Wyciągnij mięso.
Za pół godziny ma być ciepłe na stole

dla kolegów.
Jestem mężczyzną w domu czy kim? — oświadczył mąż…
— Normalne jedzenie należało zamówić w restauracji, a tutaj, przepraszam, jest samoobsługa.
Telefon zivibrował dokładnie w tym momencie, kiedy Jana próbowała jednocześnie sprawdzić ostateczny bilans i podpisać dokumenty, które podał jej przedstawiciel dekoratorów.
— Halo, Jana?
Przystisnęła smartfon do ucha ramieniem, nie wypuszczając długopisu z palców.
— Tak, Edik.
Słucham.
— Mamy tutaj powód!
Z chłopakami zamknęliśmy plan kwartalny.
Przy czym świetnie zamknęliśmy!
— Gratuluję wam.
— Otóż to, mówię: takie wydarzenie nie można ot tak zostawić.
Zdecydowaliśmy się świętować.
Teraz wszyscy jedziemy do nas.
Długopis zatrzymał się nad papierem.
Jana powoli się wyprostowała i na kilka sekund zamknęła oczy.
Wokół niej trwało zwykłe pofestiwalowe zamieszanie.
Technicy zwijali kable, robotnicy rozbierali konstrukcje sceniczne, dekoratorzy zdejmowali wystrój.
Kilka godzin temu odbyło się tutaj duże forum wyjazdowe dla prawie dwustu gości, a teraz ogromna sala stopniowo zamieniała się w pustą przestrzeń.
Jana przebywała na miejscu od wczesnego rana.
Nogi bolały ją tak, jakby do każdej przywiązano po ciężkiej hantli, lędźwie bolały, a w głowie wciąż mieszały się strzępy występów, kwestie organizacyjne i nieskończone prośby uczestników.
Jedynym jej pragnieniem było dotrzeć do domu, wziąć prysznic i pójść spać.
— Edik, nie.
Na drugim końcu drutu zawisła krótka cisza.
— Czego nie?
— Gości dzisiaj nie będzie.
Jest już ósma wieczorem.
Jestem w pracy od szóstej rano i ledwo stoję.
Wrócę do domu i od razu spać.
— Jan, no i po co znowu zaczynasz? — momentalnie zmienił się głos męża.
Pojawiły się w nim dobrze znane jej poirytowane nutки.
— Już powiedziałem ludziom, że jedziemy do nas.
— To powiedz, że plany się zmieniły.
Posiedźcie w barze.
Albo idźcie do restauracji.
— Widziałaś dawno ceny w restauracjach?
Tam teraz za zwykłą kolację zostawisz mały majątek!
A w domu mamy wszystko.
— W domu jest jeszcze żona, która po czternastu godzinach pracy chce odpocząć.
— No co będziesz musiała robić? — oburzył się Edward.
— Spokojnie posiedzimy, hałasować nie będziemy.
Zamówimy pizzę.
Słowo honoru, nikt cię nawet nie dotknie.
Jana doskonale rozumiała, jak niewiele warte są takie obietnice.
— Dobrze.
Zamawiaj chociaż pizzę, chociaż cokolwiek.
Ale zapamiętaj: jeśli jednak przyjedziecie do mieszkania, jedzenie przywieźcie ze sobą.
Ja dzisiaj do pieca nie podejdem.
— Wszystko, wszystko, usłyszałem.
Nie nakręcaj się z błahego powodu.
Damy radę.
Odpoczniesz spokojnie.
— Mam nadzieję.
Jana zakończyła rozmowę i przez kilka sekund patrzyła na zgaszony ekran.
Zbyt długo żyła z Edwardem, żeby uwierzyć w jego ostatnie słowa.
Mąż szczerze lubił przyjmować gości.
Lubił odgrywać gościnnego gospodarza, otwierać szeroko drzwi przed kolegami, wystawiać napitki, wznosić tosty i słyszeć zachwycające uwagi o tym, jak wspaniale ma w domu.
Był tylko jeden mały szczegół: zapewniać całą tę gościnność musiała Jana.
W pierwszych latach życia małżeńskiego jeszcze starała się sprostać wykreowanemu przez Edwarda obrazowi idealnej żony.
Jeśli niespodziewanie informował, że za godzinę przyprowadzi towarzystwo, Jana spieszyła się do domu, chwytała za nóż, czyściła warzywa, przygotowywała mięso, kroiła przekąski, stawiała sałatki i witała gości z uśmiechem.
Potem mężczyźni jedli, pili i chwalili gospodarza.
— Edik, masz szczęście z żoną!
— Co za gospodyni!
— Złote ręce!
Edward zasiadał na czele stołu, jakby osobiście przygotował każde danie.
Przyjmował pochwały, zadowolony uśmiechał się i od czasu do czasu spoglądał z góry na żonę.
A po odejściu towarzystwa zaczynała się druga część wieczoru.
Góry talerzy.
Tłuste patelnie.
Umazany stół.
Szklanki, kieliszki, widelce, resztki jedzenia.
Do drugiej, a czasem do trzeciej w nocy Jana doprowadzała mieszkanie do porządku, podczas gdy zadowolony małżonek dawno spał.
Kiedyś znosiła to.
Teraz Jana miała czterdzieści dwa lata i pragnienie odgrywania roli darmowego personelu obsługującego ostatecznie zniknęło.
Z miejsca wyjechała późno.
Droga do domu przeciągnęła się prawie na dwie godziny: wieczorne korki jakby specjalnie zebrały się na każdej ulicy.
Przez cały ten czas Jana miała nadzieję tylko na jedno — że Edward chociaż tym razem dotrzymał słowa.
Nadzieja zniknęła w momencie, gdy drzwi windzie otworzyły się na jej piętrze.
Do Jany dolotął głośny męski śmiech.
Jeszcze nie doszła do mieszkania, ale już zrozumiała, skąd dobiega.
Drzwi wejściowe były przymknięte nieszczelnie.
Jana pchnęła je dłonią i wszedł.
Przede wszystkim zobaczyła buty.
Było ich tyle, jakby w mieszkaniu odbywało się zebranie małego męskiego klubu.
Buty, trampki, czółenka i mokasyny leżały wzdłuż ściany, sterczały w środku przedpokoju i prawie całkowicie zablokowały przejście.
Trzeba było ostrożnie przechodzić przez cudze pary.
W mieszkaniu wymieszały się zapachy męskich perfum, alkoholu i tytoniu przyniesionego z ulicy na ubraniu.
Jana milcząc zdjęła płaszcz i ostrożnie powiesiła go na wieszaku.
Z salonu głośno przemawiał Edward:
— Chłopaki, zaraz wszystko zorganizujemy!
Nie przejmuj się.
Wczoraj widziałem, Jana kupiła dobry kawałek wieprzowiny.
Ona już go zamarynowała.
Teraz wrzuci mięso do piekarnika, szybko przygotuje ziemniaki.
A do tego nasze ogórki z działki — w ogóle piękność!
U Jany drgnął kącik ust.
Więc tak.
Pizza.
„Nikt ci nie będzie przeszkadzał”.
„Wszystko będzie w najlepszym porządku”.
Kontynuowała słuchanie.
— Edik, no nie wypada chyba — rozległ się nieznany niski głos.
— Człowiek dopiero wróci z pracy, a my tu całą ekipą rozsiedliśmy się.
— O, przestawaj! — wesoło odparł Edward.
— Źle znasz moją Janę.
Dla niej takie rzeczy to tylko przyjemność.
Ona jest prawdziwą gospodynią, nie to co niektóre współczesne fifki.
Kazałeś nakarmić gości — nakarmi, jak należy.
Więc teraz Jana ostatecznie się obudziła.
Zmęczenie nigdzie nie zniknęło, ale ponad nim podniosło się zimne, zaskakująco spokojne rozdrażnienie.
Zdjęła buty i ruszyła korytarzem.
Zatrzymała się w drzwiach salonu.
Przy dużym owalnym stole rozsiadło się ośmiu dorosłych mężczyzn.
Sądząc po zaczerwienionych twarzach i podwyższonej głośności rozmów, świętowanie wykonania planu zaczęli jeszcze przed przyjazdem tutaj.
Na stole pojawiły się już butelki, szklanki i kieliszki.
Jeden mężczyzna nalewał napitki, drugi coś opowiadał sąsiadowi, trzeci przeglądał telefon.
Na czele towarzystwa stał Edward.
Wyglądał na niezwykle zadowolonego.
Widząc żonę, mąż szeroko rozłożył ręce.
— O!
A oto i nasza gospodyni!
— uroczysty ogłosił.
— Jano, przybyłaś w samą porę.
My tu lekko zgłodnieliśmy.
Gości zaczęli się witać.
— Dobry wieczór.
— Dzień dobry, Jano.
— Przepraszamy, że tak wparowaliśmy.
Ona spokojnie kiwnęła głową.
— Dobry wieczór.
Ani rozdrażnienia, ani zdziwienia na jej twarzy nie pojawiło się.
Jana spojrzała prosto na męża.
— Edik, wyjdź, proszę.
Musimy porozmawiać.
— Oczywiście.
Przed kolegami Edward zachował serdeczny uśmiech.
Nawet do kogoś mrugnął, jakby żona miała mu oznajmić coś całkowicie zwyczajnego.
Ale wystarczyło, że odeszli w korytarz, jak uśmiech natychmiast zniknął.
— Co masz za twarz?
— zapytał niezadowolony.
— Przecież ostrzegałem, że przyjedziemy.
Jana skrzyżowała ręce.
— Gdzie pizza?
— Jaka znowu pizza?
— Ta sama, którą zamierzałeś zamówić.
Godzinę temu zarzekałeś się, że przywieziecie gotowe jedzenie i nikt mi nie będzie przeszkadzał.
Edward skrzywił się.
— Jan, no po co nam żuć tę sklepową podeszwę, jeśli lodówka jest pełna normalnych produktów?
Tam leży mięso.
I tak trzeba je przygotować, inaczej się zepsuje.
— Ono się nie zepsuje.
Zamarynowałam je na niedzielę.
— Zatem przygotujemy dzisiaj.
Jaka różnica?
— Dla mnie wielka.
— Boże, — Edward z irytacją westchnął.
— No co ci szkodzi?
Włożyłaś mięso do piekarnika, ziemniaki zrobiasz, ogórki wyciągniesz.
Dwadzieścia minut roboty.
— Nie.
Nawet nie od razu zrozumiał odpowiedź.
— Co „nie”?
— Nie będę gotować.
— Jana, nie zaczynaj.
— Nic nie zaczynam.
Skończyłam pracować.
Przy czym kilka godzin temu powinnam była skończyć.
Dzisiaj przez wydarzenie przeszło około dwustu osób, i cały dzień zajmowałam się między innymi organizacją ich wyżywienia.
Wieczorem obsługiwać kolejnych dziewięciu mężczyzn nie mam zamiaru.
Wasza kolacja korporacyjna nie została wliczona w mój kosztorys pracy.
Edward szybko ojrzał w stronę salonu.
— Możesz mówić normalnie?
Po co ten swój roboczy ton do domu przynosić?
— Rozmawiam całkowicie normalnie.
— Tam siedzą ludzie.
— Zauważyłam.
— W takim razie zachowuj się odpowiednio.
— A mianowicie jak?
Mąż zbliżył się i zaczął mówić ciszej:
— Nie rób cyrku.
Całą drogę opowiadałem chłopakom, jak posiedzimy, jak nakryjesz do stołu.
Nawet nawiasem mówiąc, siedzi tam Rusłan z dyrekcji.
Rozumiesz w ogóle?
— Rozumiem.
— I?
— Niech siedzi.
Edward wpatrywał się w nią, jakby usłyszał coś całkowicie niewiarygodnego.
— Mówisz poważnie?
— Absolutnie.
— Żal ci przygotować kawałek mięsa dla własnego męża i jego przyjaciół?
— Żal mi spędzić resztę wieczoru w kuchni.
A jeszcze bardziej żal mi moich nóg, na których stoję od szóstej rano.
— No ile tam jest roboty?!
— syknął.
— Postawić mięso i zrobić ziemniaki!
— To postaw.
— Ja?!
— Wyobraź sobie.
Twarz Edwarda zaczęła czerwieńcieć.
— Chcesz mnie specjalnie ośmieszyć przed ludźmi?
— Nie.
Sam się ośmieszyłeś, kiedy obiecałeś ludziom kolację, nie pytając osoby, która według twojego planu miała ją przygotować.
— Pytałem cię!
— Nie, Edik.
Oznajmiłeś mi o swojej decyzji.
Odpowiedziałam, że nie będę gotować.
Potem obiecałeś zamówić pizzę.
A teraz ośmiu facetów siedzi w moim salonie i czeka na wieprzowinę z ziemniakami, bo uznałeś, że moje „nie” nic nie znaczy.
Edward nerwowo przeciągnął ręką po włosach.
— Jan, dość filozofowania.
Chłopakom naprawdę głupio.
— Im jest głupio dlatego, że zaprosiłeś ich na kolację, której nie ma.
— Boże, co się z tobą stało?
Kiedyś normalnie przyjmowałaś gości.
— Kiedyś zbyt często pozwalałam ci dysponować moim czasem.
— Zaczęło się znowu…
— Nic się nie zaczęło.
Wręcz przeciwnie, skończyło się.
Edward znów zerknął na drzwi salonu.
Najwyraźniej bał się, że koledzi usłyszą rozmowę.
Zwłaszcza ten Rusłan z dyrekcji.
Właśnie na to mąż zawsze liczył.
Jana nie będzie się kłócić przy obcych.
Jana się zawstydzi.
Jana będzie się bała wyjść na niegościnną.
Jana uśmiechnie się, założy fartuch i pójdzie do kuchni, bo „co ludzie pomyślą”.
Wcześniej ten schemat faktycznie działał.
Ale dzisiaj stała przed nim już inna Jana.
Edward postąpił krok do przodu i prawie zupełnie zbliżył się do żony.
— Posłuchaj mnie uważnie, — wycedził.
— Nie mam zamiaru teraz wyglądać na idiotę przed kolegami.
— W takim razie nie powinieneś obiecywać im tego, czego nie możesz sam zapewnić.
— Jesteś moją żoną!
— I co?
— Normalna żona pomoże mężowi!
— Normalny mąż nie przyprowadza ośmiu osób po tym, jak żona wprost powiedziała, że jest zmęczona i gotować nie będzie.
— Co ty pleciesz: zmęczona, zmęczona!
Wszyscy pracują.
Jana spojrzała na niego z lodowatym spokojem.
— Właśnie.
Wszyscy pracują.
Dlatego po pracy ludzie mają prawo odpoczywać.
Edward ostatecznie stracił cierpliwość.
Zrobił krok w bok i oparł dłoń o ścianę, jakby celowo zagradzając żonie drogę.
Jego głos stał się cichy i twardy:
— Więc słuchaj tutaj.
Teraz idziesz do kuchni, wyciągasz mięso i zajmujesz się kolacją.
Za pół godziny ciepłe ma stać na stole.
Koniec z urządzaniem mi pokazowych występów.
Jestem w tym domu mężczyzną czy kim?
— Mężczyzna.
Edward zadowolony podniósł podbródek, jakby właśnie otrzymał niezaprzeczalne potwierdzenie własnej racji.
— Właśnie!
— Świetnie.
Więc najwyższy czas udowodnić, że dorosły mężczyzna potrafi poradzić sobie sam.
Kuchnia jest tam, prosto korytarzem.
Jana spokojnie odeszła męża i ruszyła w stronę kuchni.
Za jej plecami Edward zadowolony prychnął.
Był absolutnie pewien, że wygrał.
No jasne, żona trochę pomarudzi, zrobi skrzywioną twarz, być może jeszcze parę razy przypomni, jak bardzo jest zmęczona, ale w końcu i tak wyciągnie mięso.
Potem obierze ziemniaki, otworzy słoiki z domowymi ogórkami, szybko skleci zakąski — i za pół godziny na stole pojawi się pełnoprawna kolacja.
Tak działo się wcześniej.
A więc, zdaniem Edwarda, tak musiało się stać i teraz.
Z salonu do korytarza wychylił się przysadzisty Rusłan.
Koszula na nim zdążyła się już pomiąć, górny guzik był rozpięty, a na twarzy zastygł wyraz człowieka, który czuje się prawie jak w domu.
— Gospodyni!
— zawołał do Jany.
— A my nie możemy tam znaleźć głębokich talerzy!
Jana nawet nie odwróciła głowy w jego stronę.
— Edik zaraz wam wszystko pokaże.
Właśnie postanowił zająć się przygotowaniem kolacji.
Uśmiech na twarzy męża lekko zadrżał.
— Jan, co ty…
Ale ona już wszedł do kuchni.
Zamiast lodówki Jana podeszła do dużej zamrażarki i wysunęła najniższą szufladę.
Tam znalazło się dokładnie to, czego w tej chwili potrzebowała.
Trzy spore paczki niedrogich pierogów.
Parę tygodni temu w sklepie była promocja i Jana wzięła kilka opakowań na zapas.
Czasami bez zapowiedzi wpadali siostrzeńcy, i takie jedzenie bardzo pomagało, gdy trzeba było kogoś szybko nakarmić.
Paczki były lodowate.
Pierogi w środku dawno zamarzły w twarde grudki.
Jana wyciągnęła jedno opakowanie.
Potem drugie.
Trochę pomyślawszy, wyciągnęła trzecie.
Skoro Edward zaprosił ośmiu głodnych mężczyzn, niech jedzenia na pewno starczy.
Przytulając zamrożone paczki do piersi, wróciła do salonu.
Rozmowy przy stole stopniowo ucichły.
Mężczyźni z zainteresowaniem odwrócili głowy.
Niektórzy, jak się wydawało, rzeczywiście oczekiwali, że gospodyni zaraz ogłosi szybkie podanie ciepłego posiłku.
Jededen z gości uzbroił się już w widelec.
Jana zbliżyła się do stołu.
Pierwsze opakowanie z łoskotem uderzyło o blat.
Klap.
Obok wylądowało drugie.
Klap.
I trzecie.
Klap.
Dźwięk okazał się na tyle wyraźny, że rozmowy ucichły ostatecznie.
Osiem par oczu wpatrywało się w trzy paczki mrożonych pierogów.
Rusłan przez kilka sekund milcząco patrzył na nie, a potem przeniósł zdumione spojrzenie na Janę.
Stawała zupełnie spokojnie.
Tę samą tonację Jana używała rano, wyjaśniając wykonawcom porządek pracy na placu i informując personel techniczny o czasie montażu.
— Szanowni goście, witajcie, — powiedziała.
— Przedstawiam dzisiejsze menu.
Trzy opakowania.
Myślę, że powinno starczyć dla wszystkich.
— Jana!
Edward niemal wleciał za nią do salonu.
Jego twarz płonęła.
— Co to ma być za przedstawienie?!
Jana nie zaszczyciła męża odpowiedzią i kontynuowała zwracanie się wyłącznie do gości:
— Duży garnek znajduje się w dolnej szafce pod zlewem.
Kuchenka gazowa.
Aby włączyć palnik, trzeba przekręcić pokrętło.
Zimna woda jest w kranie, sól znajdziecie w prawej szafce wiszącej.
Przy stole zapanowała taka cisza, że słychać było buczenie lodówki w kuchni.
Jeden z mężczyzn niezgrabnie odchrząknął.
Inny nagle bardzo zainteresował się swoim pustym kieliszkiem.
Trzeci spuścił wzrok na stół.
Rusłan siedział z lekko rozchylonymi ustami.
— Ty w ogóle rozumiesz, co wyprawiasz?!
— Edward ledwo hamował głos.
— Co ty tu przyniosłaś?
Gdzie normalna kolacja?
Jana w końcu spojrzała na męża.
— Normalne jedzenie należało wcześniej zamówić w restauracji.
A w tym mieszkaniu dzisiaj panuje samoobsługa.
— Jan…
Ale ona już się odwróciła.
Niespiesznie Jana wyszła z salonu i udała się do sypialni.
Za jej plecami przez kilka sekund utrzymywała się martwa cisza.
Potem ktoś z gości coś cicho powiedział, rozległ się stłumiony śmiech, a zaraz po nim irytujące syczenie Edwarda.
Jana zamknęła drzwi sypialni.
Na górnej półce szafy leżała mała torba podróżna.
Zdjęła ją i położyła na łóżku.
Jeszcze wczoraj ta torba nie była jej potrzebna.
Po udanym forum kierownictwo zdecydowało się docenić jej pracę niezwykłym prezentem.
Janie wręczono certyfikat na dwie noce w dobrym podmiejskim spa-hotelu.
Zamierzała skorzystać z prezentu w weekend.
Spędzić parę dni w ciszy.
Wyspać się.
Pójść na masarz.
Spacerować.
Nie odbierać telefonów służbowych.
I co najważniejsze — niczego dla nikogo nie organizować.
Ale dzisiejszy wieczór wniósł korekty.
Dlaczego właściwie czekać do weekendu?
Jana otworzyła szafę.
Do torby trafiła bielizna na zmianę, wygodna odzież, kosmetyczka i kilka niezbędnych drobiazgów.
Zaraz potem włożyła ładowarkę do telefonu.
Wszystko zajęło najwyżej pięć minut.
Żadnych wątpliwości, ani chęci ponownej rozmowy z mężem u niej nie było.
Jana nie zamierzała nikogo wychowywać.
Nie chciała udowadniać Edwardowi oczywistych rzeczy.
Nagle zrobiło jej się niesamowicie żal własnego czasu.
Czterdzieści dwa lata to całkiem odpowiedni wiek, aby przestać marnować wieczory na obsługiwanie ludzi, których się nie zapraszało, tylko dlatego, że komuś zachciało się wyglądać przed nimi na gościnnego gospodarza.
Jana zasunęła suwak.
Wzięła torbę i wyszła z sypialni.
Edward dopadł ją już w przedpokoju.
Oczywiście zauważył torbę od razu.
— Co to ma być?
— Torba podróżna.
— Widzę!
Dokąd się wybierasz o tej porze?
Jana założyła buty.
— Odpocząć.
— Dokąd?!
— Do hotelu.
Edward przez kilka sekund patrzył na nią, najwyraźniej próbując pojąć, czy żona żartuje, czy nie.
— Jaki znowu hotel?
— Podmiejski.
Wczoraj mi podarowali certyfikat.
— Mówisz poważnie?!
— Bardziej niż poważnie.
Jana poprawiła pasek torebki.
— Mam przed sobą zasłużony dzień wolny.
I zamierzam z niego skorzystać.
Edward szybko podkroczył do drzwi wejściowych i stanął przed nią.
— Straciłaś zupełnie resztki rozumu?
Jana podniosła na niego wzrok.
— Przed kim dokładnie mam się bać?
— Mam tam gości!
Kolegów!
Wyobrażasz sobie, co oni teraz o mnie myślą?
— Nie.
I nie mam zamiaru tego wyjaśнять.
— Pomyślą, że jestem pantoflem!
— Edik, jest mi całkowicie obojętne, za kogo cię uważają twoje koledzi.
— Przyprowadziłem tych ludzi do domu!
— Bez mojej zgody.
— Przecież przynoszę pieniądze do tej rodziny!
Jana ze znużeniem westchnęła.
Ten argument był na tyle przewidywalny, że nie wywoływał już nawet rozdrażnienia.
— Obaj zarabiamy, Edik.
Albo moja pensja nagle przestała być uważana za pieniądze?
Mąż zmarszczył brwi.
— Nie zmieniaj tematu.
— Niczego nie zmieniam.
Po prostu przypominam: oboje pracujemy.
Ale ja jakoś nie przyprowadzam po pracy do domu ośmiu kolegów i nie żądam, żebyś po swojej zmianie przez kilka godzin ich karmił, nalewał im napitków, a potem sprzątał mieszkanie.
— Mężczyzna i kobieta to dwie różne rzeczy!
— Kiedy chodzi o gotowanie ziemniaków?
— Doskonale rozumiesz, o co mi chodzi!
— Nie.
Wyjaśnij.
Edward zacisnął usta.
Z salonu dobiegł głos:
— Edik, a woda już wrze?
Zaraz potem ktoś się zaśmiał.
Twarz męża stała się purpurowa.
— Widzisz?!
— syknął.
— Już się śmieją!
— To idź pilnować garnka.
Jana sięgnęła do klamki.
Edward znów zagrodził jej drogę.
— Nigdzie nie pójdziesz.
— Odstąp.
— Jana, celowo mnie teraz upokarzasz!
— Idę odpocząć.
Wszystko inne dzieje się wyłącznie z twoich własnych decyzji.
— Mam gości!
— To zajmuj się gośćmi.
Spokojnie zrobiła krok do przodu.
Edward, nie spodziewając się takiej stanowczości, odruchowo usunął się w bok.
Jana otworzyła drzwi.
I wtedy za jej plecami rozległo się zdanie, którym mąż uwielbiał kończyć konflikty rodzinne.
Jego główna broń.
Wcześniej po tych słowach Jana zazwyczaj się zatrzymywała.
— Jeśli teraz wyjdziesz przez te drzwi, możesz w ogóle nie wracać!
— rzucił Edward.
Jana zamarła na sekundę.
Odwróciła głowę.
Mąż stał pośrodku przedpokoju, pewien, że teraz się przestraszy.
Jana kiwnęła głową.
— Umówione.
I wyszła.
Drzwi za jej plecami zamknęły się cicho.
Około godziny później Jana wchodziła do przestronnego, jasnego holu podmiejskiego spa-hotelu.
Po głośnym mieszkaniu cisza wydawała się tu niemal nierzeczywista.
Miękkie światło, spokojna muzyka, duże okna, za którymi ciemniały drzewa.
Nikt nie krzyczał.
Nikt nie żądał ziemniaków.
Nikt nie potrzebował pilnie znaleźć głębokich talerzy.
Za recepcją siedziała młoda administratorka.
— Dobry wieczór.
— Dobry.
Jana wyciągnęła certyfikat.
— Podarowano mi go wczoraj.
Planowałam przyjechać później, ale zdecydowałam się skorzystać dzisiaj.
Czy to możliwe?
Dziewczyna sprawdziła dane w komputerze i uśmiechnęła się.
— Oczywiście.
Państwa certyfikat przewiduje dwie doby.
Pokój jest wolny.
— Wspaniale.
Po kilku minutach Jana otrzymała klucz magnetyczny.
Kiedy drzwi pokoju zamknęły się, po raz pierwszy od całego dnia pozwoliła sobie na całkowite odprężenie.
W pokoju pachniało świeżością i czystą pościelą.
Na łóżku leżała śnieżnobiała narzuta.
Za oknem ciemniał park.
Jana postawiła torbę na fotelu i przede wszystkim poszła pod prysznic.
Ciepła woda stopniowo zmywała napięcie długiego dnia pracy, rozдраżenie po rozmowie z mężem i nieprzyjemny posmak domowego spektaklu.
Nawet nie próbowała wyobrazić sobie, co teraz dzieje się w mieszkaniu.
Czy mężczyźni znaleźli garnek?
Czy potrafili włączyć kuchenkę?
Czy podzielili zmarznięte pierogi?
Czy poradził sobie wielki „mężczyzna w domu”, ile wody trzeba nalać?
To nie był już jej problem.
Po prysznicu Jana założyła szlafrok, wskoczyła pod chrupiącą kołdrę i położyła telefon ekranem do dołu na szafce nocnej.
Zamierzała trochę poczytać.
Nie zdążyła.
Sen ogarnął ją niemal błyskawicznie.
Rano Jana otworzyła oczy i przez kilka sekund nie mogła pojąć, gdzie się znajduje.
Pokój zalany był miękkim światłem dziennym.
Za oknem szumiały drzewa.
Żadnego budzika.
Żadnych telefonów.
Żadnych żądań przygotowania śniadania.
Spojrzała na zegarek.
Prawie dziesiąta.
Jana ze zdziwieniem uśmiechnęła się.
Nie pamiętała, kiedy ostatnio pozwoliła sobie spać tak długo.
I co najważniejsze — nigdzie nie musiała się spieszyć.
Mogła po prostu wstać wtedy, kiedy miała na to ochotę.
Niespiesznie wzięła prysznic, doprowadziła się do porządku i zeszła na śniadanie.
W restauracji hotelowej było niewielu ludzi.
Jana wzięła filiżankę aromatycznej kawy, nałożyła na talerzyk kilka syrników, dodała odrobinę śmietany i wybrała stolik przy olbrzymim oknie.
Za szybą ciągnęła się zielona aleja.
Kilku gości niespiesznie spacerowało alejkami.
Jana jadła powoli.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiała jednocześnie jeść śniadania, sprawdzać poczty służbowej, pakować rzeczy ani myśleć, co przygotować mężowi.
Telefon przez cały ten czas leżał w torebce.
Dopiero po wypiciu kawy zdecydowała się sprawdzić, co się tam dzieje.
Ekran zaświecił się.
Jana uniosła brwi.
Trzydzieści nieodebranych połączeń.
Większość — od Edwarda.
Oprócz nich w komunikatorze nazbierało się ponad dziesiąt wiadomości.
Otworzyła konwersację.
Pierwsza została wysłana krótko po jej wyjściu:
„Ośmieszyłeś mnie przed całym oddziałem”.
Kilka minut później przyszła kolejna:
„Rusłan teraz rżnie nade mną”.
Potem:
„Musieliśmy sami gotować te głupie pierogi!”
Jana przygryzła wargę.
Kolejna wiadomość okazała się jeszcze bardziej emocjonalna:
„One wszystkie się skleiły!
Połowa w ogóle się rozpadła!”
Dalej szła cała seria oburzonych wiadomości.
„Mogłaś chociaż wyjaśnić normalnie, jak je gotować”.
„Ludzie siedzieli głodni”.
„To był ważny wieczór dla mnie”.
„Specjalnie wszystko zepsułaś”.
Ostatnia wiadomość przyszła rano:
„Wracaj natychmiast.
Musimy bardzo poważnie porozmawiać”.
Jana przeczytała ją dwukrotnie.
Potem spokojnie zablokowała ekran.
Zrobiła jeszcze jeden łyk trochę już ostygłej kawy i spojrzała przez okno.
Na ustach pojawił się lekki uśmiech.
Odpowiadać nie zamierzała.
Przynajmniej dzisiaj.
Certyfikat był w pełni opłacony na dwie noce.
O jedenastej trzydzieści Jana miała umówiony masaż.
Po nim zamierzała pójść na basen, zjeść obiad, a potem długo spacerować po cichej alei wśród drzew.
Po raz pierwszy od wielu lat jej dzień wolny rzeczywiście należał tylko do niej.
I oddawać go z powrotem Edwardowi wcale nie zamierzała.







