Noszę twoją tanią biżuterię, żeby się przyzwyczaić.
Wkrótce będzie moja. Tak jak twoja buda. Tak jak wszystko, czym się tak bezczelnie chwalisz, jakbyś sama na to zapracowała.

Marina zapięła bransoletkę — tę samą z turkusem, którą podarował jej inwestor z Petersburga.
— Nie kochanek, nic takiego. Po prostu mądry facet, który zna wartość pieniędzy i kobiet z głową.
Poprawiła włosy, sprawdziła kolczyki w lustrze i sięgnęła po kopertówkę, gdy do pokoju wszedł Dmitrij.
Z winowatą miną i torbą pełną zakupów.
— Mama przyjedzie na kolację — powiedział prawie szeptem, jakby próbował nie zakłócać swojego wewnętrznego spokoju.
Albo czyjejś cierpliwości.
— Dima, żartujesz sobie? — Marina prawie złamała zamek bransoletki. — Za godzinę mam spotkanie z klientem.
— Mówiłem, że się uwolnisz. Przecież to nie na cały wieczór.
Ona po prostu się stęskniła.
— Stęskniła się za moimi pieniędzmi, Dima — Marina uśmiechnęła się z ironią, coraz bardziej zirytowana. — Brakuje jej mojego nowego serwisu kawowego w kolekcji?
Marina i Elena Siergiejewna nie tylko się nie dogadywały. To była wojna z długą historią frontów i rozejmów, gdzie broń stanowiły kąśliwe komentarze, manipulacje i ciągłe „jesteś kobietą, więc bądź prostsza”.
Aha, prostsza — żeby ci łatwiej było mnie znieść? Nie, dziękuję.
— To twoja matka. Postaraj się… no, być grzeczna, czy coś w tym stylu — Dmitrij położył torby na stole i ruszył w stronę łazienki, jakby uciekał z pola bitwy.
— Grzeczna? Po tym, jak nazwała mnie „handlarką facetami” na rocznicę?
— No cóż, miała na myśli, że jesteś zbyt niezależna…
— Dzięki, Dima, teraz wszystko naprawiłeś — Marina uśmiechnęła się sarkastycznie i zarzuciła marynarkę. — Niech stęskniona mamusia poczeka. Wychodzę.
Wyszła, trzaskając drzwiami tak, że nawet kot poczuł napięcie.
Samochód powoli wyjechał z podwórza, i przez sekundę wydawało się, że wszystko już za mną. Ale to była cisza przed bardzo głośną burzą.
Wróciwszy do domu później niż planowała, Marina od razu poczuła, że coś jest nie tak. Światło w sypialni było włączone. Przecież je na pewno wyłączyłam…
Zdjęła buty, cicho przeszła korytarzem i zatrzymała się w progu.
Elena Siergiejewna stała przed lustrem. Miała na sobie te same kolczyki z szmaragdami, które Marina trzymała w szkatułce pod kluczem. W rękach trzymała naszyjnik.
— Niespodziewany powrót — powiedziała teściowa, nie odwracając się. Głos lodowaty, jak w tanim kryminale.
— Co ty, do cholery, robisz? — Marina mówiła powoli, kontrolując każdy mięsień twarzy, żeby nie wykrzyczeć.
— Przymierzam. I tak tego prawie nie nosisz. A mnie pasuje. Prawda?
— Elena Siergiejewna odwróciła się, uśmiech miała taki, jakby od dawna mieszkała w twojej głowie bez czynszu.
— To moje rzeczy. To drogi naszyjnik, który ja…
— Który kupiłaś z pieniędzy, które „zainwestował” mój syn, swoją drogą. Ja też mam do tego prawo. Jesteśmy rodziną.
— Zwariowałaś. Jaka rodzina?
— Ta, w której jesteś tymczasowym nieporozumieniem, Marino — powiedziała teściowa, zdejmując kolczyki.
— Myślisz, że on cię kocha? Chłopcy zawsze słuchają mamy.
Po prostu jesteś teraz przydatna. Dopóki masz biznes, dopóki masz nieruchomości, dopóki nie rodziłaś.
Marina podeszła bliżej. W środku wszystko wrzało. Wiedziała, że ta scena nie dotyczy tylko biżuterii.
To była obnażona twarz całej ich historii. I Dmitrija. I jej. Zawsze tak było, po prostu odmawiała patrzenia.
— Masz plan? — Marina skrzyżowała ręce. — Chcesz wyciągnąć ode mnie majątek przez swojego złotego chłopca?
— Nie ja. On — wzruszyła ramionami Elena Siergiejewna i przeszła obok, jakby nic się nie stało. — Ale mu pomagam. A co, nie w twoim interesie zostawić nas na lodzie, prawda?
Marina została. Serce biło nie w klatce piersiowej — w mózgu. Wyjęła telefon, włączyła nagrywanie. Nagle, zachrypniętym głosem:
— Powtórz, proszę. Wszystko, co teraz powiedziałaś.
— No nie, — parsknęła teściowa. — Nie jestem aż tak głupia.
— Szkoda — Marina uniosła głowę. — Ale ja już wszystko nagrałam. Jeszcze wcześniej.
Teściowa zamarła. Po raz pierwszy — na sekundę — przemknął w niej strach. I było to przyjemne. Prawie sadystycznie. Prawie wstrętnie satysfakcjonujące.
— Wiedziałam, że nie jesteś zwykłą gnidą. Jesteś gnidą z dyplomem technikum teatralnego — rzuciła Marina i ruszyła do innego pokoju.
Telefon zadrżał — „Wiktor. Prawnik”. Podniosła słuchawkę.
— Witia, cześć. Szybkie pytanie. Jeśli mąż złoży pozew o rozwód, biorąc pod uwagę umowę małżeńską, nic nie dostanie?
— Marina, żartujesz? Oczywiście, że nic. Ani grosza. Ani jednej rubla. Nie zabierze nawet kota, jeśli jest na twoje nazwisko.
Marina uśmiechnęła się. Jej głos stał się spokojny, jakby w pokoju włączono klimatyzację.
— Doskonale. W takim razie przygotuj dokumenty. Wygląda na to, że czeka nas interesujący maj.
Spojrzała w stronę drzwi. Z korytarza wyłonił się Dmitrij. Zmęczony, nieogolony, z oczami człowieka, który wszystko słyszał. Ale milczał.
— Jesteś tu długo? — zapytała Marina, nie podnosząc głosu.
— Długo — cicho odpowiedział Dmitrij, patrząc w podłogę.
— I? — uniosła brew Marina.
— Mamo, idź do samochodu — powiedział, nie podnosząc wzroku. — Porozmawiam z nią.
Marina podeszła bliżej, powoli. Między nimi krok. Między nimi osiem lat, kredyt hipoteczny, trzy wspólne podróże i jeden bardzo niefortunny Nowy Rok w Karelii.
— Naprawdę myślisz, że uda ci się przy niej pozostać i wyjść z tego czystą? — zapytała prawie szeptem.
— To moja matka, Marina.
— A ja — twoja żona. Na razie.
Nie odpowiedział. Odwróciła się i podeszła do okna. Gdzieś na zewnątrz trąbił samochód.
Prawdopodobnie taksówka. Albo jej nowe życie.
Marina trzymała telefon przy uchu, czekając na połączenie z notariuszem.
Za nią trzasknęły drzwi wejściowe. Odwróciła się — Dmitrij stał w progu, ściskając w rękach jej naszyjnik.
— Nie mogę wybrać między wami — powiedział. — Ale jeśli ją wyrzucisz, wyrzucisz i mnie.
— W takim razie masz tylko jedno wyjście — Marina powoli podeszła, spojrzała mu w oczy i cicho dodała: — Szukaj, gdzie mieszkać. Nie dzielę już dachu z zdrajcami.
Zrobił krok w jej stronę, jakby chciał coś powiedzieć — i zatrzymał się. Cisza. Lekki oddech.
Jeden spojrzenie. Ale bez pocałunków, bez objęć, bez przebaczenia.
Tylko pauza.
Napięta, głośna, jak wystrzał, którego nikt nie oddał.
Minął tydzień. W milczeniu. Jakby ktoś wyłączył dźwięk w serialu.
Marina mieszkała w domu sama, ale w powietrzu wciąż unosił się zapach balsamu Dmitrija i jego głupiej porannej kawy z wanilią.
Chciała wyrzucić wszystkie jego rzeczy, ale trzymała się w ryzach.
Nie z szlachetności — po prostu prawnik powiedział: „Dopóki rozwód nie jest podpisany, nie ruszaj niczego. Będzie nieczysto — on wniesie powództwo wzajemne.”
I w końcu nie chodziło o rzeczy. Rzeczy można wyrzucić.
Ale to, że on milczał — nie pisał, nie dzwonił, nie próbował wrócić — było prawdziwym ciosem. Tak łatwo? Osiem lat?
Jej poranek zaczął się od filiżanki czarnej kawy i dzwonka domofonu.
— Kto tam? — zmęczonym głosem zapytała Marina.
— Kurier — znajomy głos.
— Dmitrij, oszalałeś? — prawie upuściła filiżankę.
— Nie. Po prostu otwórz.
Stał w progu. W rękach trzymał pudełko z dokumentami. Czerwone oczy, potargane włosy, koszulka z jakimś idiotycznym kreskówkowym nadrukiem. Dorosły facet w kryzysie.
— Co to jest? — zapytała zimno Marina.
— Podpisane papiery. Zgadzam się na rozwód. Bez podziału majątku. Bez roszczeń. Bez pytań.
— Naprawdę? — zmrużyła oczy. — Tak po prostu?
— Ty tego chciałaś. Wygrałaś. Gratulacje, Marina.
— Dima, ja nie gram w szachy, ja żyję. I jeśli uważasz, że to zwycięstwo — to wszystko naprawdę się skończyło. Na zawsze — Marina odwróciła się, ale w środku wszystko się zacięło.
On milczał. Potem postawił pudełko przy wejściu i poszedł do windy. Bez dramatu. Jakby właśnie oddawał paczkę na „Ozon”.
I tyle. Koniec. Bez łez, bez tłuczonej zastawy, nawet bez „spróbujmy jeszcze raz”.
I słusznie. Dość bycia tym, kto trzyma most, gdy jego oba końce już podpalono.
Dwa dni później spotkała Elenę Siergiejewną. W supermarkecie.
Przy stoisku z antipasto, jak na złość. Staruszka w eleganckim płaszczu, z nową torebką i spojrzeniem zwyciężczyni.
— A ty całkiem nieźle się trzymasz, Marino — zaczęła, wybierając oliwki. — Chociaż bez męża.
— Trzymam się, bo w mojej głowie nie mam takich jak ty „mózgów”, a realne perspektywy.
— Ojej, nie bądź złośliwa. I tak będzie ci gorzej. Kobiety takie jak ty starzeją się same. A mężczyźni — zawsze mają wybór.
— Uh-huh. Na przykład ty wybrałaś samotność, bo nikt nie wytrzymał twojego charakteru.
— Dmitrij już szuka sobie mieszkania, swoją drogą. Z twoimi pieniędzmi byłoby łatwiej.
— Przekaż mu, że pieniądze są moje. Tak samo jak godność. A on może wynajmować studio z mamą.
Elena Siergiejewna chciała coś powiedzieć, ale zadławiła się winogronem. Marina wyszła, nie czekając na ratunek.
Tego samego wieczoru Dmitrij w końcu napisał. Krótko:
„Tęsknię. Możemy porozmawiać? Bez mamy. Bez adwokatów.”
Długo patrzyła na wiadomość. Potem po prostu odpisała:
„Jutro. O 12. Kawiarnia na rogu.”
Przyszedł spóźniony. Oczywiście. Jak zwykle. Jak zawsze. I przyniósł jej herbatę, nie kawę.
Też jak zwykle. Nawyk, od którego była zmęczona, ale który dziwnie grzał.
— Naprawdę tęsknię — powiedział, nie patrząc w oczy. — Jesteś dla mnie więcej niż… po prostu żoną. Po prostu biznesem. Po prostu domem.
— Ale mniej niż mama, prawda? — spokojnie doprecyzowała Marina.
— Nie wiem, jak z tym żyć. Ona… ona jest chora. Psychicznie. Zrozumiałem to.
— Zrozumiałeś to dopiero, gdy zostałes bez pieniędzy. Bez domu. I bez seksu.
— No, seks już nie jest argumentem. I tak…
— Zamknij się — przerwała Marina, nie kryjąc bólu. — Nie muszę słyszeć, że tęsknisz.
Potrzebowałam, żebyś stał obok, kiedy było ciężko. Ale wybrałeś matkę. I byłeś pewien, że ona jest mądrzejsza, sprytniejsza, ważniejsza.
— Bo ty jesteś silniejsza, Marino. Wiedziałem, że sobie poradzisz.
— Tu się mylisz, Dima. Poradziłam sobie — ale nie dlatego, że byłam silna.
Tylko dlatego, że nie miałam już dokąd upaść.
Zdradziłeś mnie. Nie fizycznie — to bym jeszcze przeżyła. Moralnie. Nie było cię, gdy krzyczałam w środku.
On patrzył w filiżankę. Ona — w okno. Między nimi stół, cukiernica, dwa szklanki. I osiem lat życia.
— Czego teraz chcesz? — zapytała.
— Wrócić.
— A ja chcę przestać bać się zasypiać w pustym łóżku. Wiesz, jak to działa?
Boję się nie dlatego, że jestem sama. Tylko dlatego, że możesz wrócić. I znowu uwierzę. A potem znów wybierzesz ją.
— Nie wrócę, jeśli powiesz „nie”.
— To słuchaj uważnie. Nie.
Wstał. I odszedł. Już na zawsze. Bez spektaklu. Bez nadziei.
Po miesiącu Marina siedziała u notariusza. Podpisała papiery, zabrała dokumenty, odetchnęła. Koniec. Jest wolna.
Na dworze słońce. Jej samochód lśnił na parkingu.
Otworzyła drzwi, wsiadła, uśmiechnęła się do siebie w lustrze. Nie zwycięstwo. Ale przetrwała. Nie zemściła się. Ale wyszła z gry cała.
I nagle telefon. SMS. Nieznany numer:
„Wciąż jesteście dla nas interesującym inwestorem.
Gotowi omówić udział w projekcie w Mediolanie? Z zakwaterowaniem na wybrzeżu.”
Uśmiechnęła się.
Tak. Jest gotowa.
Morał opowieści: Czasem miłość to nie trzymać, a puścić.
I jeśli wybierasz siebie — nie tracisz. W końcu odnajdujesz.







