganu.

Spokojnie spojrzała na zastawiony brudnymi naczyniami stół.

— W lodówce prawie nic nie ma — powiedziała beznamiętnie.

Anatolij niezręcznie odchrząknął i z pełnym skupieniem wlepił wzrok w swój metalowy kubek.

— Wczorajsze kotlety zostały — kontynuował Edik.

— Szybko odgrzej i tyle.

Wiaczesław nagle z niezwykłym zainteresowaniem zaczął oglądać wzór na ceracie.

Twarz Edika powoli czerwieniała.

Żona sprzeciwiła mu się przy znajomych.

I to właśnie przed tymi ludźmi, którym kilka minut temu z ważną miną tłumaczył, kto jest prawdziwym panem w domu.

Edik ciężko oparł obie dłonie na krawędzi stołu.

— Nie zjadłem… tzn. Nie rozumiem.

Powoli wstał.

— Czego ty się do mnie takim tonem odzywasz?

Cały dzień zginałem karcze w serwisie.

Zaprosiłem porządnych ludzi, żeby posiedzieć, a ty zaczynasz opowiadać o jakichś wczorajszych kotletach?

Jana wszedł do kuchni, ostrożnie omijała Wiaczesława i skierowała się w stronę zlewu.

— Edik, przestań urządzać przedstawienie.

Odkręciła kurek i podstawiła dłonie pod zimną wodę.

— Już jest wpół do dwunastej.

Kiedy wchodziłam po schodach, słyszałam, jak sąsiedzi z dołu stukali w kaloryfer.

— Niech sobie chociażpostukają!

Edik nerwowo przełknął ślinę.

— Jestem u siebie w domu!

I mam prawo wypoczywać tutaj tak, jak mi się podoba!

Jana zakręciła wodę i spojrzała na niego.

Mąż miał na sobie robocze polo z logo warsztatu samochodowego.

Edik nawet w domu rzadko je zdejmował, uznając taki ubiór niemal za potwierdzenie własnej pozycji.

— We własnym domu możesz odpoczywać jak chcesz — powiedziała zupełnie spokojnie Jana.

Wytrziła ręce papierowym ręcznikiem.

— A tutaj proszę, zachowaj się ciszej.

Jutro rano muszę jeszcze wyjść na zastępstwo.

Po dwunastu godzinach pracy nie zamierzam obsługiwać waszej kompanii.

W kuchni zrobiło się nieprzyjemnie cicho.

Piękny obrazek życia rodzinnego, który Edik tak starannie malował przed kolegami, walił się w ich oczach.

Żona nie rzuciła się odgrzewać jedzenia, nie zaczęła wystawiać talerzy i wcale nie zamierzała okazywać jego znajomym uległości.

— Dobrze dobieraj słowa — rzucił przez zęby.

Edik wyszedł zza stołu i zbliżył się do Jany, próbując przytłoczyć ją swoim wyglądem.

— Coś ci nie pasuje?

To pakuj się i jedz do matki, póki jeszcze mówię normalnie!

A jak będziesz dalej rozstawiać po kątach – w ogóle cię wystawię razem ze wszystkimi rzeczami.

Za dużo sobie wzięłaś.

Jana znieruchomiała przy zlewie.

Przeniosła wzrok na nowiutkie pudełko z japońską echosondą, dumnie wystawione na parapecie.

Edik kupił tę zabawkę dwa miesiące temu.

Tylko nie płacił swoimi pieniędzmi – zakupu dokonał kartą kredytową Jany.

Jego własne konta do tego czasu były już dawno niemal puste.

Mąż uroczyście obiecał spłacić zadłużenie zaraz po pierwszej premii.

Tyle że żadna premia się nie pojawiła.

Znalazły się natomiast środki na trzydniowe wędkowanie, komplet nowych felg aluminiowych i kolejne piątkowe spotkania z kolegami.

A rachunki za media, jedzenie i obowiązkowe spłaty karty kredytowej bez zbędnych słów nadal opłacała Jana ze swojej pensji dyspozytoki.

Edik stał przed nią z miną człowieka pewnego własnego zwycięstwa.

Pewnie czekał, aż żona zacznie się tłumaczyć, byle tylko nie eskalować konfliktu.

Albo odwrotnie – urządzi awanturę, a on efektownie urwie ją rozkazującym tonem i ostatecznie ugruntuje swój autorytet przed przyjaciółmi.

Ale Jana nagle poczuła jedynie śmiertelną nudę.

Nawet irytacja gdzieś ulotniła się.

— Jasne — powiedziała krótko.

Obróciła się i ruszyła w stronę przedpokoju.

— No i dobrze, idź przewietrz się! — rzucił jej zadowolony w ślad Edik.

Po tym obrócił się do przyjaciół i teatralnie rozłożył ręce.

— Zupełnie kobiety się rozzuchwaliły.

Żywiciela już za nic mają.

Nic to, teraz ostygnie, potem sama przybiegnie się pogodzić.

Jana ściągnęła z górnej półki starą torbę podróżną.

Włożyła tam komplet bielizny, kosmetyczkę, ładowarkę do telefonu.

Potem założyła buty.

Drzwi za sobą zamknęła cicho.

Już z klatki schodowej Jana usłyszała, jak z kuchni znowu dobiega głośny męski śmiech.

Do mieszkania Walentyny były zaledwie trzy przystanki nocnym autobusem.

W drzwiach matki Jana zadzwoniła już bliżej godziny pierwszej.

Matka jeszcze nie spała.

W przedpokoju paliło się miękkie, stłumione światło, a z kuchni dochodził cichy pomruk radia.

Walentyna siedziała przy stole w ciepłej wełnianej kamizelce i z uwagą wpisywała odpowiedzi w krzyżówkę.

Widząc córkę z torbą podróżną, rzuciła tylko:

— No, przyjechaliśmy.

Potem spojrzała na Janę ponad okularami.

— Wejdź.

Czego stoisz w progu?

— Wyrzucił — poinformowała spokojnie Jana, wpatrując się w kraciasty obrus.

— Kto kogo wyrzucił?

— Edik mnie.

Przed swoimi kumplami z warsztatu.

Kazal odejść, póki jeszcze jest dobry.

Walentyna odłożyła długopis obok krzyżówki i poprawiła wiszące na łańcuszku okulary.

— O tak.

Dobroczyńca się znalazł.

A ty wziąłaś torbę i posłusznie wyszłaś ze swojego własnego mieszkania?

— Mamo, nie miałam siły.

Jana zamknęła oczy.

— Siedziałam dwanaście godzin w słuchawkach, głowa mi pękała.

Co miałam, walczyć tam z nim?

Trzymać się rękami za mieszkanie?

— Walczyć nie trzeba.

Walentyna dezapprobatywnie pokręciła głową.

— Za kogo cię uważa, za szczeniaka, którego można na rozkaz raz wyrzucić, a raz z powrotem zawołać?

Mieszkanie jest twoje.

Ciotka zostawiła ci je na trzy lata przed pojawieniem się tego pięknego pana.

On tam w ogóle nie ma żadnych praw do własności.

— Wiem.

Jana powoli masowała skronie.

— Wiem, wie — burknęła niezadowolona matka.

— A on jest święcie przekonany, że to on utrzymuje rodzinę.

Walentyna skinęła głową w stronę radia, jakby zwracała się już do spikera.

— Dwa miesiące temu kupił wędkarski gadżet na twoją kartę.

W zeszłym miesiącu raz opłacił media – i potem wszystkim opowiadał tak, jakby wybudował ci rezydencję.

On żyje w jakiejś osobnej rzeczywistości.

Całkowicie szczerze uważa się za pana.

— Niech uważa.

Do rana.

Jana otworzyła oczy.

Zmęczenie w nich nigdzie nie zniknęło, ale spojrzenie stało się twarde.

— Jutro sobota.

— I co z tego? — zapytała Walentyna.

— Nic.

Teraz u ciebie się wyśpię, a rano wrócę do domu.

Matka uważnie spojrzała na córkę i sprytnie zmrużyła oczy.

Potem niespiesznie wstała.

— Teraz jasne.

Dobra, pójdę przygotować ci łóżko.

A ty umyj się.

Tej nocy Jana, ku własnemu zaskoczeniu, spała mocno.

Nie obracała w głowie, jakie produkty trzeba kupić, nie przeliczała, czym karmić Edika w przyszłym tygodniu i nie myślała, skąd wziąć pieniądze na kolejną obowiązkową spłatę karty kredytowej.

Decyzja jakby sama ostatecznie ułożyła się w jej wnętrzu.

I od tego nawet oddychać zrobiło się łatwiej.

Sobotni poranek okazał się szary i pochmurny.

Edik obudził się w salonie na nierozłożonej kanapie.

Męczyło go silne pragnienie, język jakby przykleił się do podniebienia, a w skroniach ciężko pulsowało.

Podniósł się na łokciu i rozejrzał.

Wieczór, sądząc po wszystkim, udał się.

Wiaczesław z Anatolijem wyszli dużo po północy, zostawiając mieszkanie podobne do miejsca niedawnej bitwy.

Na podłodze walały się puste butelki, stół był usiany okruchami, a krzesła z jakiegoś powody zsunięto w jedną kupę.

I wtedy z przedpokoju dobiegł dziwny hałas.

Ktoś wyraźnie majstrował przy drzwiach wejściowych.

Rozległ się metalowy zgrzyt, potem krótkie uderzenie narzędzia.

Edik z trudem wstał.

Potarł dłonią pomiętą twarz i poczłapał w korytarz.

Był dlaczegoś pewien, że zobaczy tam Janę.

Wyobrażał sobie, jak żona wróciła po nocnym spacerze, teraz z winną miną bawi się z zamkiem.

Wczoraj, możliwe, rzeczywiście trochę przesadził z tekstem o eksmisji, za to koledze wszystko docenili.

Teraz Jana posprząta mieszkanie, przygotuje śniadanie, a on wielkodusznie uda, że wybaczył jej.

Ale drzwi wejściowe okazały się otwarte na oścież.

W progu stał nieznajomy mężczyzna w niebieskim kombinezonie roboczym.

Spokojnie chował śrubokręty do małej walizeczki.

A w drzwiach błyszczał dopiero co zamontowany nowy wkład zamka.

Obok stała Jana.

Miała na sobie ten sam płaszcz, włosy starannie zebrane.

Ani zapuchniętych od płaczu oczu, ani winnego wyrazu twarzy Edik nie dostrzegł.

— O, wrócila — rzucił chrapliwie.

Spróbował przybrać wczorajszy pobłażliwy wygląd i oparł się ramieniem o ścianę.

— Ostygłaś?

Dobra, idź posprzątaj ten cały bałagan.

Niech będzie, wybaczam.

A ten to kto?

Co on robi koło drzwi?

I dlaczego są otwarte na oścież?

Fachowiec krótko skinął Janie, podał jej nowy pęczek kluczy, podniósł walizeczkę i odszedł w dół klatki schodowej.

Jana zamknęła drzwi i odwróciła się do męża.

— Co za przedstawienie? — Edik zagubił się, mrugając.

— Po co zmieniłaś zamek?

Stare klucze zgubiłaś?

— Nie.

Wszystko jest na swoim miejscu.

Jana nawet nie ściągnęła płaszcza.

Nowe klucze schowała do kieszeni.

— Po prostu wczoraj bardzo obrazowo wyjaśniłeś, kto tu może wystawiać ludzi za drzwi.

— Ty w ogóle żartów nie rozumiesz? — w głosie Edika pojawiła się niepewność.

Rozkazujący ton szybko ustępował prawie pojednawczemu.

Rozejrzał się po salonie, jakby liczył na odnalezienie tam wczorajszych przyjaciół, którzy poparliby go.

— No posiedzieliśmy, wypiliśmy.

No chlapnąłem za dużo.

Komu się nie zdarza?

Ja w ogóle staram się dla rodziny.

Robiłem tu remont!

Jesteśmy mężem i żoną!

— Kupiłeś po przecenie dwie rolki tapet — przypomniała obojętnie Jana.

— A rachunki za pozostałe materiały, opłatę robotników i nową ceramikę trzymam u siebie.

Wszystko to było opłacane z mojego konta.

I mieszkanie przypadło mi od ciotki jeszcze na długo przed naszym ślubem.

Przeszła do kuchni, zdjęła z parapetu pudełko z nową echosondą i wróciła do korytarza.

Pudełko Jana włożyła prosto w ręce oszołomionego Edika.

— Skoro już mowa o twoim wkładzie.

Spojrzała mu spokojnie w twarz.

— Karta, z której opłaciłeś tę zabawkę, od dzisiaj jest zablokowana.

Na niej jest dług czterdziestu tysięcy.

Spłacać będziesz ze swojej pensji.

Oczywiście, jeśli po piątkowych imprezach cokolwiek z niej zostanie.

— Jana, co ty w ogóle wyprawiasz?! — głos Edika złamał się prawie na krzyk.

Do niego w końcu zaczynało docierać to, co się dzieje.

Pudełko ledwo nie wypadło mu z rąk.

— I dokąd mam teraz iść?

Przed wypłatą nie mam prawie nic!

I w ogóle, nie stąd nie pójdę!

Nawet nie miej nadziei!

— Drzwi przed tobą.

Jana niemal dosłownie powtórzyła wczorajszą manierę męża.

— Jedź do swojej matki.

Póki jeszcze jestem dobra.

I wskazała ręką na wyjście.

— Daję ci czterdzieści minut.

Zamawiasz samochód i zabierasz najpotrzebniejsze rzeczy.

Resztę rzeczy spakuję sama i wieczorem zostawię na klatce.

— Nie odważysz się — syknął Edik, z ostatnich sił próbując zachować groźny wygląd.

— Możesz sprawdzić — obojętnie wzruszyła ramionami Jana.

— Jeśli za czterdzieści minut nadal będziesz tutaj, wezwę policję.

Zamek jest już nowy, fachowiec skończył pracę i otrzymał zapłatę.

Odwróciła się od niego i poszła do kuchni.

Jana wstawiła czajnik.

Potem wzięła duży worek na śmieci i spokojnie zaczęła pakować do niego puste butelki.

Przy szumie lejącej się wody z przedpokoju docierała krzątanina człowieka, który jeszcze wczoraj nazywał siebie panem sytuacji.

Edik pośpiesznie upakował ubrania do sportowej torby, co jakiś czas irytująco klnąc pod nosem.

Po trzydziestu pięciu minutach drzwi wejściowe głośno trzasnęły.

Jana podeszła do nich i przekręciła klucz w nowym zamku.

I dopiero wtedy poczuła, jak ogromne napięcie w końcu puściło.

Zrobiła sobie świeżą kawę, usiadła na parapecie i zaczęła patrzeć w pochmurne sobotnie niebo.

Mit Freunden teilen