W końcu wyszedł, usiadł w fotelu i włączył telewizor.
Leciał jakiś talk-show.

Prowadzący i goście dyskutowali o problemie ograniczenia wydobycia ropy naftowej.
Iwan Siergiejewicz patrzył w ekran, ale po jego twarzy było widać, że raczej nie słucha, o czym mowa.
Katerina wyszła z kuchni, usiadła w fotelu obok, pomilczała kilka minut, a potem ostrożnie zapytała:
– Wania, stało się coś?
Iwan Siergiejewicz, patrząc w stronę okna, odpowiedział:
– Stało się, Katiusza.
Wygląda na to, że już zostałem wycofany z obiegu.
– Naprawdę cię zwolnili? – jęknęła żona.
– Nie.
Ale lepiej by było, gdyby zwolnili.
Zamilkł na chwilę, po czym wyjaśnił:
– Od poniedziałku nie jestem już głównym konstruktorem, tylko zwykłym inżynierem.
Przez dwa miesiące będą mi jeszcze płacić starą pensję, a potem taką, jaka wynika z etatu.
A to o osiem tysięcy mniej.
Więc w tym roku nie damy rady spłacić kredytu hipotecznego.
– A dlaczego, szef ci nie wytłumaczył? – zapytała Katerina.
– Wytłumaczył.
Zwolnienia w ich firmie zaczęły się trzy miesiące wcześniej, kiedy zmieniło się kierownictwo.
Z działu wzornictwa przemysłowego zwolniono trzy osoby, czterech specjalistów od telemetrii.
Z ich biura konstrukcyjno-technologicznego – też trzech, w tym przyjaciela Iwana Siergiejewicza, Nikołaja.
I dosłownie po dwóch tygodniach na jego miejsce przyjęto młodego inżyniera, Fiodora.
Jeśli chodzi o siebie, Iwan Siergiejewicz był dziwnie spokojny.
Swoją pracę znał doskonale, często proponował niestandardowe rozwiązania powstających problemów technicznych.
Przy poprzednim kierownictwie obiecano mu awans – stanowisko głównego inżyniera.
Dlatego, gdy zadzwoniła sekretarka i przekazała, że dyrektor zaprasza go do siebie, Iwan Siergiejewicz pomyślał, że właśnie o tym będzie mowa.
Ale Władimir Genrichowicz zaczął od tego, że celem firmy jest wyprzedzanie konkurencji na wszystkich polach, a to możliwe jest tylko poprzez odmłodzenie kadry, wprowadzanie na stanowiska odpowiedzialne młodych, którzy potrafią myśleć nieszablonowo i proponować oryginalne rozwiązania.
Dlatego na stanowisko głównego inżyniera w ich dziale powoła Fiodora Nikołajewicza, a Iwanowi Siergiejewiczowi proponuje rolę zwykłego inżyniera.
– Oczywiście, jeśli się pan nie zgadza i chce się zwolnić, nie będę stawał na przeszkodzie, ale wolelibyśmy, żeby pan został.
Jest pan doświadczonym inżynierem i takich ludzi potrzebujemy.
– Od kiedy mnie przenosicie?
– Od poniedziałku.
Kiedy Iwan Siergiejewicz wrócił na swoje stanowisko, Paweł Jewgieniewicz, który siedział przy biurku obok, zapytał z niepokojem:
– No i jak?
– Wszystko w porządku – odpowiedział Iwan Siergiejewicz i dalej pracował.
Około piętnaście minut przed końcem dnia pracy jeszcze raz sprawdził oba dyski.
Zostały na nich tylko foldery z projektami, które w danej chwili prowadził oficjalnie.
Dwa katalogi zatytułowane „Pomysły” i „Na przyszłość” skopiował na swój pendrive.
Potem opróżnił kosz i wyłączył komputer.
– Iwan Siergiejewicz – zawołał go Paweł Jewgieniewicz – przecież chciał pan dziś zostać, żeby skończyć pracę nad ostatnim zleceniem?
– Całej pracy nigdy nie odrobisz, dobra, Pasza, wyłączaj wszystko, jest już szósta, a poza tym dziś piątek.
Rodzina w domu na ciebie nie czeka? – spokojnie odpowiedział Iwan Siergiejewicz.
Gdyby ktoś wiedział, ile go ta spokojność kosztuje!
Przez dwa dni wolnego Iwan Siergiejewicz rozmyślał.
Przeglądał ogłoszenia o pracę w internecie.
Zrozumiał, że z szukaniem nowego zatrudnienia będą spore kłopoty.
W końcu, w niedzielę wieczorem, powiedział do żony:
– Na razie zostawię wszystko tak, jak jest.
Przez dwa miesiące będę brał starą pensję, a w tym czasie poszukam czegoś odpowiedniego.
Chociaż Nikołaj, na którego miejsce wzięli Fiodora, dzwonił ostatnio – wciąż jest bez pracy.
A jest ode mnie dwa lata młodszy – ma czterdzieści trzy lata.
Zaraz pójdzie do firmy zięcia jako elektryk.
Będzie wymieniał żarówki w biurze!
A przecież to świetny konstruktor!
Gdy Iwan Siergiejewicz błądził po stronach internetowych, trafił mu się artykuł o „strajku włoskim”.
To znaczy, że pracownicy są wszyscy na swoich stanowiskach, ale wykonują swoje obowiązki ściśle według regulaminu, nie odstępując od niego ani o krok.
Kiedy włoscy kolejarze zrobili taki strajk, w całym kraju pociągi przestały jeździć.
Tak wielkich zniszczeń w swojej firmie Iwan Siergiejewicz, oczywiście, nie planował, ale postanowił, że nie będzie już wykonywał cudzej pracy i nie zostanie po godzinach.
Dokładnie przestudiował zakres swoich obowiązków i na wszelki wypadek go wydrukował.
W poniedziałek przyszedł do pracy za kwadrans dziewiąta.
Usiadł przy biurku, przy którym wcześniej siedział Fiodor, włączył komputer i zaczął go porządkować, usuwając gry i cały niepotrzebny śmieć, niezwiązany z pracą.
Spóźnionemu jak zwykle Fiodorowi Iwan Siergiejewicz wskazał swoje dawne biurko:
– Tam jest pańskie miejsce, Fiodorze Nikołajewiczu.
Teraz to pan będzie nami kierował.
Po czym otworzył pocztę firmową, odebrał zadanie i zanurzył się w pracy.
Tak minęły dwa miesiące.
Wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że Iwan Siergiejewicz przychodzi i wychodzi punktualnie, nigdy nie siedzi bezczynnie, sumiennie wykonuje wszystkie powierzone zadania, ale nie zgłasza żadnych wniosków o ulepszenia.
W firmie panował też porządek – w ciągu tych dwóch miesięcy na stanowiskach testowych sprawdzono i przekazano klientom systemy, nad którymi dział pracował jeszcze pod kierownictwem Iwana Siergiejewicza.
Ale w pewien poniedziałek znów wezwano do dyrektora Fiodora i Iwana Siergiejewicza.
Oprócz kierownictwa w gabinecie był obecny również przedstawiciel klienta.
Atmosfera była wyraźnie napięta.
– No więc, projektanci, klient się skarży – system nie działa.
Co pan powie, Iwanie Siergiejewiczu?
To pan zaczął nad nim pracować!
– Ja zacząłem, ale potem przenieśli mnie państwo na nowe stanowisko – tam miałem inne zadania.
A ten system wypuścił pan Fiodor Nikołajewicz, nie zwracał się do mnie z pytaniami, myślałem, że wszystko zrozumiał.
– A pan sam nie mógł skontrolować?! – dyrektor aż poczerwieniał z oburzenia.
– Jak pan to sobie wyobraża, Władimirze Genrichowiczu?
Pan Fiodor Nikołajewicz to nie praktykant, tylko główny specjalista.
Jak mógłbym ja, zwykły inżynier, sprawdzać jego pracę?
– Mam do pana osobistą prośbę – niech pan wysłucha uwag klienta i przetestuje system na stanowisku – powiedział zmęczonym głosem dyrektor.
Jasne, że Iwan Siergiejewicz w pół godziny usunął wszystkie usterki, sprawdził działanie systemu w obecności klienta i wszyscy rozeszli się zadowoleni z siebie nawzajem.
Ale następnego dnia ten klient przysłał pismo, w którym oświadczył, że rezygnuje z dalszej współpracy z ich firmą.
Władimir Genrichowicz był wściekły!
Zwołał do swego gabinetu wszystkich kierowników działów na błyskawiczną naradę.
I chociaż drzwi były starannie zamknięte, we wszystkich pokojach było słychać ryk dyrektora:
– W ciągu trzech miesięcy straciliśmy pięciu dużych klientów!
Pięciu!
Odeszli do konkurencji!
Jeszcze parę miesięcy takiej pracy i będziemy musieli ciąć połowę załogi!
Nie liczcie na premie w najbliższym czasie.
A trzy dni później dyrektor, w obecności Fiedi, zwrócił się do Iwana Siergiejewicza:
– Czy nie mógłby pan dwa–trzy razy w tygodniu zostać na godzinę, półtorej i pomóc panu Fiodorowi Nikołajewiczowi, jeśli by pana o to poprosił?
– Władimirze Genrichowiczu, w Kodeksie pracy nie istnieje słowo „poprosił”.
Jeśli wyda mi pan pisemne polecenie, że mam wykonywać pracę nadliczbową, i wskaże pan, jak ten czas zostanie mi zrekompensowany – czasem wolnym albo podwójną płacą – wtedy oczywiście zostanę i pomogę – odparł Iwan Siergiejewicz.
– Ale pracował pan tyle lat w tej firmie, istnieje przecież takie pojęcie jak „lojalność” – powiedział dyrektor.
– Lojalność to droga dwukierunkowa i to już jest sfera stosunków międzyludzkich.
A między nami stosunki są służbowe – odpowiedział Iwan Siergiejewicz.
Wieczorem zadzwoniono do niego z firmy konkurencyjnej.
Najwyraźniej ostatni klient przeszedł do nich i opowiedział o „polityce kadrowej” Władimira Genrichowicza.
Gdy się o tym dowiedziało kierownictwo konkurentów, zaproponowało Iwanowi Siergiejewiczowi stanowisko głównego inżyniera bez okresu próbnego i z pensją dwukrotnie wyższą od tej, którą dostawał w starej firmie.
Oczywiście, zgodził się.
On przecież ogromnie kocha swoją pracę.







