Wstawaj, marsz myć podłogę!
— To dziecko nie jest nam potrzebne — powiedział chłodno mąż.

— Dobrze chociaż, że poprzednia ciąża skończyła się poronieniem: gdyby się urodziło, tylko by się męczyło.
Nie mamy nawet kawałka chleba, mieszkamy u twojej matki, a ty dalej rodzisz dzieci jak w królikarni, a nie w życiu!
Przestań rujnować mi egzystencję!
Wybieraj: albo ja, albo twój brzuch!
Wszystko poszło źle trzydzieści lat temu.
Do dziś nie mogę sobie wybaczyć tamtej ślepej „miłości”.
Pamiętam, jak ludzie mnie ostrzegali: nie ufaj pierwszemu lepszemu…
Ale czy młodość słucha mądrych słów?
Nigdy.
Spokojnie pracowałam w centrali telefonicznej, dopóki w moim życiu nie pojawił się tamten Romeo, technik łączności z miejscowej jednostki wojskowej.
Na początku dzwonił służbowo: był jakiś problem na linii, potrzebował pomocy.
Ja wszystko tłumaczyłam jasno, według instrukcji, on dziękował i odkładał słuchawkę.
Ale chłopak był uprzejmy: zawsze „proszę”, „dziękuję”.
Stopniowo rozmowy się wydłużały.
Rozmawialiśmy o pogodzie, filmach, życiu w ogóle.
Któregoś dnia nagle mówi przez telefon:
— Swiet, co ty na to, żeby się spotkać?
Wypijemy kawę?
Zamurowało mnie.
Spotkać się?
Z kimś, kogo nigdy w życiu nie widziałam?
To prawda, że miał miły głos, ale… wszystko było takie niespodziewane.
— Nie wiem — mruknęłam niepewnie — to wszystko jest trochę dziwne.
— Daj spokój — roześmiał się — co masz do stracenia?
Tylko filiżankę kawy.
Pomyślałam: w gruncie rzeczy co mogę stracić?
Zgodziłam się.
I oto stoję pod kinem „Mir”, jak przed egzaminem.
Idę do przodu — a on idzie w moją stronę: wysoki, szczupły, z oślepiającym uśmiechem.
Serce mi podskoczyło: zrozumiałam, że przepadłam.
Poszliśmy do baru, zaczęliśmy rozmawiać — i okazało się, że mamy tyle wspólnego: lubimy te same filmy, czytamy podobne książki.
Czas minął jak jedna chwila.
Po sześciu miesiącach musiał wyjechać.
Prawie płakałam: zdążyłam się już do niego przyzwyczaić.
On obiecał:
— Swieta, przyjadę po ciebie.
Zabiorę cię do Moskwy.
Będziesz żyła jak królowa.
Oczywiście mu uwierzyłam.
Kto by nie uwierzył?
Młoda, naiwna, zakochana.
I naprawdę przyjechał — jak obiecał, z walizką i bukietem róż.
Z moimi rodzicami od razu znalazł wspólny język.
Mama płakała: jej jedyna córka miała wyjechać.
Tata uścisnął mu mocno rękę i powiedział:
— Pamiętaj, żeby jej nie krzywdzić.
A jak skrzywdzisz, to przyjadę i urwę ci głowę.
Romka tylko się uśmiechnął:
— Co tam pan opowiada, wujku Kolia!
Będę nosił Swietę na rękach.
Ja w to uwierzyłam.
Och, jaka byłam głupia…
Przyjechaliśmy do Moskwy.
Na początku wszystko było jak w bajce.
Miał własne mieszkanie, co prawda malutkie.
Szybko znalazłam pracę w swoim zawodzie.
Romka rzeczywiście nosił mnie na rękach.
Ale bajka nie trwała długo.
Pierwszy dzwonek ostrzegawczy zabrzmiał, gdy poznałam jego matkę, ciocię Zinę.
Prawdziwa żmija!
Od pierwszego spojrzenia mnie znielubiła.
Najwyraźniej marzyła o innej synowej: moskwiance, z mieszkaniem i samochodem.
A zamiast tego trafiłam się ja, dziewczyna z prowincji.
— No i jak tam, Swietoczka — powiedziała miodowym głosem — przyzwyczajasz się do stolicy?
Ciężko po waszej mieścinie, co?
Zamilkłam.
Co miałam odpowiedzieć?
Nie chciałam się kłócić.
A akurat wtedy Romka wyszedł na chwilę.
— Myślę, że całkiem dobrze — starałam się być grzeczna — przyzwyczaję się.
— Przyzwyczaisz się — prychnęła — a niby dokąd masz iść?
Tylko patrz, żebyś nie była ciężarem dla mojego Romki.
On jest jedynakiem, musi zrobić karierę.
Ty tylko dzieci narobisz, przykujesz go do siebie, zaczniesz wysysać z niego pieniądze!
Niech mi się coś takiego nawet nie waży zdarzyć!
Spłonęłam ze wstydu.
Jakie dzieci?
Myśmy nawet jeszcze nie byli po ślubie!
— Proszę się nie martwić, ciociu Zino — powiedziałam z trudem, powstrzymując się — potrafię zadbać o siebie.
Ona tylko zmarszczyła nos.
Od tego dnia zaczął się mój koszmar.
Ciocia Zina wtrącała się we wszystko: dzwoniła, przychodziła bez zapowiedzi.
Gotuję — źle, ubieram się — niemodnie, w ogóle — nie pasuję do jej Romoczki.
Na początku Roma mnie bronił, mówił, że mnie kocha, że jestem wspaniała.
Ale matka nie odpuszczała: dzień po dniu drążyła mu mózg.
— Z kim ty się związałeś! — lamentowała — Roma, skąd ty ją wytrzasnąłeś?
Ty jesteś moskwianin, wykształcony, a ona — prowincjuszka!
Na początku próbował mnie bronić, prosił matkę, żeby mnie nie obrażała.
Ale kropla drąży skałę: zrobił się nerwowy, czepialski, coraz częściej zostawał dłużej w pracy.
Potem zaczął wracać pijany.
Pewnego razu, po kolejnej kłótni z matką, wrócił kompletnie moralnie rozbity.
Próbowałam z nim porozmawiać, uspokoić go, ale on nagle wybuchł:
— Zostaw mnie w spokoju!
Mam was po dziurki w nosie obie!
Ropuchy!
Nienawidzę was!
Zaniemówiłam.
Nie spodziewałam się tego.
— Roma, dlaczego? — zapytałam drżącym głosem — co ci zrobiłam?
Tylko machnął ręką i poszedł spać.
Następnego dnia przepraszał: mówił, że był pijany, nic nie pamięta.
Ale słowa już padły — a uraza została.
Może wtedy powinnam była odejść…
Ale ja jestem kobietą, nie umiem tak po prostu zostawić mężczyzny, którego kocham.
Och, jaka byłam głupia…
I tak rok za rokiem.
Ciocia Zina naciska, Roma wybucha, potem się kajam.
A ja znoszę.
Bo go kocham — bardziej niż życie.
Po trzech latach zaszłam w ciążę.
Wtedy byłam szczęśliwa.
Myślałam: może nas to zbliży?
Może teściowa zmięknie, gdy się dowie, że będzie miała wnuka?
Złudzenia…
Gdy dowiedziała się o ciąży, ciocia Zina urządziła histeryczną scenę:
— Po co ci to w ogóle?!
Zniszczysz mu całe życie!
Jest młody, powinien robić karierę!
A ty z dzieckiem!
Przecież ci mówiłam, żebyś się nie rozmnażała!
Nieszczęsna królico!
Roma stał z boku, milczał.
Patrzył, jak jego matka wrzeszczy na mnie.
Nie wytrzymałam: odwróciłam się i wyszłam.
Nawet nie wiem dokąd.
Szłam i płakałam.
Tak zaczęło się moje „życie rodzinne”…
Ale wróciłam do niego.
Dokąd miałam pójść?
Moskwa to obce miasto, nie miałam krewnych.
Nie miałam wyboru.
Ku mojemu zdziwieniu Roma nagle się ożywił: oświadczył mi się, powiedział, że kocha mnie ponad wszystko.
Wzięliśmy ślub.
Jeśli to można nazwać ślubem: skromny obiad w kawiarni.
Mama przyjechała z bratem, żeby mnie wesprzeć.
Tata nie mógł — nie puścili go z pracy.
Od jego strony — nikogo.
Ani żywej duszy!
Teściowa oznajmiła, że jest zajęta: był dzień wspomnienia jej zmarłego ósmego męża.
I ona, jak twierdziła, koniecznie musiała tam być.
Mamie oczywiście było przykro.
Starała się tego nie pokazać, ale uraza była widoczna.
Co można było zrobić?
Nikogo nie zmusisz, żeby przyszedł.
Po ślubie poszliśmy mieszkać do jego rodziców: postanowili wynająć swoją kawalerkę.
Trafiłam dokładnie do tego mieszkania, które miało stać się moim koszmarem.
Trzy pokoje, niby tak.
Ale nam przypadł najmniejszy, czternaście metrów, nie więcej.
Pozostałe należały do rodziców i młodszej siostry, Lilki.
Ledwo przekroczyłam próg, ciocia Zina od razu dała mi do zrozumienia, kto tam rządzi:
— No, Swietoczka, rozgość się.
Ale moich rzeczy nie ruszaj.
I w ogóle — nic tu nie zmieniaj.
To jest nasz dom i zasady są tu nasze.
Milczałam.
Nie można się kłócić już pierwszego dnia.
Roma stał jak zbity pies, winny, i nie odezwał się ani słowem.
W naszym pokoju stała stara wersalka, stół, dwa krzesła, szafa.
Zero przytulności.
W nocy podeszła do mnie mama:
— Swieta, może lepiej nie?
Może wróćmy do domu?
Jutro pojedziemy razem…
Rozpłakałam się.
— Mamo, dokąd pójdę?
Ja go kocham.
Poza tym już za późno — jestem w ciąży.
Mama westchnęła:
— No dobrze, córko.
Ale wiedz, że jeśli coś się stanie, ja zawsze tu jestem.
Trafiłaś, dziecko, do takiej rodziny…
Tak zaczęło się moje życie w wiecznej „komunałce”.
Ciocia Zina mnie nienawidziła — to było oczywiste.
Czepiała się wszystkiego: gotuję — niedobrze, myję — niedobrze, sprzątam — niedobrze.
— A co ty w ogóle umiesz? — burczała — tylko powietrze zajmujesz!
Roma próbował mnie bronić, ale matka natychmiast go uciszała:
— Cicho, Roma!
Nie broń jej!
Siedzi ci na karku!
Lilka, młodsza siostra, traktowała mnie z góry.
Z szyderczym uśmieszkiem pytała:
— No i gdzie go dorwałaś?
Jak on się w ogóle znalazł w twojej prowincjonalnej dziurze?
Starałam się nie zwracać na to uwagi.
Robiłam swoje, czekałam na dziecko, próbowałam jakoś budować normalne życie pośród tego koszmaru.
Ale z każdym dniem było coraz trudniej.
Kiedy weszłam w trzeci miesiąc ciąży, po raz pierwszy ciocia Zina podniosła na mnie rękę.
Zaczęło się od tego, że położyłam się odpocząć: ciśnienie mi skoczyło, kręciło mi się w głowie.
Leżałam na łóżku z zamkniętymi oczami, próbując dojść do siebie.
Ona wpadła do pokoju z wrzaskiem:
— Co to, rozwaliłaś się jak królowa na tronie?
Naprawdę nie masz nic innego do roboty?
Wstawaj, idź myć podłogi!
Nie wytrzymałam:
— Dlaczego mnie pani tak traktuje? — zapytałam przez łzy — co pani zrobiłam?
— Sama nie wiesz?! — wrzeszczała — przez ciebie Roma zrujnował sobie życie!
Mógł poślubić normalną dziewczynę, moskwiankę, z mieszkaniem i perspektywami!
A ty… popatrz na siebie, ropucho z brzuchem!
I — trach! policzek.
Nawet nie zdążyłam się zorientować: twarz piekła, łzy same popłynęły.
W tym momencie do pokoju wszedł Roma.
— Mamo, co znowu? — zapytał zmęczony.
— Co znowu?! — wrzasnęła — mówię tylko prawdę!
Popatrz na nią: leży jak wielka pani, brzuch do góry!
A trzeba po staremu: mąż w pracy, żona krząta się po domu!
Romka się zaczerwienił.
— Dość, mamo! — podniósł głos.
— A, dość?! — krzyczała — całe życie ci oddałam!
A ty… ty…
W tym momencie złapałam się za brzuch: ostry ból przeszył całe ciało.
— Roma… — wyszeptałam — źle się czuję…
Bardzo źle…
Rzucił się do mnie, wziął mnie na ręce.
— Mamo, dzwoń po karetkę! — zawołał.
Ona tylko machnęła ręką:
— Dzwoń sam!
Ja nie mam czasu!
Romka wybiegł z mieszkania, niosąc mnie na rękach.
Czułam, jak robi mi się lodowato, jakby coś wewnątrz się rozdzierało…
Karetkę w końcu wezwali.
W szpitalu diagnoza: zagrożenie poronieniem.
Zostawili mnie na obserwacji.
Roma przychodził codziennie, patrzył na mnie z poczuciem winy, przepraszał.
Mówił, że mnie kocha, że matka „przeprała mu mózg”.
Ale ciocia Zina się nie zatrzymała.
Nawet po tym, jak o mało co nie straciła wnuka, nadal przychodziła do szpitala i urządzała awantury wprost na oddziale:
— Co ty tu leżysz jak pani hrabina? — wrzeszczała — trzeba pracować, a nie tyć na cudzy koszt!
Pielęgniarki ją wyrzucały, ale zdążyła we mnie wlać tyle jadu, że po jej wizytach leżałam w łóżku trzęsąc się cała.
Roma, gdy się dowiadywał, przychodził do mnie z zapuchniętymi oczami.
— Swieta, wybacz… — szeptał — nie wiem, co z nią zrobić.
Boję się jej.
I wtedy po raz pierwszy spojrzałam na niego naprawdę — i zrozumiałam: to nie był mąż.
To był chłopiec uwięziony w zależności od matki.
Słaby, przestraszony, niezdolny obronić nawet samego siebie.
Po wypisie wróciłam do tego samego mieszkania.
Nic się nie zmieniło.
Ciocia Zina rządziła, Lilka się ze mnie nabijała, Roma milczał.
Moje życie zamieniło się w niekończący się koszmar.
Pracowałam, sprzątałam, gotowałam.
Ale gotować musiałam w nocy: w dzień teściowa nie odstępowała mnie na krok, kręciła się po kuchni, jakby się bała, że coś zepsuję.
A wieczorem, gdy cała rodzina siadała do stołu, dla mnie nie było miejsca.
Siedziałam sama w naszym pokoiku, słuchałam ich śmiechu i płakałam.
Roma stawał się coraz twardszy.
Zaczął wrzeszczeć z powodu byle czego, obwiniać mnie o wszystko: o swoje problemy z matką, porażki w pracy, brak szczęścia.
— To wszystko twoja wina! — krzyczał — przez ciebie moje życie się sypie!
A potem stało się coś najgorszego: straciłam dziecko.
Dopadł mnie ten ból, który nosiłam w sobie, i ta nienawiść, która codziennie spadała na mnie z zewnątrz.
Płakałam po nocach, a oni, jak się zdaje, byli z tego nawet zadowoleni.
Ani słowa współczucia.
Ani jednego ciepłego spojrzenia.
Pół roku po poronieniu znów zaszłam w ciążę.
Na początku serce zabiło mi znowu nadzieją.
Może to szansa?
Może wszystko się zmieni?
Ale zaraz wróciły wspomnienia krzyków, upokorzeń, ścisku, zależności Romy od matki — i zrozumiałam: nic się nie zmieni.
Będzie tylko powtórka tej samej męki.
Powiedziałam mu o ciąży.
Zamilkł.
Na długo.
Potem westchnął:
— To dziecko nie jest nam potrzebne.
Znieruchomiałam.
— Jak to? — wyszeptałam — przecież to nasze…
— Nasze? — przerwał mi — nie mamy nawet gdzie mieszkać!
Nie mamy co jeść, pieniędzy nie ma.
Nie widzisz tego?
— Ale to życie… — zaczęłam.
— Żadne „ale”! — uciął. — Zrób aborcję.
Rozpłakałam się.
— Nigdy tego nie zrobię! — krzyknęłam. — To moje dziecko!
— W takim razie odchodzę — powiedział spokojnie. — Wybieraj: albo ono, albo ja.
Spojrzałam mu w oczy — i nie zobaczyłam w nich ani miłości, ani współczucia.
Tylko chłód, wyrachowanie, obojętność.
Krążyłam po pokoju, krzyczałam, błagałam, żeby przypomniał sobie, kim jest, co robi, prosiłam, żeby chociaż spróbował zamieszkać osobno, przestał być marionetką w rękach matki.
Ale on stał jak kamień.
W końcu się złamałam.
Ustąpiłam.
Zdradziłam własne ciało.
Zrzekłam się przyszłości.
Zrzekłam się siebie.
Po tym między nami wszystko się skończyło.
Mieszkaliśmy pod jednym dachem, ale byliśmy obcy.
Nie rozmawialiśmy, nie patrzyliśmy na siebie.
Tylko istnieliśmy jak cienie.
Ból fizyczny i ból duszy zlały się w jeden węzeł rozpaczy.
Jak mogłam?
Jak on mógł?
Dlaczego na to pozwoliłam?
Nie było odpowiedzi.
Po kilku tygodniach zażądałam rozwodu.
Roma się nie sprzeciwiał — było mu wszystko jedno.
Pewnie już szukał sobie nowej „narzeczonej”: moskwianki, z zameldowaniem, bez przeszłości.
Rozwód poszedł szybko.
Spakowałam rzeczy i odeszłam.
Napisałam do mamy, poprosiłam o pomoc w kupnie biletu.
Odpisała od razu, pożyczyła skądś pieniądze i przysłała mi je.
Przez łzy opowiedziałam jej przez telefon wszystko.
Mama powiedziała, że dobrze zrobiłam.
I dodała, że znajoma mówiła, iż w jednej z jednostek wojskowych na południu szukają cywilnych pracowników do służby łączności.
Nie zastanawiałam się długo.
Spakowałam walizkę — i wyjechałam.
Nowe miasto przywitało mnie ciszą i chłodem.
Po moskiewskim hałasie i wrzaskach cioci Ziny ta cisza była jak lekarstwo.
Praca była ta sama, co wcześniej, w centrali, ale ludzie byli mili, spokojni.
Mieszkałam w internacie, w pokoju dwuosobowym.
Moją współlokatorką była ciocia Galja, kucharka z wojskowej stołówki.
Dobra, troskliwa.
Gdy usłyszała moją historię, od razu wzięła mnie pod swoje skrzydła.
— Nie załamuj się, córciu — mówiła — życie dopiero się zaczyna.
Jeszcze będzie dobrze.
Uśmiechałam się, ale w środku byłam pusta.
Dopóki nie pojawił się Miron, młody porucznik.
Wysoki, o dobrych oczach, z uśmiechem, który topił serce.
Od razu zaczął się mną interesować: zapraszał do kina, na spacery, szedł ze mną „na dwa kroki”.
Na początku odmawiałam.
Bałam się.
Bałam się znów zaufać, znów się rozbić.
Ale on był uparty, choć nienachalny.
Powoli zaczęłam wierzyć, że życie może być łagodne.
Że można znów się uśmiechać, śmiać, marzyć.
Pewnego dnia, po kinie, odprowadził mnie do internatu i nagle powiedział:
— Swieta, wyjdź za mnie.
Zatkało mnie.
— Jak to?
— Wyjdź za mnie — powtórzył, patrząc mi prosto w oczy. — Kocham cię.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Był dobrym człowiekiem.
Dobrym, uczciwym, silnym.
Może nawet idealnym.
Ale we mnie siedział strach: strach, że znów się zatracę, znów wszystko stracę.
— Nie wiem… — wyszeptałam. — To za wcześnie…
— Nic nie szkodzi — powiedział. — Pomyśl.
Poczekam.
Akurat zbliżał się mój urlop — miałam jechać do domu.
— Dam ci odpowiedź po powrocie, — powiedziałam.
Skinął głową:
— Będę czekał.
I oto siedzę w pociągu.
Za oknem pola, lasy, wioski.
Myślę o Mironie.
O jego oświadczynach.
O tym, co czeka mnie w domu: mama, tata, stare ulice, wspomnienia… w większości ciężkie.
I o tym, co czeka przede mną: nowa praca, nowe miasto, nowy człowiek.
I — najważniejsze — szansa.
Szansa, żeby zacząć od nowa.
Szansa, żeby być szczęśliwą.
Pociąg powoli zbliżał się do Moskwy.
Tak, droga do domu wiodła przez stolicę — miasto, z którego jeszcze kilka miesięcy temu marzyłam uciec w panice.
Postanowiłam zajść do Lenki, mojej starej przyjaciółki.
Pracowałyśmy razem w centrali, zanim wyszłam za mąż.
Była dla mnie jak siostra.
Wiedziałam, że mnie wysłucha, nie będzie oceniać, wesprze i może pomoże zrozumieć, co dalej robić.
Przyjechałam do Lenki — ledwo mnie zobaczyła, od razu mnie przytuliła, prawie się rozpłakała.
— Swiet, jak ty się masz? — zapytała, ściskając mnie mocno. — Tak się o ciebie martwiłam!
— Jakoś żyję, Len — uśmiechnęłam się, choć niezbyt szczerze.
Weszłyśmy do mieszkania.
Ciepło, porządek, przytulnie — od razu było czuć, że ona kocha swój dom.
Usiadłyśmy przy kuchennym stole, napiłyśmy się herbaty, a ja jak na spowiedzi wylałam wszystko: cały ból, upokorzenia, straty, nadzieje i lęki.
Lenka słuchała uważnie, nie przerywała, tylko kiwała głową.
— I co teraz zrobisz? — zapytała, gdy skończyłam.
— Nie wiem, Len — westchnęłam. — Boję się.
A jeśli ten Miron okaże się taki jak Romka?
— No przestań! — machnęła ręką. — Nie wszyscy faceci są tacy sami.
Sama mówisz, że jest dobry, troskliwy.
Poza tym życie jest jedno.
Trzeba próbować!
Siedziałyśmy z Lenką do późnej nocy, gadałyśmy do upadłego, płakałyśmy.
Rano pojechałam do rodzinnego miasta.
W domu czekali na mnie rodzice i brat.
Bardzo się ucieszyli z mojego przyjazdu: mama od razu mnie przytuliła, zasypała pytaniami, jak się czuję, karmiła mnie, jakby się bała, że zniknę.
— Córciu, jak ty schudłaś — mówiła, patrząc mi w oczy.
— Wszystko dobrze, mamo — uśmiechałam się — po prostu jestem trochę zmęczona.
Opowiedziałam o nowej pracy, o Mironie.
Mama słuchała w milczeniu, za to brat prawie zerwał się z radości.
— No, siostrzyczko, dawaj! — klepnął mnie w ramię. — Bierz go!
Dość tego samotnego cierpienia!
Odpowiedziałam mu tylko uśmiechem.
Ale po kilku dniach stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewałam…
Wczesnym rankiem zadzwonił dzwonek.
Mama otworzyła — a w progu stał… Romka.
Omal nie zemdlałam.
Co on tu robił?
Jak mnie znalazł?
Stał skulony, z pochyloną głową, czerwonymi oczami.
Wyglądał nędznie, jak zbity pies.
— Swieta… — głos mu się trząsł — wybacz mi, błagam.
Mama była osłupiała.
Patrzyła to na mnie, to na niego, nie rozumiejąc, co się dzieje.
— Czego chcesz? — zapytałam, z sercem tłukącym się jak szalone.
— Wszystko wiem — powiedział — o twojej pracy, o Mironie…
Lenka mi opowiedziała.
Omal się nie udusiłam ze złości.
Zdrajczyni!
Przyjaciółka, psiakrew!
— No i co z tego? — spytałam chłodno. — Co to ma z tobą wspólnego?
— Kocham cię, Swieta — nagle padł na kolana — byłem głupi, ślepy.
Wybacz mi, zrozumiałem wszystko.
Mama milczała.
W jej oczach było tylko pogardliwe odrzucenie.
— Rozwiodę się z tamtą — powiedział Romka (jak się okazało, w ciągu tych sześciu miesięcy zdążył się ożenić!) — podzielę się mieszkaniem z rodzicami.
Będziemy mieszkać osobno, jak normalna rodzina.
Wracaj do mnie…
Bez ciebie nie mogę.
Zaczął płakać jak dziecko.
Opowiadał, że kawalerkę przepisał na Lilkę, że matka kazała mu poślubić córkę swojej przyjaciółki.
Patrzyłam na niego i… było mi go żal.
Żal tego zniszczonego człowieka.
Ale wybaczyć?
Nie.
Nigdy nie zapomniałabym tamtej aborcji, upokorzeń, bólu.
— Wstań, Roma — powiedziałam. — To koniec.
Nie da się cofnąć czasu.
— Nie! — krzyknął. — Nie odejdę, dopóki mi nie wybaczysz!
Rzucił się do moich nóg, zaczął całować mi kolana.
Mama nie wytrzymała:
— Wstawaj, łajdaku! — krzyknęła, odpychając go. — Nawet nie waż się dotykać mojej córki!
Zrujnowałeś jej życie!
Won stąd, zanim zadzwonię na policję!
Roma powoli wstał.
Spojrzał na mnie z nadzieją.
— Swieta — powiedział — daj mi szansę.
Milczałam.
Odwrócił się do mamy, uklęknął przed nią:
— Proszę pani, ciociu Maszo…
To moja wina.
Byłem ślepy.
Niech mi pani pozwoli wszystko naprawić…
Mama spojrzała na niego z lodowatą pogardą.
— Wynoś się — powiedziała. — Nie jesteś jej godzien.
Podniósł się, spojrzał na mnie po raz ostatni — i wyszedł.
Patrzyłam za nim w milczeniu.
We mnie walczyły litość i wstręt.
Wtedy zrozumiałam: wybaczyłam mu.
Ale wrócić — nigdy.
Wieczorem zadzwoniłam do Mirona.
— Miron — powiedziałam — zgadzam się.
Wyjdę za ciebie.
Po drugiej stronie zapadła na chwilę cisza.
Potem usłyszałam jego szczęśliwy, drżący z radości głos:
— Swieta!
Jestem taki szczęśliwy!
Kocham cię!
Wtedy poczułam, że wszystko się ułoży.
Nie mogło być inaczej.
Podjęłam decyzję: wyjdę za Mirona.
Wydawało mi się, że to moja szansa na szczęście.
Ale los postanowił inaczej.
Po moim telefonie Romka znów się pojawił.
Praktycznie zamieszkał pod naszym oknem: siedział na ławce, czekał na mnie jak cień.
Mama go przepędzała, brat groził, że go siłą wyrzuci, a ja starałam się nie patrzeć, nie zauważać.
Ale tak dłużej być nie mogło.
Pewnego dnia, gdy wracałam ze sklepu, podbiegł do mnie:
— Swiet — chwycił mnie za rękę — porozmawiaj ze mną, proszę!
Próbowałam się wyrwać, ale trzymał mocno.
— Puść mnie, Roma.
Nie mamy o czym rozmawiać.
— Mamy! — krzyknął. — Chcę wszystko naprawić!
Chcę być z tobą!
— Spóźniłeś się — powiedziałam. — Wychodzę za mąż za innego.
— Za tego Polaka? — w jego oczach zapłonęła nienawiść.
— Tak.
Za niego.
Puścił mi rękę, cofnął się o krok.
I nagle powiedział:
— Nie puszczę cię.
Nigdzie.
Nigdy.
W jego oczach zobaczyłam coś strasznego: szaleństwo, obsesję.
Naprawdę się przestraszyłam.
— Zostaw mnie, Roma — cofałam się, trzęsąc — zadzwonię na policję!
Milczał.
Tylko się we mnie wpatrywał.
I wtedy zobaczyłam, jak wyciąga z kieszeni nóż.
Krzyknęłam i rzuciłam się do ucieczki.
Pobiegł za mną.
Biegłam, ile sił w nogach, ale doganiał mnie.
I nagle — jak cud — pojawił się mój brat.
Widział wszystko, rzucił się na Romkę.
Zaczęła się bójka.
Roma machał nożem, brat próbował go rozbroić.
Stałam z boku, krzyczałam, nie wiedząc, co robić.
W końcu bratu udało się wytrącić mu nóż, powalił go na ziemię i zaczął bić.
Rzuciłam się na brata:
— Dość!
Zabijesz go!
Brat się zatrzymał, dysząc ciężko.
— Chciał cię zabić, Swiet! — krzyknął. — Dzwoń na policję, zanim zwieje!
Przyjechali policjanci.
Zabrali Romkę.
Potem zrozumiałam, że zostać w domu jest niebezpiecznie.
Kto wie, co jeszcze przyjdzie do głowy mojemu byłemu.
A gdyby przyjechała ciocia Zina?
Ona była zdolna do wszystkiego.
Spakowałam rzeczy i wyjechałam do Mirona — dokładnie tam, gdzie miało zacząć się moje nowe życie.
Miron czekał na mnie na dworcu z bukietem polnych kwiatów.
Mocno mnie objął i powiedział:
— Jestem taki szczęśliwy, że przyjechałaś.
Pobraliśmy się miesiąc później.
Skromnie, w domu, ale w wielkim cieple.
Tylko nasi: przyjaciele, ciocia Galja.
Na początku wszystko układało się dobrze.
Miron mnie kochał, troszczył się o mnie i naprawdę, jak obiecał, nosił mnie na rękach.
Pracowałam w centrali telefonicznej, uczyłam się polskiego, starałam się wpasować w to nowe życie.
A potem się zaczęło…
Zaczął pić.
Na początku rzadko, od święta.
Potem coraz częściej.
A kiedy pił, zmieniał się.
Stawał się zły, agresywny.
Krzyczał, wyzywał, potrafił podnieść rękę.
Próbowałam z nim rozmawiać, błagałam, prosiłam — na próżno.
— Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy! — wrzeszczał. — Daj mi święty spokój!
Znów znalazłam się w piekle.
Tym razem z innym mężczyzną, ale z tymi samymi łzami, tym samym strachem, tą samą samotnością.
Po kilku latach zaszłam w ciążę.
Miron się ucieszył — wyglądało na to, że narodziny dziecka go zmienią.
Ale cud się nie zdarzył.
Po narodzinach naszego syna zaczął pić jeszcze bardziej.
Nie pomagał, nie pracował, tylko wrzeszczał, wymagał, obwiniał mnie o wszystko.
Zostałam sama.
Z dzieckiem na rękach, bez pieniędzy, bez wsparcia.
Ale musiałam przeżyć.
Dla syna.
Zaczęłam pracować na dwa etaty: w dzień w centrali, w nocy jako sprzątaczka.
Było strasznie ciężko.
Ale trzymałam się.
Syn rósł — był moją radością, moim sensem.
Moją nadzieją na lepszą przyszłość.
Miron stoczył się, stał się nędznym człowiekiem.
Rozwiodłam się z nim, gdy nasz syn skończył pięć lat.
Nie sprzeciwiał się: było mu wszystko jedno.
Wychowanie dziecka spadło tylko na mnie.
I, dzięki Bogu, wychowałam go na dobrego, uczciwego, silnego.
Teraz pracuje, pomaga mi.
Mieszkamy w rodzinnym mieście, w naszym własnym mieszkaniu — tym, które kupiłam latami ciężkiej pracy.
Nigdy nie udało mi się pokochać tego kraju, w którym przeżyłam swój ból.
Wyjechałam stamtąd na zawsze.
Po śmierci jego rodziców mieszkanie w Moskwie przeszło w spadku na Romkę.
Nie ożenił się ponownie, mieszka sam, często pije.
Opowiada mi o tym Lenka — wciąż mamy kontakt.
Poprosiłam ją, żeby pod żadnym pozorem nie mówiła Romce, że wróciłam.
Na razie Lenka dotrzymuje słowa.
Nie chcę go widzieć.
Nie chcę, żeby znowu zniszczył mi życie.
Niech zostanie w przeszłości.
A ja — idę dalej.
Dla mojego syna.
Dla siebie.
Dla wszystkiego, co jeszcze przede mną.







