— rozkazał mój mąż, wyrzucając mnie z własnego mieszkania przez swoją szwagierkę.
— Słyszysz mnie, czy znowu odlatujesz do swojego małego świata?

— głos Gleba się łamał, jakby od rana połknął papier ścierny.
— Słyszę —
— wypuściła Larisa, stawiając czajnik na kuchence.
— Tylko próbuję zrozumieć, czego dokładnie ode mnie chcesz na trzy dni przed Nowym Rokiem.
Gleb z rozmachem odsunął krzesło spod stołu i usiadł, uderzając dłonią w blat.
— Chcę, żebyś miała w sobie człowieczeństwo.
— Tania jest moją siostrą.
— Ma problem.
— Nie ma gdzie mieszkać.
— Zostanie tu dosłownie na jakieś dwa miesiące.
— Już ci tłumaczyłem.
— Dwa miesiące?
Larisa odwróciła się do niego, opierając dłonie o stół.
— Gleb, powiedziałeś to tak, jakbym była obcą osobą, która ma wpuścić twoją rodzinę do mojego domu tylko dlatego, że ty tak zdecydowałeś.
— To jest nasze mieszkanie.
— Jeszcze nie sfinalizowaliśmy rozwodu, ale żyjemy jak lokatorzy.
— To ci nie przeszkadza?
Gleb wstał.
— Nie zaczynaj.
— To nie czas na sceny.
— Kiedy Tania przyjedzie, porozmawiasz z nią.
— Obiecałem.
— Co dokładnie obiecałeś?
Larisa zmrużyła oczy.
— Że ja stąd wyjdę?
Odwrócił wzrok.
— Nie dramatyzuj, Lara.
— Po prostu pomieszkasz trochę u swojego ojca.
— Jego dom jest duży, nie będziesz się cisnąć.
— I tak jeździsz tam co weekend.
— Czyli proponujesz, żebym wyszła z własnego mieszkania, bo twoja siostra wpakowała się w coś niejasnego?
— głos zadrżał, ale Larisa przełknęła złość.
Gleb podszedł bliżej, nachylając się nad nią.
— Dość.
— Zachowujesz się egoistycznie.
Larisa roześmiała się gorzko.
— Egoistycznie?
— Prosisz, żebym została wyrzucona z własnego domu.
— To już nawet nie jest brak wyczucia — to dawno przekroczyło granice.
Tania pojawiła się wieczorem — w pikowanej kurtce, z ogromną torbą i z tym wyrazem twarzy „jesteście mi coś winni”.
W korytarzu zapach jej tanich perfum wypełnił wszystko — mocny, słodki i mdlący.
Spojrzała na Larisę znad szalika, jak na sprzątaczkę.
— Och, cześć, Lariseczko —
uśmiechnęła się naciągnięcie.
— Nie masz nic przeciwko, żebym trochę została, prawda?
— Gleb mi wszystko opowiedział.
— Z tego co zrozumiałam, ty masz tutaj… pewną sytuację.
— Ja?
Larisa uniosła brew.
— Ja akurat mam stabilnie.
— Ta poplątana sytuacja jest twoja.
— Więc przejdźmy do sedna: na jak długo zamierzasz się tu urządzić?
— No…
Tania przeciągnęła pauzę.
— Do czasu, aż rozwiążę swoje problemy.
Gleb się wtrącił:
— Lara, nie zaczynaj.
— Ona jest zmęczona.
— Jest masa spraw…
— Widzę —
odpowiedziała Larisa chłodno.
— A ty, jak widać, już wszystko za nią ustaliłeś.
— Jestem tu przez długi —
wypaliła Tania, jakby się usprawiedliwiała, ale w jej głosie nie było ani grama wstydu.
— Potrzebuję czasu.
— Żeby wszystko się ułożyło.
— Długi?
Larisa skrzyżowała ręce.
— Gleb powiedział mi, że wynajmowane przez ciebie mieszkanie się spaliło.
— Dziwne.
Tania wymieniła spojrzenie z bratem.
Gleb powiedział twardo:
— Larisa, dość.
— Tania już jest zdenerwowana.
„I wtedy zrozumiałam: robią ze mnie idiotkę, kogoś, komu można ukrywać prawdę.”
Larisa wzięła głęboki oddech.
— Powtórzę wam obojgu: ja nigdzie nie idę.
— Jeśli chcecie mieszkać tu we trójkę, sami ustalcie, jak się pomieścicie.
— Pomieszczenia są wspólne.
— Nie mam obowiązku niczego zwalniać.
Gleb uderzył pięścią w futrynę.
— Robisz z siebie ofiarę!
— Tak trudno poświęcić coś dla mojej rodziny?
— A dla mnie łatwo się poświęcać dla twojej bezczelności?
Larisa aż zadrżała ze złości.
— Nie, Gleb.
— Dość.
Tania, widząc, że rozmowa nie idzie po jej myśli, teatralnie przyłożyła rękę do głowy.
— Boże…
— Ja ledwo wytrzymuję.
— Pilnie potrzebuję cichego miejsca, żeby negocjować z pewnymi ludźmi…
— A wy tutaj…
— Z jakimi ludźmi?
Larisa zmrużyła oczy.
— Z tymi, którym jesteś winna pieniądze?
Tania zamilkła.
Gleb zrobił krok do przodu:
— Nie masz prawa tak do niej mówić!
— Mam.
— Jestem współwłaścicielką mieszkania.
— Nie ty.
— I nie ona.
— A jeśli postanowiliście coś kombinować za moimi plecami, to pomyliliście adres.
Gleb poczerwieniał.
— Zadzwonię do twojego ojca —
warknął.
— On ci przemówi do rozsądku.
— Dzwoń —
Larisa nawet nie mrugnęła.
— Niech jeszcze ktoś spróbuje mnie zmusić.
Ojciec przyszedł rano, gdy mieszkanie wciąż pachniało wczorajszymi mandarynkami i odgrzewaną kaszą gryczaną.
Wszedł cicho, ale twarz miał twardą jak kamień.
— Co znowu?
— zapytał, nie zdejmując kurtki.
— Gleb powiedział, że urządziliście tu cyrk.
Gleb wybiegł z kuchni:
— Leonidzie Michajłowiczu, ona nie chce pomóc!
— Tania ma problemy, a Larisa…
— Zachowuje się jak ktoś, kogo próbują wyrzucić z własnego domu —
przerwał ojciec spokojnie.
— Gleb, rozumiesz, że to absurd?
— To tymczasowe…
— Tymczasowe?
Ojciec uniósł brew.
— To ja też mogę tymczasowo zaprosić waszą trójkę do siebie.
— Miejsca jest dużo.
— Chodźcie.
— Teraz.
Gleb zbladł.
Tania się spięła.
— Nie…
— przeciągnął Gleb.
— To niewygodne… i droga…
— A Larisie wygodnie słyszeć „wynocha”, tak?
Ojciec rozłożył ręce, zmęczony.
— Tak myślałem.
— Coś ukrywacie.
— A ukrywanie rzeczy w grudniu przynosi pecha.
Tania westchnęła ciężko:
— Dobra, tak, są długi.
— Ale to nie moja wina, że wspólnicy zniknęli!
— Potrzebuję dokumentów, żeby poprosić o odroczenie…
— A mieszkanie… no cóż… jest na Gleba…
— Na nas oboje!
— wtrąciła Larisa sucho.
— Nie kłam.
— Da się… przepisać na kogoś…
— mruknęła Tania.
„I wtedy stało się jasne: oni nie chcieli tylko przenocować Tani — oni chcieli przepisać mój udział w nieruchomości.”
Ojciec usiadł i spojrzał Larisie prosto w oczy.
— Więc, córko.
— Dość.
— Żadnych przeprowadzek.
— Żadnych manipulacji.
— Zostajesz tutaj.
— A jeśli ktoś będzie przeciw, dzwonimy po prawnika.
— Witia pomoże.
— Jest teraz w mieście.
Tania wybuchła:
— No jasne, wierzycie w to!
— Jestem teraz wrogiem wszystkich?
— Nikt nie jest wrogiem —
powiedział ojciec sucho.
— Ale ktoś robi głupoty.
— I wciąga innych.
Gleb zaczął mówić szybciej, potykając się o słowa:
— Lenich, przestań… przecież rozumiesz!
— To rodzina.
— Trzeba pomóc…
— Rodzina jest wtedy, gdy się nie kłamie —
ucięł ojciec twardo.
— A wy skłamaliście.
Wieczorem, gdy ojciec już wyszedł, a Tania siedziała w pokoju i głośno stukała w telefon, Gleb podszedł do Larisy tak, jakby to on był ofiarą, a ona katem.
— Lara, po co to znowu?
— Nowy Rok tuż-tuż, zachowujmy się jak ludzie.
— Zachowywać się jak ludzie to być uczciwym —
ucięła.
— A uczciwości w was dwojgu nie widzę.
— Chcieliście mnie wyrzucić.
— I mnie wrobić.
— Nikt nie chciał cię wrobić!
— krzyknął.
— To czego chcieliście?
— podeszła bardzo blisko.
— Żebym zwolniła mieszkanie.
— Żeby Tania załatwiła papiery.
— Żeby mieszkanie stało się wasze.
— A ja — żebym zniknęła gdzieś po drodze?
Gleb odwrócił się plecami i uderzył dłonią w parapet.
— Wszystko źle zrozumiałaś…
— Zrozumiałam wszystko dobrze.
Zamilkł.
Po minucie powiedział cicho:
— No… tak… przeszło nam przez głowę… trochę…
— Ale tylko, żeby pomóc Tani!
— Moim kosztem?
Larisa roześmiała się gorzko.
— No żyjecie sobie nieźle.
Tania stanęła w drzwiach pokoju:
— Jeśli będziecie krzyczeć całą noc, to wyjdę!
— Mam masę telefonów!
— To idź —
powiedziała Larisa spokojnie.
Tania znieruchomiała.
Gleb odwrócił się:
— Co ty robisz?
— To, co powinnam była zrobić od pierwszego dnia —
Larisa wyprostowała się.
— Nie będę już wygodna.
Przeszła obok nich i otworzyła okno, wpuszczając do środka lodowate grudniowe powietrze.
Do Nowego Roku były dwa dni.
Ale w pokoju było wrażenie, jakby wybuchy już się zaczęły.
Poranek zaczął się od tego, że Tania trzaskała drzwiami szafy i krzyczała na cały korytarz:
— Gleb!
— Gdzie jest mój worek z dokumentami?
— Wziąłeś go?
— Połowa moich umów była tam!
Gleb wyleciał z łazienki z ręcznikiem na szyi:
— Nic nie brałem!
— Rozrzucasz papiery wszędzie, skąd mam wiedzieć, gdzie to położyłaś?
— Nie kłam!
— piszczała Tania.
— Było w mojej torbie, niczego nie ruszałam!
— Obiecałeś, że mi pomożesz z dokumentami, a teraz…
Larisa stała przy kuchence, podgrzewając wodę, ale jeszcze nie wtrącała się głośno.
Obserwowała.
I widziała: panika Tani była prawdziwa.
Gleb pobiegł do przedpokoju i zaczął wysypywać torbę siostry na dywan.
— Nic tu nie ma!
— Gdzie to wepchnęłaś?
— Potrzebuję tych dokumentów, żeby poprosić o przedłużenie!
— Tania wybuchnęła płaczem.
— Sergiej mnie zabije, jeśli się dowie!
— Już jest wściekły przez moje długi!
Gleb wypuścił powietrze, zirytowany:
— To do niego zadzwoń i wyjaśnij.
— To twój mąż czy co?
Tania przeszyła go spojrzeniem:
— Jesteś głupi?
— Jak mam powiedzieć, że znowu wszystko zgubiłam?
— Wyrzucił mnie z domu i powiedział: „Ogarnij ten bałagan”.
— A ja… ja myślałam, że mi pomożesz.
— Obiecałeś!
— Pomagam!
— Gleb podniósł głos.
— Ale nie zrzucaj winy na mnie!
— Dokumenty… znajdziemy!
Wtedy Larisa powiedziała cicho:
— Wczoraj w nocy, kiedy biegaliście, widziałam, jak Witia podniósł jakieś papiery spod stołu.
— Zapytał, czy są wasze.
— Powiedziałam, że nie mam pojęcia.
— Zabrał je do mojego ojca, żeby się nie zgubiły.
— Bez złych intencji, bez drugiego dna.
Tania się zakrztusiła:
— To czemu nie powiedziałaś od razu?!
Larisa odwróciła się do niej:
— Bo powiedziałaś mi: „Jeśli będziecie krzyczeć całą noc, to wyjdę”.
— Postanowiłam, że dorośli najpierw pytają, a dopiero potem krzyczą.
Tania dostała kolejnego ataku histerii:
— Oddajcie dokumenty!
— Natychmiast!
— Muszę dziś podpisać, inaczej po mnie!
Gleb odwrócił się do Larisy:
— Dzwoń do Witi!
— Niech przywiezie!
— Zadzwoń ty —
odpowiedziała Larisa.
— To twoja rodzina.
— I twoje długi.
— Ja nie mam długów!
— wrzasnął.
— Twoja siostra ma.
— A ty przyprowadziłeś ją tu, bo uznałeś, że da się po cichu zrobić mały „numer”.
Przez sekundę Gleb zamilkł.
Potem syknął:
— Ty się tym cieszysz, co?
— Myślisz, że nie widzę?
— Widzę —
Larisa podeszła bliżej.
— Myślałeś, że jak przyciśniesz, to sama wyjdę.
— A potem podpiszecie papiery.
— Nie na moje nazwisko.
Tania skuliła się w kącie.
Gleb zrobił się biały.
„W tej chwili zrozumiał, że gra się skończyła.”
Godzinę później przyszli ojciec i Witia.
Do przedpokoju wpadł zapach mrozu, świeżego śniegu i lekki dym z kominów.
— Proszę, twoje papiery —
powiedział Witia, podając Tani gruby kopertę.
— Nikt niczego nie ruszał.
— Wszystko jest całe.
— Ale skoro do tego doszło, muszę wam coś wyjaśnić.
Ojciec przekroczył próg i wbił wzrok w Gleba:
— Wykonałem kilka telefonów.
— Nie będę się rozgadywał, ale najważniejsze jest to: to, co chcieliście zrobić z mieszkaniem, to przestępstwo.
— Dokumenty były przygotowane do złożenia bez podpisu Larisy.
— Fałszerstwo.
— Oszaleliście?
Gleb drgnął.
Tania usiadła na stołeczku, ściskając kopertę przy piersi.
— To ona tego chciała!
— krzyknął Gleb, wskazując siostrę.
— Ja nawet nie chciałem się mieszać!
— Błagała mnie!
— Kłamstwo!
— Tania wybuchła.
— To ty powiedziałeś: „Przepiszemy tymczasowo, potem oddamy, nikt się nie dowie!”.
— Nawet obiecałeś mi swojego prawnika!
— Przestań udawać!
— Zamknij się!
— wrzasnął Gleb.
Larisa milczała.
Patrzyła, jak wszystko się sypie — wszystko, co zbudowali.
Albo co im się wydawało, że zbudowali.
Ojciec zrobił krok do przodu i powiedział spokojnie, ale twardo:
— Koniec.
— Każdy w swoją stronę.
— Gleb, pakujesz się.
— Dzisiaj.
— Tania, ty też wychodzisz.
— Larisa zostaje tutaj.
— Kropka.
Gleb poruszył się, jakby dostał cios.
— Wyrzucasz mnie z mojego mieszkania?!
— Z naszego —
poprawił ojciec.
— I prawie ją skrzywdziłeś.
— Więc tak.
— Dopóki rozwód jest w toku, będziesz mieszkał u siebie.
— Nie tutaj.
— Nie wyjdę!
— krzyknął Gleb.
— To mieszkanie jest moje!
— Tu ja rządzę!
Larisa powiedziała cicho:
— Właściciele mieszkań nie próbują fałszować dokumentów dotyczących mieszkania swoich żon.
Odwrócił się do niej.
Oczy — złe.
Dziko.
Ale nie potrafił nic powiedzieć.
Kiedy Gleb w końcu zebrał rzeczy i trzasnął drzwiami tak, jakby chciał wyrwać futrynę, Tania stała na środku pokoju, trzymając dokumenty.
Wtedy w drzwiach pojawił się wysoki, silny mężczyzna w drogiej zimowej kurtce.
Sergiej.
— Tania, chodź —
powiedział bez przywitania.
— Opowiedzieli mi wszystko.
Tania zbladła.
— Sergiej… to nie tak…
— Jest dokładnie tak —
uciął.
— Zabiorę cię.
— Resztę załatwimy w domu.
— Bez Gleba.
— Bez kombinacji.
— Bez cudzych mieszkań.
Spojrzała na Larisę — po raz pierwszy bez złości.
— Przepraszam…
— Ja… ja spanikowałam…
Larisa skinęła głową.
— Błędy się zdarzają.
— Ważne, żeby nie wciągać innych do dołu.
Sergiej ujął żonę za ramię.
Wyszli w ciszy.
Drzwi się zamknęły.
Mieszkanie ucichło, jakby ogromny blok hałaśliwego, lepkiego chaosu właśnie runął.
„I wtedy zrozumiałam: zaczyna się nowe — moje — życie.”
Ojciec nalał herbaty Larisie, nalał sobie, usiadł obok.
— Dobrze sobie poradziłaś.
— Nie ustąpiłaś.
— Tak trzeba.
— To nie jest odwaga —
powiedziała wyczerpana.
— To… po prostu granica.
— Każdy ją ma.
— Ty doszłaś do swojej — więc od teraz będziesz iść pewniej.
Witia poklepał ją po ramieniu:
— Jak przyjdzie czas na przesuwanie mebli albo remont, dzwoń — pomogę.
— Jestem niedaleko.
— Dziękuję —
uśmiechnęła się po raz pierwszy od trzech dni.
Tydzień później Larisa złożyła pozew o rozwód.
Proces był ciężki — Gleb próbował naciskać, grozić, wymuszać.
Ale nie dał rady.
Dokumenty dotyczące machlojek wyszły na jaw same, bez wysiłku.
Szybko ucichł.
A kilka dni po rozprawie zadzwoniła Antonina Pawłowna — teściowa, jego matka.
— Lariseczko…
— głos jej drżał.
— Pewnie nie będziesz chciała ze mną rozmawiać, ale muszę powiedzieć…
— Przepisałam na ciebie domek letniskowy.
— Żeby on… żeby Gleb nie mógł położyć tam rąk.
— Wybacz mi.
— Nie wiedziałam, że on się w to zmienił.
Larisa długo milczała.
Potem odpowiedziała cicho:
— Dziękuję.
— Naprawdę.
Antonina Pawłowna zaszlochała:
— Jesteś jedyną normalną osobą w tej historii.
— Żyj w spokoju.
— I niczego się nie bój.
Ostatni dzień grudnia.
Za oknem śnieg, zapach mandarynek, w telewizji w tle — noworoczne światła.
Larisa siedziała na parapecie, owinięta ciepłym kocem.
Dom — cichy, wolny, jej.
Nie czuła samotności.
Tylko spokój.
Witia pojawił się w przedpokoju, strzepując śnieg z butów:
— No i co, pani domu, otwieramy szampana?
Larisa uśmiechnęła się:
— Otwieramy.
— I za nowe życie.
— Za nie!
— Witia uniósł kieliszek.
— Żeby już nikt nie próbował tobą rządzić.
— Żebyś to ty decydowała, jak chcesz żyć.
— Już zdecydowałam —
powiedziała cicho, patrząc na światełka.
— Wszystko zaczyna się od tej chwili.
„Wolność to nie coś, co ci dają — to coś, co zabierasz tym, którzy próbowali cię trzymać.”
I tej nocy, przy dźwięku noworocznych dzwonów, Larisa poczuła, że naprawdę wchodzi w nowy rok — po raz pierwszy dla siebie.
Koniec.







