Misha w końcu zasnął dopiero około trzeciej.
Siedziałam na skraju łóżka, zastygła w niewygodnej pozycji — ręka zdrętwiała, ramię bolało, ale bałam się poruszyć.

U malucha wychodziły zęby — dziąsła były zaczerwienione, ciągle wkładał pięści do buzi i płakał tak, że serce mi pękało.
Wydawało się, że nie spał całą wieczność.
Wystarczyło tylko spróbować przenieść go do łóżeczka — natychmiast się budził, jakby wyczuwał, że chcę uciec.
Zaledwie siedem miesięcy, a przez ten czas zdążyłam przeżyć całe nowe życie.
Miłość, ból, niepokój, szczęście — wszystko splotło się w ciasny węzeł, którego teraz nie da się rozwiązać.
Gdy oddech syna się wyrównał, ostrożnie wstałam. W oknie naprzeciwko paliło się światło — ktoś w naszej dziewięciopiętrowej panelowej kamienicy też nie spał.
Często się zastanawiałam, kto tam jest — równie zmęczona matka jak ja? Bezsenny staruszek? Zakochana para?
Kiedyś marzyłam, że ja i Sierioża kupimy swoje mieszkanie i będę patrzeć ze swojego okna na własne podwórko.
Ale te marzenia rozproszyły się jak dym.
Trzy lata pracy na kasie w „Produktach” — i wszystkie moje oszczędności przepadły.
Najpierw — pierwszy wkład na hipotekę, której i tak nie sfinalizowaliśmy.
Potem — na remont w tym mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy z Anną Pietrowną, matką Sierioży.
„Będzie przytulniej” — mówił. Ale przytulniej zrobiło się tylko dla nich.
Odkąd przekroczyłam ten próg z walizką i głupią nadzieją na szczęśliwe życie, ani razu nie poczułam się u siebie.
„Wszystko się ułoży” — obiecywał Sierioża półtora roku temu. „Weźmiemy ślub latem” — mówił, zanim zaszłam w ciążę.
„Trochę poczekamy” — szeptał, gdy urodził się Misha. Kiwałam głową. Wierzyłam. Czekałam. Ale pieczątka w paszporcie wydawała mu się czymś zbędnym.
Anna Pietrowna codziennie rano brzęczała kluczami w przedpokoju, szykując się do pracy w księgowości.
W myślach nazywałam ją „szpicem” — mała, złośliwa, z wiecznie zadartym nosem.
Ze mną rozmawiała tylko wtedy, gdy było to konieczne, jakby nie byłam matką jej wnuka, lecz tymczasową służącą.
Kiedy gotowałam — krzywiła się: „Nie umiesz obchodzić się z jedzeniem”. Kiedy prałam — „To są drogie rzeczy”. Ale zawsze z jadowitym uśmiechem.
„Świetlanko, mogłabyś umyć podłogi” — mówiła w mój jedyny dzień wolny.
„Świetlano, kupiłam twaróg dla Mishenki” — dodawała, choć nigdy nie brałam jej produktów.
Swoje pokoje zamykała na klucz. Pod naszą nieobecność — sprawdzała rzeczy.
Pewnego dnia przyłapałam ją na zaglądaniu do mojej szafy. „Szukam ręcznika” — powiedziała bez cienia zażenowania.
W kuchni panował szczególny porządek. Jej talerze — osobno, nasze — osobno.
Jej patelnia, jej garnki, jej trzepaczka. Nic wspólnego.
Gdy Sierioża się spóźniał, jadłam kolację w pokoju — byle tylko nie siedzieć z nią przy jednym stole.
A jednak jakoś się dogadywaliśmy — dzień za dniem, miesiąc za miesiącem.
Przed narodzinami Mishy wciąż mogłam wyrwać się — do pracy, do przyjaciółek, po prostu na spacer.
A teraz? Z dzieckiem na rękach, z marnymi trzystu złotymi w portfelu i czterema tysiącami zasiłków na karcie.
Cicho zamknęłam drzwi i wyszłam do korytarza. Chciało mi się pić, głowa dudniła od braku snu — druga bezsonna noc z rzędu.
Wczoraj Misha obudził się o wpół do drugiej i zasnął dopiero o piątej.
A o dziesiątej rano — znowu na nogach. Poruszałam się jak zombie, oczy miałam jakby zasypane piaskiem.
W kuchni świeciło światło. Anna Pietrowna jeszcze nie spała.
Chciałam po prostu nalać wody i odejść, ale nie zdążyłam zrobić nawet kroku.
— Jeszcze nie śpisz? — odezwała się teściowa, odwracając się. — Znowu siedzisz przy telefonie, widziałam światło pod drzwiami.
— Misza źle śpi — odpowiedziałam. — Ząbkuje…
Parsknęła. W tym dźwięku było wszystko — i niedowierzanie, i aluzja, że po prostu unikam obowiązków, i „ja w twoim wieku pracowałam i dzieci wychowywałam”.
— Można ciszej? — poprosiłam, drżąc na dźwięk stukotu talerzy. — Misza dopiero co zasnął.
Coś przemknęło w jej oczach. Nagle odwróciła się w stronę zlewu, zgarbiła, a potem…
Potem odwróciła się do mnie. Twarz skrzywiona, oczy zwężone. Z hukiem postawiła filiżankę na stole.
— Ciszej? — powtórzyła Anna Pietrowna. — Mam chodzić po domu na palcach?
Oparłam się o framugę. Siedem miesięcy bez snu.
Siedem miesięcy życia w tych dziesięciu metrach, gdzie każdy krok był jak po polu minowym.
— Po prostu prosiłam, żeby nie trzaskać naczyniami — powiedziałam cicho.
— A może po prostu nie umiesz usypiać dzieci? — skrzyżowała ręce teściowa.
— Wychowałam dwoje. I żadnych problemów z zębami nie było. I spali jak aniołki.
Pasożytka. Teściowa wyrzuciła za próg kobietę z małym dzieckiem. Ale nawet nie mogła o tym pomyśleć…
Misza w końcu zasnął dopiero około trzeciej.
Siedziałam na skraju łóżka, nieruchomo w niewygodnej pozycji — ręka zdrętwiała, bark bolał, ale bałam się poruszyć.
U malucha wyrzynały się zęby — dziąsła były zaczerwienione, ciągle wkładał piąstki do buzi i płakał tak, że serce mi pękało.
Wydawało się, że nie spał całą wieczność.
Wystarczyło tylko spróbować przenieść go do łóżeczka — natychmiast budził się, jakby wyczuwał, że chcę uciec.
Tylko siedem miesięcy, a w tym czasie zdążyłam przeżyć całe nowe życie.
Miłość, ból, niepokój, szczęście — wszystko splątało się w ciasny węzeł, którego teraz nie da się rozwiązać.
Kiedy oddech syna się uspokoił, ostrożnie wstałam.
W oknie naprzeciwko świeciło światło — ktoś w naszej dziewięciopiętrowej panelowej kamienicy też nie spał.
Często się zastanawiałam, kto tam jest — taka sama zmęczona matka jak ja? Bezsenny staruszek? Zakochana para?
Kiedyś marzyłam, że razem z Siergiejem kupimy własne mieszkanie, a ja będę patrzeć z własnego okna na swój podwórko. Ale te marzenia rozpłynęły się jak dym.
Trzy lata pracy na kasie w „Produktach” — i wszystkie moje oszczędności poszły na nic. Najpierw — pierwszy wkład na hipotekę, której i tak nie zrealizowaliśmy.
Potem — na remont w tym mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy z Anną Pietrowną, matką Siergieja.
„Będzie przytulniej” — mówił. Ale przytulniej stało się tylko dla nich.
Odkąd przekroczyłam ten próg z walizką i głupią nadzieją na szczęśliwe życie, ani razu nie poczułam się w domu.
„Wszystko się ułoży” — obiecywał Siergiej półtora roku temu.
„Weźmiemy ślub latem” — mówił, zanim zaszłam w ciążę.
„Poczekamy trochę” — szeptał, kiedy urodził się Misza.
Kiwnęłam głową. Wierzyłam. Czekałam. Ale pieczątka w paszporcie jakoś mu wydawała się zbędna.
Anna Pietrowna każdego ranka brzęczała kluczami w przedpokoju, szykując się do pracy w księgowości.
Nazywałam ją w myślach „szpicem” — mała, złośliwa, z wiecznie zadartym nosem.
Rozmawiała ze mną tylko wtedy, gdy było to konieczne, jakbym nie była matką jej wnuka, lecz tymczasową służącą.
Kiedy gotowałam — krzywiła się: „Nie umiesz obchodzić się z produktami”. Kiedy prałam: „To są drogie rzeczy”. Ale zawsze z jadowitym uśmiechem.
„Świetlanko, podłogi byś umyła” — mówiła w mój jedyny wolny dzień.
„Świetlana, kupiłam twarożek dla Miszenki” — dodawała, choć nigdy nie brałam jej produktów.
Swój pokój zamykała na klucz. Pod naszą nieobecność — sprawdzała rzeczy.
Pewnego razu przyłapałam ją na wzroście w mojej szafie. „Szukam ręcznika” — powiedziała bez cienia zawstydzenia.
W kuchni — szczególny porządek. Jej talerze — osobno, nasze — osobno.
Jej patelnia, jej garnki, jej trzepaczka. Nic wspólnego.
Kiedy Siergiej się spóźniał, jadłam kolację w pokoju — byle nie siedzieć z nią przy jednym stole.
A jednak jakoś współistniałyśmy — dzień za dniem, miesiąc za miesiącem.
Przed narodzinami Miszy jeszcze mogłam wyrwać się — do pracy, do przyjaciółek, po prostu na spacer. A teraz?
Z dzieckiem na rękach, z marne trzysta w portfelu i cztery tysiące świadczeń na karcie.
Cicho zamknęłam drzwi i wyszłam do korytarza. Chciało się pić, głowa dudniła od niewyspania — druga bezsenna noc z rzędu.
Wczoraj Misza obudził się o wpół do drugiej i zasnął dopiero o piątej. A o dziesiątej rano — znowu na nogach.
Poruszałam się jak zombie, oczy jakby zasypane piaskiem.
W kuchni świeciło światło. Anna Pietrowna jeszcze nie spała. Chciałam po prostu nalać wody i odejść, ale nie zdążyłam zrobić nawet kroku.
— Jeszcze nie śpisz? — odezwała się teściowa. — Znowu siedzisz przy telefonie, widziałam światło pod drzwiami.
— Misza źle śpi — odpowiedziałam. — Ząbkuje…
Parsknęła. W tym dźwięku było wszystko — i niedowierzanie, i aluzja, że po prostu unikam obowiązków, i „ja w twoim wieku pracowałam i dzieci wychowywałam”.
— Można ciszej? — poprosiłam, drżąc na dźwięk talerzy. — Misza dopiero co zasnął.
Coś przemknęło w jej oczach. Nagle odwróciła się w stronę zlewu, zgarbiła, a potem…
Potem odwróciła się do mnie. Twarz skrzywiona, oczy zwężone. Z hukiem postawiła filiżankę na stole.
— Ciszej? — powtórzyła Anna Pietrowna. — Mam chodzić po domu na palcach?
Oparłam się o framugę. Siedem miesięcy bez snu.
Siedem miesięcy życia w tych dziesięciu metrach, gdzie każdy krok był jak po polu minowym.
— Po prostu prosiłam, żeby nie trzaskać naczyniami — powiedziałam cicho.
— A może po prostu nie umiesz usypiać dzieci? — skrzyżowała ręce teściowa.
— Wychowałam dwoje. I żadnych problemów z zębami nie było. I spali jak aniołki.
Zacięłam zęby. W pokoju spał mój syn, a tu, na tej maleńkiej kuchni, narastała burza.
Cokolwiek bym powiedziała — będzie źle. Milczenie — zgodzę się, że jestem złą matką. Sprzeciw — wywołam skandal.
— Chciałam tylko wody — mamrotałam, robiąc krok w stronę zlewu.
— Oczywiście — Anna Pietrowna nie drgnęła z miejsca. — Tobie zawsze coś „tylko” trzeba.
To położyć się, to posiedzieć przy telefonie. A pracować — to nie dla ciebie?
Zamarłam. Pracować? Z siedmiomiesięcznym dzieckiem, które nie śpi w nocy?
— Wyjdę do pracy, gdy Misza skończy półtora roku — powiedziałam stanowczo. — Tak jak się umawialiśmy.
— Umawialiśmy się — przeciągnęła teściowa. — Mój syn co, żelazny? Sam utrzymuje rodzinę.
A ty tylko wydajesz pieniądze. Te zasłony za ile? A wózek importowany?
Patrzyłam na nią, nie wierząc własnym uszom. Zasłony za osiemset rubli? Wózek używany za pięć tysięcy?
— A propos pieniędzy — oczy Anny Pietrownej zabłysły. — Chociaż raz płaciłaś za mieszkanie?
Za prąd? Jesteś tu po prostu darmozjadem. Nikt cię nie zapraszał. Siergiej mój żył spokojnie, a ty…
Coś we mnie pękło. Stałam, nie mogąc się ruszyć.
Chciało się krzyknąć: „A kto zapłacił za remont w waszej sypialni? Kto kupił wam lodówkę? Gdzie podziały się moje oszczędności?”
Ale milczałam. Przywykłam znosić, połykać urazy. Dla Miszy. Dla Siergieja. Dla tego głupiego „spokoju i ładu”.
— Myślisz, że nie widzę, jak patrzysz na moje rzeczy? — głos teściowej drżał. — Myślisz, że zabierzesz syna i wszystko moje?
Zastygałam. O jakich rzeczach mówi? O wysłużonym serwisie, który chroni bardziej niż życie?
O starych garnkach, których nie wolno używać? My z Siergiejem nie mamy nic — tylko długi i łóżeczko Miszy…
Nie mogłam już dłużej się powstrzymywać.
— Nie. Potrzebuję. Twoich. Rzeczy. — zabrzmiało wyraźnie, chociaż ręce mi drżały. — Nie jestem tu dla was. I nie dla tego.
— A dla czego w takim razie? — Anna Pietrowna zrobiła krok do przodu, a jej twarz wykrzywiła się.
— Dla mojego syna, którego oplątałaś? Dla mieszkania, które ci się nie należy? Dla pieniędzy?
Jakby ktoś mnie uderzył. Powietrze odebrało mi dech. Wybuchnęłam, już nie kontrolując słów:
— Dla normalnego życia mojego dziecka! Którego twój syn, nawiasem mówiąc, nie spieszy się zapewnić!
Który, jak powiedziałaś, „siedzi mi na karku” w moim własnym pokoju, je produkty kupione z zasiłku dla dziecka!
I jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć — wszystkie moje oszczędności poszły na twój remont i na kredyt hipoteczny, którego tak i tak nie wzięliśmy!
Własny głos wydawał się obcy. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio podniosłam głos. Może nigdy.
— Co się tu dzieje?
Za mną stał Sergiej — w pogniecionych majtkach i koszulce, z odciskiem poduszki na policzku.
Patrzył zdezorientowany, nie rozumiejąc sytuacji.
A ja widziałam w nim dziesięcioletniego chłopca, który tak i nie wyrósł w tym trzydziestodwuletnim ciele.
Anna Pietrowna natychmiast rzuciła się do niego:
— Sieriożenko, twoja Swieta jest dla mnie niegrzeczna! Krzyczy! A ja tylko zmywałam naczynia…
Jego wzrok przesunął się z matki na mnie.
Znałam ten wzrok. Ile razy przez te półtora roku byłam winna?
Bez względu na prawdę. Zawsze w błędzie. Zawsze ta pauza, zanim powie…
— Ile można? — przez zęby wyrzekł.
— Matka nie może w swoim domu zmyć naczyń? Wracam z pracy, a u was ciągłe awantury.
Z pokoju dobiegł płacz. Misza. Oczywiście się obudził. Od takiego hałasu. Rzuciłam się do drzwi, ale Sergiej chwycił mnie za łokieć:
— Stój. Nie odchodź, kiedy z tobą rozmawiam.
I wtedy coś we mnie pękło. Jego palce wgryzły się w moją rękę.
Płacz mojego dziecka. Wszystko inne przestało mieć znaczenie.
— Puść — powiedziałam spokojnie. — Misza płacze.
— Niech płacze — odcięła ona.
— Najpierw wyjaśnij, jak rozmawiasz z moją matką. Co sobie pozwalasz?
Wyrywałam rękę. Zrobił krok do przodu, przyciskając mnie do ściany. Jego palec wcisnął mi się w pierś:
— Co. Powiedziałaś. Mojej. Matce?
Patrzyłam w jego twarz. Bliską. Obcą. Skrzywioną złością. W skroniach dudniło.
Misza krzyczał — wymagająco, z wysiłkiem. Wołał mnie. A ja stałam przyciśnięta do ściany i patrzyłam na ojca mojego dziecka.
— Odpowiedz! — Sergiej podniósł głos.
Między nami stała Anna Pietrowna. Mała, pochylona, z triumfalnym błyskiem w oczach.
Dokładnie tego chciała. Żeby syn stanął po jej stronie. Żebym znała swoje miejsce.
— Puść — powtórzyłam. — Twój syn płacze.
— Mój syn? — wrzasnął. — Mój, znaczy?
A kiedy potrzebne są pieniądze na pieluchy — od razu „nasze dziecko, Sierioża, przecież się umawialiśmy!”
Łyżka z hukiem spadła ze stołu. Podskoczyłam. Za ścianą ruszyli sąsiedzi — obudzili się od hałasu.
— Puść — odepchnęłam jego rękę i rzuciłam się do drzwi.
W pokoju Misza, dławiąc się łzami, wygiął się w łóżeczku.
Cały mokry, czerwony, ze śliskimi od śliny dziąsłami. Chwyciłam go, przytuliłam do siebie.
Maleńkie ciało — część mnie, wypuszczona w ten okrutny świat, w którym nie mogę go ochronić.
— Cicho-cicho — mamrotałam, kołysząc go, — wszystko dobrze, maluszku. Mama jest tutaj…
Drzwi się rozwarły. W progu — Sergiej, za jego plecami — Anna Pietrowna. Nieproszeni widzowie.
— Mistrzowsko uspokajasz — jad kapał z każdego słowa teściowej. — Całą noc teraz będzie krzyczeć?
— On nie krzyczy — powiedziałam, przyciskając Miszę. — Ma ząbki. Boli go.
— Tak? — prychnęła. — A może po prostu matka do niczego?
Zamknęłam oczy, policzyłam do trzech.
Maluszek powoli się uspokajał. Gdyby tylko oni zamilkli…
— Mamo, dość — Sergiej zmęczony przetarł oczy. — Chodźmy wszyscy spać. Rano się tym zajmiemy.
— Co?! — Anna Pietrowna nagle weszła do pokoju.
— W swoim domu mam tolerować, że ta… ta… jest dla mnie niegrzeczna? Wiesz, co powiedziała?
— Odłóżmy — wciąż próbował być głosem rozsądku. — Na świeżą głowę.
— Nie rozumiesz? — jej głos zadzwonił. — Ona cię wykorzystuje!
Przywiązała dziecko! A teraz jeszcze się buntuje! Jak długo to będzie trwać?!
Misza znów się poruszył. Odwróciłam się do ściany, osłaniając go od hałasu. Cicho, maluszku, cicho…
— Zabierz ją stąd — nagle powiedziała Anna Pietrowna, a w jej głosie brzmiała rezygnacja.
— Wynajmij mieszkanie, wyjedź — wszystko mi jedno. Ale żeby jej ducha tu nie było. Nie mogę już tego znieść.
Cisza. Tylko tykanie zegara i przerywane oddechy Miszy.
— Mamo — w końcu odezwał się Sergiej — co ty mówisz? Dokąd my z dzieckiem pójdziemy?
— Nie obchodzi mnie to! — jej głos znów wzrósł do krzyku.
— Twoje dziecko nie daje mi spać! A ta… jeszcze i bełkocze! W moim domu!
Stałam odwrócona tyłem. Czułam jego spojrzenie na potylicy.
Zaraz powie: „Przeproś”. Zaraz powie: „Mamo, przestań”. Zaraz…
— Ty i twoje dziecko jesteście mi tu już niepotrzebni — wycedziła Anna Pietrowna. — Zniknij.
Powoli się odwróciłam. Ciężko oddychała. Policzki płonęły, oczy lśniły.
Stała wyprostowana na całej swojej niewielkiej wysokości, wczepiona w framugę drzwi.
— Słyszałaś? — wysyczała. — Wynoś się z mojego domu!
Misza znów zaczął płakać. Od krzyków, od strachu, od napięcia w powietrzu. Przytuliłam go.
— Sergiej… — zawołałam cicho. Nie po to, by szukać ochrony. Po prostu… sprawdzić. Czy to wszystko naprawdę dzieje się?
Stał, wpatrzony w podłogę. Pochylony, ze spuszczonymi ramionami. Mój Sergiej.
Ten, który kręcił mnie w powietrzu, obiecywał wieczną miłość. Ten, który stał obok przy porodzie… a potem uciekł do przyjaciół.
Ten, który całował stópki Miszy, przysięgał być najlepszym ojcem… i tygodniami nie zmieniał pieluchy.
— Jak możesz rozmawiać z moją mamą? — powtórzył, już nie krzycząc. Po prostu stwierdzenie faktu.
Milczałam. Co tu powiedzieć?
— Ty… — podniósł oczy — jak mogłaś?
Chciało się zapytać: „Co ja powiedziałam?” Krzyknąć: „Słyszałeś w ogóle?” Ale to było bez sensu.
Maski opadły. Teraz widziałam — naprawdę widziałam — z kim mieszkam.
Odwróciłam się do łóżeczka. Położyłam prawie śpiącego Miszę.
Wyjęłam spod łóżka walizkę, otworzyłam szafę. Zaczęłam w milczeniu składać rzeczy.
— Co robisz? — Sergiej patrzył, nie rozumiejąc.
Nie odpowiedziałam. Składałam rzeczy Miszy. Moje koszulki. Dżinsy. Szczoteczkę do zębów.
— Swietka! — zrobił krok w moją stronę. — Co ty sobie myślisz?
— Odchodzę — powiedziałam cicho. — Tak kazała twoja matka.
Dworzec szumiał obojętnie. Wczesny ranek — jeszcze nie tłum, ale już zbliżali się pracownicy, działkowcy, ludzie w delegacji.
Siedziałam na twardej ławce, Misza mruczał w chuście — w końcu zasnął, wykończony nocą.
Patrzyłam na tablicę z rozkładem, ale litery i cyfry rozmywały się przed oczami.
Dokąd jechać? Do rodziców — pięćset kilometrów, nie mam pieniędzy na bilet, a i tak, jak mogą pomóc?
Ojciec ledwo chodzi po udarze, matka ciągle na zwolnieniu — to ciśnienie, to serce.
Sama im pomagałam, oddając ostatnie pieniądze. A teraz co zrobić z dzieckiem?
Telefon w kieszeni zawibrował. Wyjęłam go — dzwonił Sergiej.
Ręka zadrżała: odebrać? Może się opamiętał? Przeprasza?
Ale gdy odebrałam, zamiast przeprosin usłyszałam ton służbowy:
— Gdzie jesteś? — zapytał.
— Na dworcu.
— I co dalej?
— A co ci do tego? — chciałam odgryźć się, ale wyszło zmęczenie.
Chwilę milczał, potem teatralnie westchnął, jakby rozmawiał z kapryśnym dzieckiem.
— Swieta, mogłabyś chociaż poprosić o wybaczenie. To w końcu moja matka.
Ścisnęłam telefon tak mocno, że palce zrobiły się białe.
W głowie szumiało — od bezsenności czy od głodu.
Cały wieczór nic nie zjadłam, a noc wykończyła mnie całkowicie.
— A twojego syna też urodziła twoja matka? — zapytałam cicho.
Zamilkł. Jakby nie zrozumiał pytania. Albo po prostu nie chciał rozumieć.
— Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, co robisz? — odezwał się znowu. — Dokąd się wybierasz?
Na co będziesz żyć? Jesteś zależna od zasiłków, które w ogóle nie są pieniędzmi…
— Nie pieniądze — powtórzyłam echem. — Nie pieniądze, za które kupowałam twoje papierosy.
I za które płaciłam twojej matce, która ciągle jęczała: „rzuć na czynsz”.
Westchnął zirytowany:
— Daj spokój, nie zaczynaj.
— Nie zaczynam — odpowiedziałam, już wiedząc, że to ostatnia rozmowa. — Kończę.
I nacisnęłam „odłóż”. Prawie natychmiast telefon znów zawibrował.
Dzwonił ponownie. Wyłączyłam dźwięk i włożyłam go do kieszeni.
Misza poruszył się, cicho poskarżył. Wkrótce się obudzi — trzeba będzie nakarmić, uspokoić, zmienić pieluchę.
A ja — wykończona, z czerwonymi oczami, na granicy sił.
Ale z jakiegoś powodu w środku pojawiła się dziwna lekkość. Jakby coś pękło — i stało się łatwiej oddychać.
W kieszeni — ostatnie pieniądze. Na jeden posiłek. Na jeden dzień. Na jeden bilet w jedną stronę.
Ale dokąd? Przed mną — czarna przepaść nieznanego. A jednak…
Przypomniałam sobie, jak pakowałam rzeczy. Sergiej krzyczał, że jestem głupia, że nigdzie nie pójdę, że „z dzieckiem zginiemy”.
A ja mechanicznie składałam rzeczy, nie patrząc, nie słuchając.
Odeszłam o świcie, gdy wszyscy spali. Drzwi zamknęłam cicho, żeby Misza się nie obudził.
„Z dzieckiem zginiemy” — dzwoniło w głowie. Ale jakoś już to nie przerażało.
Wiedziałam dokładnie: w tym domu zginiemy jeszcze szybciej. Nie chciałam, aby mój syn dorastał, widząc takie traktowanie.
By uznał za normalne, gdy ojciec dogadza wszystkim kaprysom swojej matki i ignoruje potrzeby matki swojego dziecka.
Znowu spojrzałam na tablicę. Najbliższy kurs — za czterdzieści minut.
Do ośrodka, gdzie mieszka Lenka, moja była koleżanka.
Może pozwoli mi zostać choćby na kilka dni? Dopóki nie wymyślę, co robić dalej?
Wyjęłam telefon, znalazłam jej numer w kontaktach. A jeśli zerwano połączenie?
A jeśli zmieniła numer? Było strasznie. Ale trzeba było zadzwonić.
— Halo, Lenka? To ja, Swieta.
Nie wiem, co mnie czeka jutro. Ale jedno wiedziałam na pewno: moje dziecko nigdy więcej nie zaśnie przy krzykach i dźwiękach tłuczonej zastawy.







