Berta Swan pochodziła z wielodzietnej rodziny.
Dobrzy katolicy od dzieciństwa wiedzieli: wszystko, co Bóg posyła – jest na dobre.

Dlatego, gdy wyszła za mąż, zupełnie spokojnie przyjęła ciążę.
Potem drugą.
Ale za trzecim razem od razu coś poszło nie tak.
— Może masz bliźnięta?
— pytali sąsiedzi, patrząc na rosnące ciało Berty.
Rzeczywiście, na tak wczesnym etapie miała za bardzo wystający brzuch.
A gdy o wyznaczonej godzinie przyszła położna, Berta od razu powiedziała: czekamy na dwoje dzieci.
Nazwali je już nawet!
Jeśli to chłopcy, będą się nazywać Jacob i Martin.
A jeśli dziewczynki – Joanna i Anna.
Wszystko wydarzyło się o świcie 6 sierpnia 1846 roku.
Nancy Lingldon, jedna z najbardziej doświadczonych położnych z Mill Brook w Nowej Szkocji, przyjechała, by pomóc Bercie Swan.
I bardzo szybko rozwiała wszelkie wątpliwości.
Nie było bliźniąt.
Dziecko było jedno.
— Boże!
— zawołała Berta.
— Co to za dziecko?
To była niezwykła dziewczynka.
Ogromna.
Czasem można znaleźć informacje, że urodziła się ważąc 7,2 kilograma, ale to nieprawda.
Trzecie dziecko Berty Swan ważyło nieco mniej niż sześć kilogramów.
I tak było to bardzo dużo!
A do tego miała tak długie, splątane włosy, że wyglądało to, jakby nie była człowiekiem, lecz czymś innym…
Na tym dziwactwa się nie skończyły.
Niemowlę ciągle chciało jeść, więc Berta nie nadążała z jej apetytem.
Musieli znaleźć dla dziewczynki karmicielkę, którą nazwano i ochrzczoono Anną.
— Straszne dziecko…
— szeptano w okolicy.
Anna rosła jak na drożdżach.
Inne dzieci w jej wieku były malutkie, a jej nóżki zwisały z kołyski.
Ojciec musiał zrobić nową, większą kołyskę, dopasowaną do niej.
Ubrania dla Anny nie pasowały, więc matka szyła je sama.
A w wieku 4 miesięcy Anna ważyła tyle, co dwuletnie dziecko.
Wieść o niezwykłym dziecku szybko obiegła okolice.
O dziewczynce nawet napisano w lokalnej gazecie, i to w bardzo pochlebny sposób.
Berta była dumna z tej publikacji: jej córka po raz pierwszy została nazwana nie straszną, lecz niesamowitą!
Ale było się jeszcze czemu dziwić.
W wieku sześciu lat Anna Swan dorównała wzrostem swojej matce, która miała 157 centymetrów.
I w rodzinie nigdy nie rodziły się takie giganty!
Berta, będąc w ciąży niemal co rok, patrzyła na swoje dzieci i zastanawiała się: skąd się wzięła taka Anna?
Wszyscy inni byli zwykłymi maluchami.
— Tak postanowił Pan, moje dziecko — tłumaczył miejscowy ksiądz pani Swan — znaczy to, że Annę czeka niezwykły los.
— Tylko żeby nie był straszny.
— mamrotała kobieta.
Anna rosła, ale wcale nie stawała się ładniejsza.
Miała surowe rysy twarzy, ogromne męskie dłonie i grubą szyję.
W wieku jedenastu lat była wyższa od wszystkich mieszkańców Mill Brook, wliczając w to silnych mężczyzn.
Sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry!
Taką dziewczynę teraz każda drużyna koszykarska by wyrwała z rąk.
Ale Anna Swan żyła w XIX wieku, gdy takie rozmiary uważano za brzydotę.
Kobiety według tamtejszych wyobrażeń powinny być smukłe i pełne wdzięku.
Chłopki mogły być silniejsze i mocniejsze, ale nawet wśród nich Anna wyróżniała się.
Matka wzdychała: kto zwróci uwagę na taką kolosa?
Jak ułożyć los jej córki?
W wieku piętnastu lat Anna mierzyła już 213 centymetrów i nie zamierzała przestać rosnąć.
Ktoś w Mill Brook zaczął się chrztować na jej widok.
Chociaż dziewczyna była dobra i wrażliwa.
Świetnie uczyła się w szkole, szczególnie dobrze szła jej literatura i muzyka.
Anna chętnie grała w amatorskim teatrze szkolnym…
… Showman Phineas Taylor Barnum szukał właśnie takich osób.
Z czymś dziwnym.
Niezwykłych.
Zapraszał ich do swojego show i dla nich to był chyba jedyny sposób, żeby się ustawić.
Oczywiście, gdy dowiedział się o Annie Swan, pojechał zobaczyć to zjawisko.
I był bardzo zadowolony: ona ozdobi jego kolekcję!
— Możesz występować i się uczyć — tłumaczył Barnum — przy okazji zarobisz trochę pieniędzy.
Nie jest źle, co?
Płacę tysiąc dolarów miesięcznie.
I zgodziła się.
Anna Swan przeprowadziła się do Nowego Jorku, gdzie od razu przyciągnęła powszechną uwagę.
Potem cyrk Barnuma zaczął jeździć po całej Ameryce, a później przeniósł się do Europy.
Dziewczyna z kanadyjskiej dziury trafiła do Londynu i nawet została zaproszona na spotkanie z królową Wiktorią.
Anna wydawała się ogromna obok miniaturowej brytyjskiej władczyni, która ledwo mierzyła 152 centymetry.
„Dla królowej jesteśmy bardzo skromni” — pisała młoda Wiktoria w swoim pamiętniku.
A na trasie w Halifax wydarzyło się coś niesamowitego.
Tam Anna poznała innego giganta – Martina Batesa.
On ze swoim wzrostem 236 centymetrów był idealną parą dla ogromnej dziewczyny.
Przez jakiś czas występowali razem, a potem zdecydowali się pobrać.
Ślub odbył się w Londynie, 17 czerwca 1871 roku.
Sama królowa obdarowała nowożeńców — Martin otrzymał od niej zegarek, a Anna diamentowy pierścionek i kawałek atłasu na suknię.
Podczas ceremonii ksiądz musiał stanąć na stołeczku, aby było go widać i słychać.
Straszne dziecko było szczęśliwe.
Życie Anny potoczyło się tak, jak nigdy nie mogła sobie wyobrazić!
Czy marzenia naprawdę się spełniają?
— Czy będziemy mieli dzieci?
— martwiła się Anna.
Kiedyś, gdy była młoda, lekarz powiedział jej, że mogą pojawić się z tym problemy.
Ale nowa pani Bates szybko zaszła w ciążę i 19 maja 1872 roku urodziła dziewczynkę ważącą 8 kilogramów.
Niestety, dziecko zmarło zaraz po urodzeniu.
Drugie dziecko, które Anna dała życie, przeżyło jedenaście godzin.
To było największe dziecko na świecie – 10 kg!
Batesowie zaoszczędzili wystarczająco dużo pieniędzy, żeby żyć spokojnie.
Wrócili do Ameryki, osiedlili się w Ohio i zbudowali sobie wyjątkowy dom.
Mieli tam niezwykle wysokie sufity, szerokie framugi drzwi i meble.
Wszystko dla ogromnej rodziny…
„Wszystkie meble były robione na zamówienie” — opowiadał Martin — „gdy widzisz, jak nasi goście z nich korzystają, przypomina to podróż dobrego Gullivera”.
Do występów cyrkowych Anna i Martin wracali tylko od czasu do czasu, żeby trochę dorobić.
Mieli nadzieję, że przed nimi jeszcze wiele szczęśliwych lat…
Nikt nie wie, dlaczego Anna urosła tak ogromna.
Ale najwyraźniej wzrost nie oznaczał dobrego zdrowia.
Miała prawie czterdzieści dwa lata, gdy jej serce przestało bić.
Martin zamówił dla żony pomnik, który postawił na jej grobie, a potem sprzedał dom rodzinny i wyprowadził się.
Rok później ożenił się z zupełnie zwyczajną kobietą, Annette Lavonne, z którą mieszkał aż do śmierci w 1919 roku.
Napisał autobiografię, w której bardzo szczegółowo opisał swoje życie, a zwłaszcza Annę.
A właściciele dwurodzinnego domu gigantów z czasem przemienili go w muzeum.







