W skromnej dzielnicy Oaxaca mieszkał Don Efraín Sánchez, stolarz o szorstkich dłoniach i spokojnym spojrzeniu.
Miał 68 lat i mały warsztat, gdzie naprawiał krzesła, połamane stoły i stare drzwi.

Ale każdego popołudnia, gdy już nie było klientów, zostawał sam z drewnem i zaczynał swoją prawdziwą pracę: robić zabawki.
Drewniane autka, bączki, jojo, lalki bez farby, koniki na patyku.
Nie sprzedawał ich.
Robił je, by podarować dzieciom, które widywał pracujące na ulicy.
Tym, które sprzedawały gumy do żucia na światłach.
Tym, które czyściły szyby samochodów.
Tym, które nie miały czasu, żeby być dziećmi.
Mówił, że nie robi ładnych zabawek. Robił zabawki potrzebne.
— „Dziecko, które pracuje cały dzień, też potrzebuje chwili zabawy, choćby krótkiej” — powtarzał zawsze.
Gdy je kończył, wkładał do płóciennej torby i cicho chodził po dzielnicy.
Dawał je dzieciom, nie mówiąc wiele.
Czasem mówił tylko:
— „Weź, żebyś pamiętał, że też możesz się bawić.”
Niektóre dzieci nie wiedziały, jak zareagować. Zapomniały, jak to jest mieć swoją własną zabawkę.
Ale gdy chwytały bączka lub autko, coś w ich oczach się zmieniało.
Bawiły się pięć minut, pół godziny, ile tylko mogły… a potem wracały do sprzedaży, do pracy, do dorastania za szybko.
Ale na chwilę znowu stawały się dziećmi.
Don Efraín nigdy nie prosił o podziękowania.
Mówił, że gdy nadejdzie dzień, w którym zabawki przestaną być potrzebne, wtedy przestanie je robić.
Do dziś każdego popołudnia buduje je dalej, z pomarszczonymi rękami i nienaruszonym sercem.
Bo w świecie, gdzie wiele dzieci dźwiga ciężar dorosłych, on postanowił podarować im coś, czego nikt nie powinien im odbierać:
Prawo do zabawy.







