Drzwi sali operacyjnej rozwarły się z cichym, wilgotnym westchnieniem, wypuszczając go w sterylny chłód korytarza.
Lew Wyszyński wysunął się na zewnątrz, zataczając się jak ostatni pijak na obrzeżach miasta.

Oparł się o zimną, szorstką ścianę, czując, jak zdradziecko drżą jego ręce, opatrzone bandażami zmęczenia, oraz nogi, które stały się watowate po dwunastu godzinach niewyobrażalnego napięcia.
Nie czuł ani rąk, ani nóg — tylko głuchą, dudniącą pustkę w czaszce, gdzie jeszcze kilka minut temu szalała burza koncentracji, adrenaliny i zimnej, bezlitosnej kalkulacji.
Uratował go. Dwukrotnie. Dwa razy serce młodego mężczyzny, zniszczone w krwawym młynku wypadku, zatrzymywało się, a Lew dwukrotnie zmuszał je, by znów biło, ściskając w dłoniach gorącą, śliską grudkę ciała, czytając na monitorach bezlitosną linię, krzycząc do skalpela i losu: „Nie!”
Wygrał. Ale cena zwycięstwa była całkowite wyczerpanie.
Chciało mu się runąć właśnie tu, na zniszczonym, poplamionym antyseptykiem linoleum, skulonym zapaść się w bezdenny, czarny, bezsenny sen.
Oparł plecy o szorstką, chłodną ścianę i zamknął powieki.
Pod nimi tańczyły purpurowe plamy, błyski skalpeli i równomierna, zapraszająca linia elektrokardiogramu.
Wyglądało na to, że nigdy nie ruszy się z tego miejsca. Ale wewnętrzny silnik, latami przyzwyczajany do dyscypliny, znów zawrzał po kilku minutach.
Odsunął się od ściany i, ciągnąc nogi, podreptał do dyżurki, gdzie czekała na niego szklanka gorzkiej, parzącej kawy — jedyny przyjaciel w tej godzinie.
Po kilku godzinach wyszedł przez bramę szpitalnego miasteczka.
Dwie filiżanki kawy zrobiły swoje: ostra senność ustąpiła, zastąpiona znajomym, tłem wyczerpania, jego wiecznym towarzyszem.
Powietrze, już nie pachnące chlorem i lekami, ale nasycone aromatem liści nagrzanych w ciągu dnia i odległego deszczu, wydawało mu się odurzającym nektarem.
Prosto od bramy, jak zielona, tajemnicza tętnica, ciągnęła się w głąb dzielnicy wąska aleja.
Lew nigdy nią nie chodził — zawsze pędził samochodem, łamiąc przepisy, wiecznie się spóźniając.
Ale dziś coś w nim kliknęło. Promienie zachodzącego słońca, niskie i długie, przebijały się przez gęste liście, rzucając na asfalt żywy, drżący wzór światła i cienia.
Wyglądało to jak olbrzymi kamuflaż, jak złoty brokat rzucony u jego stóp.
I poczuł ochotę, jak chłopiec, przejść się po tym wzorze, poczuć na twarzy ciepło kończącego się dnia.
I tak czy inaczej czekało go tylko puste, milczące mieszkanie, gdzie nawet kurz zdawał się nieruchomy, czekając na coś, czego nigdy nie doczeka.
Lew powoli wszedł w aleję, głęboko oddychając, z przyjemnością czując, jak letnia rozkosz wypełnia każdą komórkę jego wyczerpanego ciała.
Siano topolowe już ucichło, ustępując miejsca gęstemu, miodowemu zapachowi lip.
Lato przekroczyło równik, a gdzieś na horyzoncie kusił urlop.
Ale dziś był zwycięzcą.
Odzyskał od żniwiarza w płaszczu jeszcze jedno życie.
Na jednej z ławek, skąpana w złotym blasku, siedziała dziewczyna.
Sylwetka w jasnej, zwiewnej sukience, pochylona nad książką.
Promienie słońca podświetlały rude pasma jej włosów, rozpalając je tysiącami miedzianych iskier.
Opadały na strony, zasłaniając jej twarz ognistą zasłoną.
I nagle, aż do fizycznego bólu, chciał zobaczyć, co kryje się za tym żywym płomieniem.
Podszedł prawie na wyciągnięcie ręki. Była pochłonięta czytaniem, nie zauważając go.
Wyglądało na to, że cały świat dla niej sprowadzał się do linijek na papierze.
„Ciekawa książka?” — jego głos zabrzmiał chrapliwie, przeziębiony po godzinach milczenia.
Dziewczyna nie podniosła głowy, kończąc akapit. Potem powoli, z jakąś wzruszającą ostrożnością, zamknęła książkę, zostawiając palec na stronie.
Lew pochylił się, by przeczytać tytuł do góry nogami.
„Mój drogi człowieku” — przeczytał na głos.
Dopiero wtedy spojrzała na niego oczami. I Lew wewnętrznie zaniemówił.
Twarz usiana złotymi piegami, jakby ktoś hojnie rzucił garść małych słońc.
Duże, bezdenne oczy w kolorze gorzkiej czekolady, obramowane gęstymi rzęsami.
Pełne, jasne usta, lekko rozchylone ze zdziwienia. Nie była po prostu ładna.
Była ucieleśnioną świeżością, młodością, samym życiem, które właśnie bronił pod jasnymi lampami sali operacyjnej. „Złota” — przemknęło mu przez głowę.
„Interesujesz się medycyną, czy podoba ci się autor?” — zapytał, próbując ukryć nagłe poruszenie pod maską profesjonalizmu.
„Złożyłam dokumenty na medycynę” — odpowiedziała.
Głos był niski, nieco chrapliwy, niespodziewany w stosunku do jej delikatnej aparycji.
„To znaczy, że jesteśmy prawie koleżankami”. Lew nie mógł powstrzymać aprobatywnego uśmiechu i usiadł na krawędzi ławki.
„A ty jesteś lekarzem?” — jej czarne oczy zabłysły żywym, szczerym zainteresowaniem.
„Chirurgiem”.
„Ty?” — otwarcie się zdziwiła, oglądając go od stóp do głów.
„Co cię tak dziwi? Nie wyglądam jak chirurg? Czy w twoim wyobrażeniu wszyscy chirurdzy to siwi mamuty z wieczną miną pogardy dla świata?”
Pełne usta drgnęły, rozciągnęły się w uśmiechu, a wszystkie piegi na nosie zabawnie się zebrały razem.
„Jaki dokładnie chirurg?” — zapytała, i on zrozumiał, że nie ma do czynienia z naiwną prostaczką.
„Chwalebne, że znasz się na niuansach.
Chciałbym powiedzieć, że plastyczny. Brzmi to bardziej prestiżowo i romantycznie.
Niestety, jestem zwykłym, przyziemnym chirurgiem.
Ktoś musi przecież wycinać wyrostki i usuwać kamienie z przewodów żółciowych.”
Ona roześmiała się.
Jej śmiech brzmiał jak dzwoneczki z kryształu, jak szemrzący strumień — czysty, szczery, zaraźliwy.
I z jakiegoś powodu bardzo chciał się jej popisać, pokazać nie zmęczonego robotnika, lecz rycerza skalpela, władcę życia i śmierci. Lew zaczął opowiadać.
O dniach pozbawionych literackiego romantyzmu, o ciężarze odpowiedzialności na ramionach w każdej sekundzie.
O tym, że stół operacyjny to prawdziwe pole bitwy, z taktyką, strategią i nieuniknionymi stratami.
Wspomniał także o dzisiejszym przypadku, upiększając go, wplatając w opowieść wymyślone łzy żony i dzieci pacjenta, ich nadzieję, ich rozpaczliwe błagania.
Na początku dziewczyna słuchała go z lekką ostrożnością, lecz stopniowo jej spojrzenie wypełniło się nieukrywaną admiracją.
I pod tym spojrzeniem Lew naprawdę poczuł się bohaterem, półbogiem w białym kitlu.
Wiedział, że mówi bzdury, że się unosi, ale nie mógł się zatrzymać.
Bezgranicznie chciał się podobać tej złotej dziewczynie, pachnącej słońcem i nadzieją.
„Uratowałeś człowiekowi życie i mówisz o tym tak… zwyczajnie?” — zapytała poważnie.
„To moja praca. Każdy dzień to ryzyko. Najprostszy przypadek może w sekundę stać się tragedią.”
Złapał się na tym, że patrzy jej prosto w oczy, tonie w nich.
„A ty? Jakim lekarzem chcesz zostać?”
„Jeszcze nie zdecydowałam. Najpierw muszę się dostać” — rzuciła okiem na zegarek na cienkim nadgarstku i nagle zerwała się.
„Ojej, spóźniam się!” — w jej oczach przemknęła strach, całkowicie dziecięcy, szczery.
„Przy bramie stoi mój samochód. Chodź, zawiozę cię, gdzie chcesz” — zaproponował Lew, wstając.
Po drodze opowiadała szybko i chaotycznie.
Mieszka z ciotką Tonją, siostrą matki. Ciotka ma psa — starego, schorowanego spaniela o imieniu Wermut.
Tak nazwał go jeszcze mąż ciotki, już nieżyjący. Ciotka boli nogi, spacery z Wermutem to obowiązek Steshy.
A Wermut jest stary, nie cierpi spacerów, a jeśli nie wyprowadzi go na czas — nastąpi katastrofa, którą ona będzie musiała posprzątać.
„Ciotka jest złośliwa?” — spytał Lew.
„Ciotka Tonja? Skądże! To człowiek o największym sercu.
Przyjęła mnie do siebie, choć sama ma chore nogi i skaczące ciśnienie.”
„A skąd jesteś? Z okolic?”
„Tu zawsze mieszkałam. Kiedy byłam w piątej klasie, mama umarła.
Bolał ją brzuch, odwlekała wizytę u lekarza. Wróciłam ze szkoły i znalazłam ją nieprzytomną na podłodze.
Wezwałam pogotowie. Pękł jej wyrostek, zaczęła się perforacja.”
Dziewczyna mówiła spokojnie, bez drżenia w głosie, jakby czytała od dawna nauczony tekst.
„Po tym ojciec zaczął pić. Po sześciu miesiącach przejechał go autobus i zginął.
Czy przypadek, czy nie — nie wiem. Tak mieszkam z ciotką.”
Stesha wyskoczyła z samochodu i pobiegła do wejścia, oglądając się za siebie w biegu.
Lew pomachał jej ręką, a w następnym momencie zniknęła w ciemnym przejściu.
Został sam w samochodzie, i natychmiast przestał czuć się bohaterem.
Znów był po prostu Lwem Wyszyńskim, zmęczonym, samotnym chirurgiem, któremu w duszy pozostała tylko paczka rachunków szpitalnych i cisza w trzy-pokojowej klatce na peryferiach.
Bolało go serce za nią. Dobra dziewczyna. Właściwa. Silna.
Tak młoda, a już doświadczyła tyle cierpienia.
Odpalili silnik i odjechał, zabierając ze sobą obraz jej piegowatego oblicza i zapach świeżości, który pozostawiła w samochodzie.
Minął miesiąc. Lew Giennadijewicz Wyszyński, wracając z krótkiego urlopu, szedł szpitalnym korytarzem, gwizdając coś bez sensu.
Przed nim młoda sanitariuszka myła podłogę płynnymi, szerokimi ruchami mopa.
Z białego czepka wysunęła się i opadła na policzek nieposłuszna kosmyk rudych włosów.
Coś ukłuło Lwa w serce, coś znajomego, dawno zapomnianego.
Pacjentka? Krewniaczka? Zwolnił krok.
Dziewczyna wyprostowała się, żeby odsunąć wiadro, i uniosła głowę.
To była ona.
„Ty? Cześć!” — w jej bezdennych, czarnych oczach zabłysły iskry radości i tego samego zachwytu, który tak wyraźnie pamiętał. Przypomniał ją sobie, choć imię wyleciało mu z głowy.
„Cześć. Nie miałaś się uczyć, zamiast myć podłogę?” — zapytał, dziwiąc się, że od razu przeszedł na „ty”.
„A może ktoś z rodziny jest tutaj?” — przypomniał sobie jej historię i mentalnie dał sobie w twarz za brak taktu.
„Złożyłam dokumenty. Postanowiłam trochę popracować przed rozpoczęciem zajęć” — odpowiedziała po prostu, bez zawahania.
„Cóż, słusznie. Medycyny trzeba uczyć się od środka, od samego dołu.
Może, patrząc na to wszystko, zmienisz zdanie co do wiązania życia z leczeniem ludzi.
A kim chcesz zostać? Nie jesteś przypadkiem chirurgiem?”
„Zobaczymy” — wzruszyła wąskimi ramionami, a Lew nagle przypomniał sobie jej imię — Stesha.
„Miło cię widzieć” — skinął głową i ruszył dalej korytarzem, czując na plecach jej spojrzenie.
Jego krok stał się pewny, nieco swobodny, z pewnością siebie gospodarza.
Od tego czasu zauważał, że idąc po oddziale, mimowolnie szuka wzrokiem rudych włosów pod śnieżnobiałym czepkiem.
A kiedy je znajdował, zawsze zatrzymywał się, żeby wymienić parę nic nie znaczących słów.
Pewnego razu zobaczył ją przy drzwiach pokoju lekarskiego.
Wyraźnie na niego czekała, przestępując z nogi na nogę.
„Dzisiaj pracuję ostatni dzień. Za trzy dni pierwsza lekcja” — powiedziała, mocno się rumieniąc.
Z tego powodu piegi na nosie i policzkach zrobiły się ciemniejsze i wyraźniejsze, jakby posypano je cynamonem.
„Czyli nie zmieniłaś zdania?” — uśmiechnął się.
„Uczcijmy twój ostatni dzień pracy.
A przy okazji zapis. Pasuje? Poczekaj tu na mnie, nie odchodź. W porządku?”
Stesha tylko skinęła głową, uśmiechając się i czerwieniąc jeszcze bardziej.
Dwie godziny później, gdy Lew zszedł do holu, zobaczył ją siedzącą na krześle przy windzie, i podniosła się, gdy go zobaczyła, znów cała rozświetlona.
Wyszli razem i nie obchodziło go, kto ich widzi.
Nie była już sanitariuszką. Była studentką. Koleżanką.
Zjedli kolację w małej kawiarni, gdzie pachniało smażoną cebulą i ziołami, a potem spacerowali nad rzeką.
Światła miasta migotały w ciemnej wodzie jak roztopione złoto.
„Nie spieszy ci się? A ciocia?” — zapytał Lew.
„Ciocia pojechała do przyjaciółki w Pskowie. A Vermouth… Vermouth zmarł tydzień temu.
Był bardzo stary. Ciocia wyjechała, żeby tu nie płakać.
Wciąż wydaje jej się, że słyszy jego szczekanie” — westchnęła Stesha, a jej twarz na moment stała się smutna.
„To jedziemy do mnie. Szczerze, nogi mnie bolą.
Piłaś kiedyś prawdziwe francuskie wino? Nie?
Trzeba to koniecznie nadrobić” — zaproponował, nagle zdenerwowany, obawiając się odmowy.
Stesha milcząco skinęła głową.
„Przepraszam, nie spodziewałem się gości, tu jest trochę… twórczego bałaganu” — ostrzegł, wpuszczając ją do mieszkania.
Pachniała nocnym miastem, perfumami o zapachu kwiatu pomarańczy i czymś jeszcze młodym i świeżym. „Rozgość się, ja idę do kuchni, coś wymyślimy”.
Wyjął z lodówki resztki rostbefu z drogiej restauracji, warzywa do sałatki i butelkę różowego wina z elegancką etykietą.
„A twoja żona? W podróży?” — odezwał się jej głos z progu, lekki, z ledwo wyczuwalną nutą ironii.
Lew, myjąc pomidora, odwrócił się.
Stała w framudze drzwi, oparta o ościeżnicę, patrząc na niego swoimi bezdennymi oczami.
„Moja żona odeszła. Miała dość, że mnie nigdy nie ma w domu. Nawet w weekendy.
Dzwoniła nocami do oddziału, sprawdzała, czy nie kłamię w sprawie dyżurów.
Ciągle się kłóciliśmy. Na początku przeżywałem.
Nie chciałem iść do tego pustego mieszkania, znikałem na długie godziny w szpitalu, spałem w pokoju lekarskim.
Potem… przyzwyczaiłem się. Prawnie jeszcze się nie rozwiedliśmy”.
Westchnął. „Pomożesz? W gotowaniu jestem kompletnie zielony”.
„A mięso?” — wskazała pojemnik z restauracji.
„Z ‘Gavroche’” — przyznał szczerze, choć początkowo chciał skłamać.
Razem nakrywali do stołu, kroili sałatkę, ich ręce ciągle się stykały, a każdy dotyk wywoływał u Leva dreszcze po plecach.
Śmiali się z jego niezręczności, a śmiech ukrywał zakłopotanie.
Potem pili wino, zimne, z cierpkim posmakiem, i mówili na zmianę, bojąc się niezręcznych przerw, wypełniając przestrzeń między sobą słowami.
Nagle zadzwonił telefon, przerywając tę idyllę jak nóż.
Lew wyszedł, by rozmawiać w salonie. Wrócił po kilku minutach, blady, z kamienną twarzą.
„Natychmiast mnie wzywają. Masowa katastrofa. Cały oddział chirurgiczny został postawiony w stan gotowości”.
Patrzył na nią, na jej zdezorientowaną, nagle przestraszoną twarz. „Idź spać.
Pościel jest w szafie w przedpokoju. Poczekaj na mnie. W porządku?”
Nie czekał na odpowiedź, już zakładając kurtkę. Drzwi zatrzasnęły się.
Zawieziono go do piekła. Kilka zgniecionych samochodów, kilkanaście okaleczonych ciał.
Operował całą noc, automatycznie, czystym profesjonalizmem i wolą, odganiając myśli o tym, co czeka go w domu. O niej.
Rano, gdy najgorsze napięcie minęło, wymknął się z szpitala.
Po raz pierwszy od miesięcy biegł do domu. Nie do pustego mieszkania, lecz tam, gdzie na niego czekano.
Wyobrażał sobie już, jak cicho otworzy drzwi, znajdzie Steshę śpiącą w półmroku sypialni, zobaczy jej rude włosy porozrzucane na poduszce, wdycha jej ciepły, śpiący zapach.
Jak delikatnie dotknie jej policzka… Serce ściskało się w piersi z niemal bolesnego oczekiwania szczęścia.
Wbiegł do kamienicy, przeskakując dwa stopnie, nie mogąc czekać na windę.
Ostrożnie, starając się nie hałasować, włożył klucz do zamka i wszedł.
Z kuchni dochodził znajomy hałas: lecąca woda, brzęk naczyń.
Uśmiechnął się: przygotowuje śniadanie.
Zdjął buty, przeszedł boso korytarzem i zatrzymał się w progu, napotykając wzrok na plecach w znajomym, różowym szlafroku w kwiatki, jasne włosy związane w niedbały kok.
Ona odwróciła się, trzymając patelnię, i uśmiechnęła się zmęczonym, domowym uśmiechem.
„Cześć” — powiedziała Kira zwyczajnie, jakby rozstali się dopiero wczoraj wieczorem. „Naleśniki.
Pewnie jesteś głodny jak wilk. Co się stało? Znowu wypadek?”
Lew zaniemówił. Jego wzrok przeskanował kuchnię, szukając śladów innej obecności — drugiego kubka, zapomnianej spinki, czegokolwiek.
„Kogoś szukasz?” — zapytała, udając niewinność, a w jej oczach zatańczyły znajome, złośliwe diabełki.
„Nie, ale… jak tu trafiłaś?”
„Odeszła” — Kira odłożyła patelnię i spojrzała na niego prosto w oczy, bez uśmiechu.
„Nie bój się, nie robiłam scen. Chociaż, muszę przyznać, twój gust… jest specyficzny.
Nie jest trochę za młoda dla ciebie, Lew?”
„Po co przyjechałaś?” — prawie krzyknął, powstrzymując się, by nie chwycić jej za ramiona i nie wypchnąć.
„Wracam do domu. Nadal jesteśmy mężem i żoną, pamiętasz? Tęskniłam za tobą.
Zrozumiałam, że nie mogę bez ciebie. Byłam sama przez cały ten czas, szczerze.
I potem… dziecko musi mieć ojca. Spróbujmy zacząć od nowa”.
„Jakie dziecko?” — Lew poczuł, jak po jego kręgosłupie, kręg po kręgu, powoli i nieuchronnie przesuwa się lodowaty wąż. „O czym ty mówisz?”
„Jestem w ciąży, Lew” — nie odrywała wzroku, wyłapując każdą jego emocję. „Prawie czwarty miesiąc”.
„Mówisz… prawdę?” — jego głos brzmiał ochryple i obco. „O ciąży?
Dlaczego od razu nie przyjechałaś? Nie było cię trzy miesiące!”
Nagle poczuł się przytłoczony, jakby ktoś położył na jego barkach blok granitu, który teraz skazany był dźwigać przez resztę życia.
„Na początku myślałam, że to tylko opóźnienie. Bałam się złego oka, błędu.
Potem bałam się poronienia… więc przyjechałam dopiero, gdy ryzyko minęło.
Nie cieszysz się?” — w jej głosie było błaganie, którego nienawidził.
„A mdłości?” — próbował uchwycić się jakiejś deski ratunku, złapać ją na kłamstwie.
Przez cztery lata nic im nie wychodziło. „Nie wyglądasz na cierpiącą”.
„Przez pierwsze tygodnie strasznie mnie nudziło, teraz minęło.
— mówiła, jakby się tłumacząc — Tak bardzo chciałam ci powiedzieć…”
— Dzwoniłam na oddział przed wyjazdem, powiedzieli mi, że nie masz dyżuru…
— Nic się nie zmieniło, Kira. Nadal jestem tym samym chirurgiem.
Wciąż znikam w pracy, wciąż wracam nocą wyczerpany.
Całą noc operowałem dziś ludzi. Za tydzień nie wytrzymasz i zaczniesz kolejny skandal o tym, jak niszczę twoje życie…
— A ona? — przerwała Kira, a jej głos zabrzmiał drżąco. — Ta dziewczyna?
Nie robi skandali? A może po prostu jeszcze nie zrozumiała, co znaczy być żoną chirurga?
Żyć w ciągłym oczekiwaniu? Być drugą, trzecią, ostatnią w liście jego priorytetów po pracy i obcych ludziach? — Jej głos załamał się, ujawniając strach i niepewność.
— Przy okazji, jest czysto. To ona sprzątała? Ty nawet kurzu nie umiesz wytrzeć — zmieniła temat, już spokojniejsza.
— Miałem piekielną noc. Położę się — powiedział Lew i, nie patrząc na nią, wszedł do sypialni.
W rogu, po jego stronie łóżka, leżał pognieciony koc.
Wziął go mechanicznie, żeby się okryć, i zatrzymał się. Z koca unosił się ledwo wyczuwalny, lecz wyraźny zapach.
Ten sam — kwiatów pomarańczy i nocnego miasta. Zapach Steshy.
Przyłknął tkaninę do twarzy, wziął głęboki wdech i zamarł, czując, jak lodowate ciarki przebiegają po plecach, a w gardle zatrzymuje się węzeł niewylanych łez.
Chciał tego dziecka. Czekał. Modlił się. A teraz Kira wróciła, przynosząc mu tę wiadomość, tę długo oczekiwaną wieść.
Ale zamiast radości czuł tylko ciężar i gorycz. Nie miał wyboru.
Już ktoś go za niego dokonał. Dziecko będzie. Nie będzie mógł go porzucić.
Jest lekarzem, wiedział, że Kira nie skłamałaby w takiej sprawie — łatwo to sprawdzić.
A Stesha… Złota dziewczyna. Niespełnione marzenie.
Naprawdę była dla niego za młoda.
Do jego życia, jego problemów, jego bagażu.
A mimo to… ból ściskający serce, niemal fizyczny, pełen żalu.
Zobaczył ją jeszcze raz. Podczas jego dyżuru pogotowie przywiozło starszą kobietę z uwięzioną przepukliną.
Operacja nie była trudna, prawie rutynowa. Gdy wyszedł z sali operacyjnej, zdejmując czepek, podbiegła do niego znajoma rudowłosa dziewczyna w mundurku studentki pielęgniarstwa.
Serce na moment podskoczyło mu aż do gardła, gotowe wybuchnąć krzykiem nadziei i radości. Potem jednak spadło w przepaść, pozostawiając w piersi lodowatą, absolutną pustkę.
— Pan? — powiedziała Stesha. Celowo czy nie, znowu zwracała się do niego „pan”.
— Jak ciocia Tonja? — Jej twarz była blada, niemal bez widocznych piegów.
Tylko jej ogromne czarne oczy płonęły jak rozżarzone węgle, przeszywając go, mieszając ból, wyrzut i pytanie.
— Wszystko w porządku. Wkrótce przeniosą ją na salę.
Możesz ją odwiedzić. Powiedz, że pozwoliłem.
Powoli przeszedł korytarzem, czując na plecach jej spojrzenie — ciężkie, pożegnalne, odcinające go na zawsze od tamtego letniego wieczoru i alei w złotych plamach.
Za godzinę miał zabrać Kirę na USG.
Dziś dowie się, czy będzie miał syna, czy córkę.
I teraz to było jedyne, co miało znaczenie.
Poza, być może, szczęściem na sali operacyjnej.
Cała reszta — tylko cień kwiatów pomarańczy, słodki i niemożliwy sen.







