Marina stała przy oknie i patrzyła na szary, lutowy dziedziniec.
Śnieg już pociemniał, zamieniając się w brudną breję, którą dozorcy bezskutecznie próbowali usunąć z asfaltu.

Słyszała, jak Dima krząta się w kuchni, nalewając sobie herbaty po pracy.
Zwyczajny poniedziałkowy wieczór. Zwyczajne mieszkanie w zwyczajnym domu na obrzeżach miasta.
— Marisz, pamiętasz, mówiłem ci, że u mamy z Sieriożą planują remont? — głos męża zabrzmiał jakoś zbyt swobodnie, co od razu ją zaniepokoiło.
Marina odwróciła się. Dima stał w drzwiach salonu z kubkiem w ręku, a na jego twarzy malowała się ta szczególna mieszanka poczucia winy i uporu, którą nauczyła się rozpoznawać przez siedem lat małżeństwa.
— Mówiłeś — odpowiedziała krótko i znów odwróciła się do okna.
— Rozumiesz, u nich tam jest naprawdę źle. Sieriożę wylali z pracy, nie ma już pieniędzy na wynajem, więc wrócił do mamy.
A w tym ich dwupokojowym… Przecież widziałaś, kiedy ostatnio tam byliśmy.
Tapety odpadają, w łazience popękane płytki, w kuchni linoleum przetarte. Jak tam żyć, co?
Marina milczała. Wiedziała, do czego zmierza.
— I postanowili doprowadzić wszystko do porządku. Nie jakieś luksusy, tylko elementarnie — żeby dało się normalnie żyć.
Sierioża ma trzydzieści dwa lata, pora mu zakładać rodzinę, a jak ma zaprosić dziewczynę do domu, skoro tam taki stan?
— Dima — Marina odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy. — Ile?
Odwrócił wzrok.
— No… Jakieś dwieście pięćdziesiąt tysięcy by im wystarczyło. Już zrobili kosztorys, dogadali się z fachowcami. Nie trzeba się za bardzo spinać, tylko to, co najpotrzebniejsze.
— Dwieście pięćdziesiąt tysięcy — powtórzyła, a w jej głosie nie było ani pytania, ani zdziwienia. Tylko zmęczenie.
— Te pieniądze, które odkładaliśmy na naszą łazienkę.
Te same pieniądze, na które przez półtora roku brałam dodatkowe zmiany, rezygnowałam z nowych ubrań i w ogóle ze wszystkiego.
— Marinka, no zrozum! To moja matka. Mój brat. Oni są w takiej sytuacji, a my z tobą…
— A my z tobą co? — poczuła, jak w środku zaczyna się gotować coś ciemnego i ciężkiego.
— U nas też wszystko idealnie, tak? U nas łazienka nie przecieka? Płytki się nie sypią? Fugi nie poczerniały tak, że żadna chemia nie pomaga?
— No możemy jeszcze rok poczekać, to przecież nie śmiertelne!
Marina zamknęła oczy i głęboko odetchnęła. Nie wolno się załamywać. Nie wolno krzyczeć. Trzeba spokojnie, po dorosłemu.
— Dima, pozwól, że ci przypomnę. We wrześniu twoja matka mieszkała u nas dwa tygodnie, bo w jej mieszkaniu wymieniali rurę.
Gotowałam dla trzech osób, sprzątałam, prałam jej bieliznę. W październiku twój brat wziął nasz samochód na miesiąc, bo rzekomo był mu potrzebny do pracy.
Pracy, z której potem go zwolnili za pijaństwo, nawiasem mówiąc. W listopadzie twoja matka poprosiła „na pożyczkę” trzydzieści tysięcy na leki.
Nie oddała ich do dziś. Na Nowy Rok kupiliśmy im prezenty za dwadzieścia pięć tysięcy, bo powiedziałeś — no przecież nie można tak, to bliscy ludzie, nie możemy im byle czego podarować.
— Co to ma z tym wspólnego?
— To, że twoja rodzina od lat żyje na nasz koszt! — podniosła głos, mimo obietnicy, że nie będzie krzyczeć.
— A kiedy tylko próbuję choć trochę zaprotestować, zaczynasz mnie zawstydzać.
Mówisz, że jestem bezduszna, że to rodzina, jak można im nie pomóc.
Dymitr postawił kubek na stoliku kawowym z takim hukiem, że herbata się rozlała.
— Tak, mówię! I będę mówił! Bo to prawda!
Myślisz tylko o sobie, o swoim komforcie, o jakiejś tam łazience, kiedy mojej matce jest sześćdziesiąt lat i zasłużyła na spokojną starość!
— A ja na nic nie zasłużyłam? — głos Mariny zadrżał.
— Pracuję sześć dni w tygodniu, potem wracam do domu i gotuję, sprzątam, piorę.
W weekendy biorę dodatkowe zmiany, żebyśmy mogli cokolwiek odłożyć.
Dwa lata temu zrezygnowałam z kursów doszkalających, bo twoją matkę rozbolały zęby i potrzebowała drogiej korony. Ja…
— Marina, dość! — махnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.
— Specjalnie teraz wrzucasz wszystko do jednego worka, żebym poczuł się winny.
Moja rodzina zawsze była gotowa pomóc. Pamiętasz, kiedy twój ojciec trafił do szpitala, kto pierwszy pomógł pieniędzmi?
— Dima, mój ojciec zmarł cztery lata temu. Twoja matka dała nam pięćdziesiąt tysięcy, które oddaliśmy po trzech miesiącach. To był jedyny raz przez wszystkie te lata.
— No właśnie, widzisz! Pomogli przecież!
Marina podeszła do kanapy i opadła na nią. Siły nagle ją opuściły.
— Ty nie chcesz słuchać — powiedziała cicho. — Ty w ogóle nigdy nie chcesz mnie słuchać.
Dla ciebie istnieje tylko twoja matka i twój brat. A ja… Ja mam być po prostu wygodna.
Mam się zgadzać, uśmiechać i oddawać wszystko, co mamy.
Dima usiadł obok, jego głos złagodniał:
— Marinka, no co ty. Kocham cię. Po prostu zrozum, to są moi bliscy.
Nie mogę im odmówić. Zwłaszcza teraz, kiedy Sierioża ma taki okres.
To dorosły facet, wstyd mu mieszkać u matki. Trzeba mu pomóc stanąć na nogi.
— Sierioża ma trzydzieści dwa lata — zmęczonym głosem powtórzyła Marina. — Trzeci raz w ciągu pięciu lat wylatuje z pracy.
Za każdym razem z tego samego powodu — przychodzi pijany.
Nie ma żadnej chęci, żeby coś zmieniać, bo wie: mama zawsze go przygarnie, a ty zawsze dasz pieniądze. Po co się starać?
— Nie masz prawa tak mówić o moim bracie!
— Mam prawo mówić prawdę. Zwłaszcza kiedy ta prawda dotyczy naszych pieniędzy i naszego życia.
Dima wstał i zaczął chodzić po pokoju. Marina widziała, jak pracują mięśnie na jego szczękach. To oznaczało, że jest wściekły, ale próbuje się powstrzymać.
— Dobrze — powiedział w końcu, a w jego głosie pojawiła się chłodna stanowczość. — To ustalmy tak.
Albo zgodzisz się pomóc mojej rodzinie, albo przestaję z tymi wszystkimi próbami poczęcia dziecka.
Marina znieruchomiała. Przez kilka sekund tylko patrzyła na niego, nie wierząc w to, co usłyszała.
— Co ty właśnie powiedziałeś?
— Słyszałaś. Od dwóch lat próbujemy, nic nie wychodzi. Ty chcesz dziecka — wiem o tym.
Ja też chcę. Ale jeśli nie potrafisz choć trochę wejść w sytuację mojej rodziny, to może w ogóle nie powinniśmy mieć dzieci.
Bo dziecku potrzebna jest matka, która umie myśleć nie tylko o sobie.
Coś w środku Mariny cicho kliknęło i wskoczyło na swoje miejsce.
Jakby długo szła ciemnym korytarzem, po omacku, obijając się o ściany, a teraz nagle wyszła na światło.
I zobaczyła wszystko takim, jakie jest naprawdę.
— Skoro stawiasz ultimatum, to odchodzę od ciebie — powiedziała.
Głos brzmiał równo i spokojnie, a ten spokój zdziwił ją samą. Po prostu była zmęczona byciem uległą.
Dymitr odwrócił się do niej z niedowierzającym uśmiechem:
— Co ty bredzisz? Jakie „odchodzę”?
— Najbardziej dosłowne. Odchodzę od ciebie. Złożę pozew o rozwód.
— Marisza, przestań wygłupiać się. Chcesz mnie przestraszyć? No dobrze, dobrze, poniosło mnie. Żadnych ultimatum.
— Dima, ja się nie wygłupiam — wstała i spojrzała mu w oczy. — Teraz wreszcie zrozumiałam, co się dzieje.
Od dwóch lat nie możemy począć dziecka. Przeszłam wszystkie badania.
U mnie wszystko w porządku, lekarze mówią, że problem nie leży po mojej stronie. A ty odmawiasz zbadania się. Dlaczego?
— Już to omawialiśmy. W mojej rodzinie wszyscy mężczyźni są zdrowi, wszyscy mieli dzieci.
Dziadek miał pięcioro, ojciec dwoje. Problem na pewno nie jest we mnie.
— Na pewno nie w tobie — powtórzyła. — Chociaż odmawiasz oddania nawet najprostszego badania.
Bo jeśli nagle okaże się, że problem jest w tobie, runie cała ta iluzja o zdrowych facetach w rodzinie.
I będziesz musiał przyznać, że nie jesteś aż tak idealny, jak chcesz myśleć.
— Marina, to bzdura!
— To prawda. Tak samo jak to, że od lat mnie wykorzystujesz. Pracuję, zarabiam, inwestuję pieniądze w ten dom, w nasze życie.
A ty raz za razem oddajesz wszystko swojej matce i bratu. Chciałam dziecka. Marzyłam o własnej rodzinie.
A zamiast tego żyję w jakiejś równoległej rzeczywistości, gdzie mam obsługiwać dorosłych mężczyzn, którzy nie potrafią nawet naprawić sobie łazienki ani utrzymać pracy.
— Tak, stop! — Dymitr w końcu uświadomił sobie powagę sytuacji. — Marina, spokojnie. Rozumiem, że jesteś zmęczona.
Może naprawdę powinnaś wziąć wolne, odpocząć? Wszyscy czasem mówimy coś w emocjach…
— Ja nie mówię w emocjach, Dima. Myślałam o tym od dawna. Po prostu brakowało mi odwagi przyznać przed samą sobą, że nasze małżeństwo to nie jest małżeństwo.
To wygodna dla ciebie konstrukcja, w której gram rolę niańki i portfela dla twojej rodziny.
A moje pragnienia, moje marzenia, moje życie — to wszystko nie ma żadnego znaczenia.
Poszła do sypialni i wyjęła z pawlacza starą torbę sportową.
— Co ty robisz? — Dymitr stał w drzwiach i po raz pierwszy tego wieczoru w jego głosie zabrzmiała niepewność.
— Pakuję się. Przenocuję u Leny, a jutro zacznę szukać wynajmowanego mieszkania.
— Marisza, no poczekaj! Przecież możemy to wszystko omówić!
— Dyskutować jest już za późno. Przez dwa lata próbowałam dyskutować.
Za każdym razem, gdy twoja matka albo brat czegoś chcieli, starałam się tłumaczyć, że my też mamy plany, że my również musimy pomyśleć o sobie.
I za każdym razem mówiłeś mi, że jestem egoistką. Że rodzina to świętość.
Ale pod słowem „rodzina” z jakiegoś powodu rozumiesz tylko swoją matkę i brata. A ja w tej rodzinie jakby w ogóle nie istniałam.
Marina zaczęła pakować rzeczy do torby. Dmitrij wszedł do pokoju.
— Dobrze! Dobrze, nie będę im dawał pieniędzy! Zrobimy łazienkę, dobrze? Tylko nie odchodź.
Zatrzymała się i odwróciła do niego:
— Dima, ty naprawdę nie rozumiesz? Nie chodzi o pieniądze na łazienkę. Chodzi o to, że właśnie mnie szantażowałeś dzieckiem.
Powiedziałeś, że zrezygnujesz z prób poczęcia dziecka, jeśli nie oddam wszystkiego, co uzbieraliśmy, twojej rodzinie.
Użyłeś mojego największego marzenia jako narzędzia manipulacji. I to… to po prostu przekreśla wszystko.
— Ja cię nie szantażowałem! Chciałem tylko, żebyś zrozumiała, że…
— Że moje pragnienie posiadania dzieci jest mniej ważne niż chęć twojego brata, żeby zrobić remont? Zrozumiałam. Wszystko zrozumiałam.
Dmitrij opadł na skraj łóżka.
— Nie chciałem tak, — wymamrotał. — Po prostu mama dzwoniła, płakała.
Mówiła, że Sieriożce jest bardzo źle, że ma depresję. Że jeśli mu teraz nie pomożemy, to zupełnie się stoczy.
— Sierioża stoczył się już dawno, — powiedziała twardo Marina.
— I będzie się staczał dalej, bo ty z matką ciągle mu wszystko ułatwiacie.
Nie chce pracować — karmicie go. Przepija pensję — dajecie mu pieniądze.
W wieku trzydziestu dwóch lat nie potrafi wynająć mieszkania — zaczynacie remont cudzym kosztem. Dokładniej mówiąc, moim kosztem.
— Marina, to jest moja rodzina…
— A ja? Kim ja jestem? Od siedmiu lat jestem twoją żoną. Czy ja nie jestem rodziną?
Milczał. I w tym milczeniu była odpowiedź na wszystkie jej pytania.
Marina zapięła torbę.
— Zadzwonię do prawnika. Mieszkanie jest zapisane na ciebie, nie będę niczego żądać. Tylko rozwód.
— Zaczekaj, a co z dzieckiem? Przecież tak bardzo chciałaś…
Spojrzała na niego długim spojrzeniem.
— Chciałam dziecka z człowiekiem, który mnie kocha. Z człowiekiem, dla którego jestem ważna.
A ty… Ty kochasz swoją matkę i brata. To twój wybór i ja go szanuję. Ale żyć w tym trójkącie już nie mogę i nie chcę.
Marina wyszła z mieszkania, nie oglądając się. Na zewnątrz było zimno, śnieg zaczął padać dużymi, mokrymi płatami.
Wezwała taksówkę i usiadła na ławce przy klatce.
Telefon zawibrował — Dmitrij pisał wiadomości. Najpierw wściekłe, oskarżające. Potem błagalne. Potem znów wściekłe. Nie odpowiadała.
Dziwne uczucie — jakby z ramion spadł ogromny ciężar. Po raz pierwszy od dawna Marina czuła, że może oddychać pełną piersią.
Przed nią było nie wiadomo co. Wynajmowane mieszkanie, być może przez jakiś czas problemy finansowe. Rozwód.
Ale przed nią była też wolność. Możliwość życia dla siebie.
Możliwość spotkania człowieka, który będzie ją cenił nie jako źródło pieniędzy i darmowej siły roboczej, lecz jako partnerkę.
Taksówka podjechała po dziesięciu minutach.
Minęło półtora roku.
Marina siedziała w kawiarni naprzeciwko pracy i piła cappuccino, przeglądając wiadomości w telefonie.
Ręka odruchowo spoczęła na zaokrąglonym brzuchu — szósty miesiąc ciąży, już wkrótce schylanie się stanie się trudne.
— Cześć, Mariszka, — znajomy głos sprawił, że podniosła głowę.
Dmitrij stał przy jej stoliku z niezręcznym uśmiechem. Bardzo się zmienił — postarzał się, wychudł, pojawiły się głębokie zmarszczki wokół ust.
— Cześć, Dima, — skinęła głową. — Usiądź, jeśli chcesz.
Niepewnie opadł na krzesło naprzeciwko.
— Słyszałem, że wyszłaś za mąż.
— Tak. Osiem miesięcy temu.
— I od razu… — skinął w stronę jej brzucha.
— Tak, od razu, — uśmiechnęła się. — Dwa miesiące po ślubie się dowiedzieliśmy.
Dmitrij patrzył na swoje dłonie, ściskające krawędzie stołu.
— Czyli jednak problem był we mnie, — powiedział głucho.
— Wygląda na to, — Marina nie zaczęła kłamać ani pocieszać.
— Potem się przebadałem. Już po tym, jak się rozwiedliśmy. Lekarz powiedział…
W skrócie, dało się to wyleczyć. Trzeba było tylko zgłosić się na czas.
Zamilkli.
— Jak twoja matka? Sierioża? — zapytała Marina raczej z grzeczności.
— W porządku. Remont zrobili, swoją drogą. Sierioża znalazł nową pracę, podobno na razie się trzyma. Mama zdrowa, kazała przekazać pozdrowienia, jeśli cię zobaczę.
— Przekaż ode mnie również.
Kolejna przerwa, ciężka i niezręczna.
— Marina, ja… Chciałem powiedzieć. Miałaś rację. We wszystkim. Wykorzystywałem cię.
Nie doceniałem. Myślałem tylko o mamie i bracie, a na ciebie było mi wszystko jedno. Wybacz.
Spojrzała na niego — na tego kiedyś ukochanego człowieka, z którym przeżyła siedem lat. I nie poczuła ani złości, ani urazy. Tylko spokój.
— Wybaczam ci, Dima. Już dawno ci wybaczyłam.
— Dziękuję, — wstał. — No, pójdę już. Szczęścia ci życzę. I maluszkowi.
— Dziękuję.
Marina patrzyła, jak odchodzi — zgarbiony, postarzały, z pustymi oczami.
A potem jej wzrok padł na telefon, gdzie na ekranie blokady świeciło zdjęcie: ona i Anton w sanatorium, obejmują się i śmieją.
Anton. Jej mąż. Człowiek, który od pierwszego dnia traktował ją jak równą sobie.
Który zaraz po ich poznaniu poszedł zbadać zdrowie, gdy opowiedziała mu o poprzednim małżeństwie.
Który mówił „nasze pieniądze”, a nie „moje” i „twoje”.
Który pytał ją o zdanie w każdej sprawie. Który był szczęśliwy z powodu ciąży nie mniej niż ona sama.
Marina dopiła kawę, zostawiła napiwek i wyszła na ulicę. Był początek września, ciepły, słoneczny dzień.
Czekał ją zwyczajny dzień pracy, potem dom, kolacja z mężem, rozmowy o przyszłości, o tym, jakiego koloru kupić wózek i jak nazwać malucha.
Zwyczajne życie. Ale jakie szczęśliwe.
Uśmiechnęła się do swoich myśli i ruszyła w stronę przystanku.
Gdzieś tam, w przeszłości, została uległa Marina, która bała się sprzeciwić, bała się domagać szacunku dla siebie, bała się odejść.
A tutaj, w teraźniejszości, szła zupełnie inna kobieta — wolna, kochana i szczęśliwa.
I wszystko to dzięki temu, że pewnego dnia znalazła w sobie siłę, by powiedzieć: „Skoro stawiasz ultimatum, to odchodzę od ciebie”.







