— Nic nie będę sprzątała. Zaraz zadzwonię do Olega, on ci przemówi do rozumu, miejska puszczalska! — oświadczyła ciotka…

Inna zatrzymała się na progu letniej werandy i

przez kilka sekund w milczeniu patrzyła na

widok, jaki się jej ukazał.

Na świeżo umytej podłodze z jasnych desek

leżały tłuste bryły czarnej ziemi.

W rogu piętrzył się stos ocynkowanych wiadra.

Tuż obok były zwałowane stare,butwiející deski, kawałek zardzewiałej metalowej siatki, łuszcząca się drabina i ogromny worek z obornikiem, od którego po całej werandzie ciągnął się ostry, kwaśny zapach.

Dom kupili z Olegiem trzy lata temu.

Dla zakupu musieli wpakować się w poważne długi, a potem długo oszczędzać praktycznie na wszystkim, aby stopniowo przekształcić zaniedbany budynek w normalne mieszkanie.

Ich działka przylegała bezpośrednio do ogródka ciotki Olega, Raisy Wasiljewny.

Między dwoma terenami w siatce ogrodzeniowej była furtka, której nikt prawie nigdy nie zamykał.

Tak to się układało jeszcze na długo przed pojawieniem się tu Inny.

Najpierw Raisa Wasiljewna czasem przychodziła prosić o sól lub jakąś inną drobnostkę.

Potem zaczęła stawiać na słonecznej stronie działki swoją młodą rozsadę.

Do połowy maja drewnianymi skrzynkami była zastawiona prawie połowa schodków.

A dzisiaj rano Inna odkryła, że przestronna, jasna weranda ostatecznie zamieniła się w prywatny skład gospodarczy krewnej męża.

Jeszcze mogłaby przemilczeć, gdyby przechodząc obok, nie zahcziła nogą o cudzy worek i o mało nie rozdarła domowych spodni o ostry koniec drutu.

Na tym cierpliwość się skończyła.

Inna gwałtownie się odwróciła i ruszyła do kuchni.

— Oleg!

Mąż siedział przy stole, z zapałem coś kartkował w telefonie i jadł jajecznicę, popijając chlebem.

Słysząc żonę, niechętnie uniósł głowę.

— Czego ty od rana już hałasujesz?

— Idź i zobacz, w co zamienili naszą werandę — odpowiedziała sucho Inna.

Oleg wyters ręce papierową serwetką, wstał i wyszedł za żoną.

Na ganiku wzdrygnął się od porannego chłodu.

Spojrzał na brudne skrzynki, wiadra i inny bałagan.

— No i co w tym takiego? — wymownie przeciągnął. — W końcu ciotka.

Niezręcznie jest się z nią kłócić.

U niej na działce z powodu starych jabłoni prawie wszędzie jest cień, tam porządnie nic nie rośnie.

— Niezręcznie to spać na suficie.

Inna już chciała skrzyżować ręce na piersi, ale w porę się zatrzymała i po prostu schowała dłonie w kieszenie bluzy.

— Mieliśmy tu postawić stolik kawowy.

Huśtawkę do odpoczynku.

Wczoraj przez dwie godziny myłam tę podłogę!

A dzisiaj jest tu jakiś rolniczy skład.

Od worka tak śmierdzi, że zapach dociera już do kuchni.

— Inn, no nie zaczynaj, co? — skrzywił się niezadowolony Oleg.

— Ona mnie karmiła łyżeczką, jak byłam mały.

W końcu rodzina.

Niech stoją te wiadra.

W czym ci przeszkadzają?

Inna innej odpowiedzi się nie spodziewała.

Oleg zawsze starał się omijać konflikty szerokim łukiem.

Łatwiej było mu udawać, że nic się nie dzieje, ustąpić, przemilczeć lub wytrzymać, byleby wokół nikt nie podnosił głosu i nie zmuszał go do podejmowania twardych decyzji.

— Mnie przeszkadzają.

— Wiesz, kochanie — Oleg przemówił nieco łagodniej, niemal podstępnie — dlaczegoś zapominasz, ile nam pomagała.

Kto nam dał dziesiątkę na pralkę, żeby nie prać ręcznie, kiedy dopiero co wzięliśmy ślub?

Ciotka Raja.

A teraz ty z powodu kilku skrzynek robić awanturę.

— Tę dziesiątkę oddałam jej po miesiącu, z pierwszej wypłaty! — odparła natychmiast Inna.

— I nie zamierzam do starości słuchać przypomnień o tej pralce.

To mój teren.

I tu będą moje zasady.

Zeszła po schodkach, podeszła do ogrodzenia z siatki i głośno zawołała sąsiadkę.

Po kilku sekundach z poliwęglanowej szklarni pokazała się Raisa Wasiljewna.

Miała na sobie wyblakłą bawełnianą koszulę, głowę osłaniała pstrokata chusta.

Kobieta otrzepała ziemię z gęstych roboczych rękawic i niespiesznie podeszła do ogrodzenia.

— Czego się wydzierasz, sąsiadeczko? — z chytrym mrużykiem zapytała.

— Raiso Wasiljewno — Inna starała się utrzymać głos w spokoju.

— Bardzo panią proszę.

Do wieczora proszę zabrać wszystkie swoje rzeczy z naszej werandy.

Skrzynki, wiadra, nawozy — wszystko proszę zabrać.

Raisa Wasiljewna natychmiast się wyprostowała.

Jej uśmiech zniknął tak szybko, jakby go wcale nie było.

— A to niby z jakiej racji?

— Z takiej, że to nasza weranda.

Inna spokojnie wytrzymała jej ciężkie spojrzenie.

— Planujemy tu odpoczywać, a nie urządzać skład.

— I patrzcie, jaka fifa się znalazła! — oburzyła się Raisa Wasiljewna.

Gwałtownie ściągnęła rękawicę.

Na palcu lśnił duży lakierowany sygnet z kamieniem.

— Odpoczywać jej się zachciało!

A moja rozsada gdzie, według ciebie, powinna stać?

Oleg mi pozwolił!

— Oleg może sobie pozwalać na cokolwiek w pracy albo we własnym samochodzie — odpowiedziała twardo Inna.

— A tu gospodynią jestem ja.

Zróbmy to bez zbędnych rozmów.

Po prostu zabierzcie swoje wiadra i całą resztę.

Raisa Wasiljewna zapłonęła.

— Oto i wdzięczność!

Krewni się znaleźli!

Przecież ja Oleżka niańczyłam od dziecka!

Dawałam wam dziesiątkę, kiedy niemal głodowaliście!

— Oddaliśmy pani te pieniądze po miesiącu, Raiso Wasiljewno — wyraźnie powiedziała Inna.

— A ty, miejska puszczalska, przyszłaś na gotowe i jeszcze ustaliasz tu swoje porządki? — nie dawała za wygraną ciotka.

Chwyciła palcami za oczka metalowej siatki.

— To dom Oleżka!

A ty tu jesteś nikim!

— Ten dom doprowadzałam do porządku za swoje świadczenia macierzyńskie i roczne premie — odpowiedziała ostro Inna.

— Płaciłam za nowy dach i zmieniałam podłogi, podczas gdy wasz Oleżek szukał pracy.

Daję wam czas do ósmej wieczorem.

Potem wszystko, co zostanie na werandzie, po prostu wyniosę za furtkę.

— Tylko spróbuj! — wrzasnęła Raisa Wasiljewna.

Tak gwałtownie kręciła głową, że pstra chusta prawie zjechała na bok.

— I patrzcie, co wymyśliła!

Nic nie będę sprzątała!

Oleżek!

Olka-a-a!

Chodź tu!

Zobacz, co wyprawia twoja żona!

Oleg niemal wyskoczył na ganek.

Najpierw zdezorientowany spojrzał na Innę, potem przeniósł wzrok na zaczerwienioną ze złości ciotkę.

— Ciociu Raju, no naprawdę — mruczał winny — zabierzcie te skrzynki.

Naprawdę chcieliśmy tam postawić stół.

Inna się złości.

— Stół im się zachciał! — złośliwie przedrzeźniła Raisa Wasiljewna.

— Zjedlibyście w kuchni w domu, nic by się wam nie stało!

A ja muszę ratować zbiory.

Ech, Oleżek, słaby z ciebie mężczyzna.

Żona kręci tobą, jak chce.

Z tymi słowami ciotka dumnie się odwróciła i ruszyła z powrotem do swojej szklarni.

Furtka za nią trzasnęła tak mocno, że z najbliższej jabłoni sypnęły się jeszcze zielone liście.

Inna nie kontynuowała sporu.

Nie widziała sensu w dalszych kłótniach.

Wróciła do domu, otworzyła laptopa i zajęła się pracą.

Bliżej południa zachciało jej się pić.

Inna wyszła do kuchni i przez uchylone okno nagle usłyszała ciche głosy.

Przy wspólnej furtce stał Oleg i o czymś półgłosem rozmawiał z Raisą Wasiljewną.

— …no niech wszystko stoi do jesieni, ciociu Raju — przymilnie mówił mąż.

— Wścieknie się i uspokoi.

Przecież ją znacie, jest porywcza.

Wieczorem sam powiem, że wszystko z wami ustaliliśmy.

Nie taszczcie ciężkich rzeczy.

— I bardzo dobrze, Oleżek — słodkim głosem odpowiedziała Raisa Wasiljewna.

— Mężczyzna w domu jest gospodarzem, a nie ta miejska Histeryczka.

Inna zamarła, nawet nie donosząc filiżanki do ust.

Więc tak to wygląda.

Mężczyzna w domu jest gospodarzem.

Oni już o wszystkim zadecydowali.

Bez słowa odstawiła filiżankę z powrotem na blat.

Nie wychodziła do nich i nie wszczynała kolejnej awantury.

Po prostu doczekała wieczora.

Punktualnie o ósmej Inna przebrała się w stare tenisówki, włożyła gęste rękawice gospodarcze i wyszła na werandę.

Oleg w tym czasie siedział w salonie i oglądał filmiki.

Inna spokojnie zabrała się za wynoszenie cudzych rzeczy.

Najpierw skrzynki z rozsadą.

Potem ciężkie ocynkowane wiadra.

Zaraz potem brudne deski i zardzewiałą siatkę.

Starała się pracować ostrożnie, żeby ziemia nie rozsypała się po ścieżce.

Cały dobytek Raisy Wasiljewny Inna układała po jej stronie — od razu za wspólną furtką, prosto na płytki.

Ostatni został ten wielki worek z obornikiem.

Okazał się tak ciężki, że nie udało się go unieść.

Inna zaparła się nogami o stopień i pociągnęła worek wlokąc go za sobą.

Gruba folia głośno szeleszczyła po drewnianej podłodze.

W tej samej sekundzie drzwi sąsiedniego domu otworzyły się na oścież.

Raisa Wasiljewna wyleciała na zewnątrz tak gwałtownie, jakby oblano ją wrzątkiem.

Za plecami ciotki pokazała się sąsiadka Kławdija, która najwyraźniej wpadła do niej na herbatę.

— Co ty wyprawiasz, ty ścierwo jedna?! — wrzeszczała rozpaczliwie Raisa Wasiljewna.

— Ostrzegałam: do ósmej wieczorem — odpowiedziała spokojnie Inna.

— Czas minął.

Zepchnęła ciężki worek za furtkę.

— Oleżek! — zawyła ciotka.

Po kilku sekundach z domu wyskoczył Oleg.

Widząc spory stos dobytku ciotki na ścieżce, mimo woli wciągnął głowę w ramiona.

— Inn, ty oszalałaś? — szeptał gorączkowo, zbliżając się do żony.

— Przecież z nią ustaliłem!

Prosiłem zostawić wszystko do jesieni!

— Ty ustaliłeś — to ty zostawiaj do jesieni — powiedziała głośno Inna, żeby usłyszały ją i Raisa Wasiljewna, i Kławdija.

— Ale na mojej werandzie tego złomu nie będzie.

— Bezwstydnica! — dręczyła się ciotka, machając rękami.

— Naślę na was klątwę!

Przeklnę wasz dom!

Sami przyczołgacie się do mnie po ziemniaki!

Inna nic nie odpowiedziała.

Po prostu zamknęła furtkę, zd zdjęła rękawice, wyrzuciła je do kosza na śmieci i wróciła do domu.

Noc minęła niespokojnie.

Oleg długo się przewracał, ciężko wzdychał i próbował dotrzeć do sumienia żony.

— I jak my mamy tu teraz żyć? — jęczał w ciemności.

— Teraz zacznie się prawdziwe piekło.

Ona codziennie przez siatkę będzie nas przeklinać.

W końcu rodzina.

Dlaczego byłaś taka surowa?

— Śpij, Oleg — urwała krótko Inna.

Podjęła już decyzję.

Prawdziwa burza zaczęła się punktualnie o ósmej rano.

Tylko najpierw wcale nie odezwał się wrzask Raisy Wasiljewny.

Z ulicy dobiegł ciężki ryk silnika.

Podjechała ciężarówka.

Potem głośno zadźwięczał metal.

Inna szybko zarzuciła wiatrówkę i wyszła na ganek.

Trzej rośli robotnicy w kombinezonach rozładowywali już metalowe słupy i olbrzymie arkusze brązowej blachy trapezowej.

Starszy z mężczyzn, trzymający w rękach tablet, podszedł bliżej bramy.

— Gospodarze!

Wyznaczamy linię prosto wzdłuż starej siatki?

— Tak — odpowiedziała Inna.

Wyciągnęła telefon.

— Zaraz przeleję za pracę.

Materiały są już opłacone.

W tym momencie sąsiednia furtka prawie zerwała się z zawiasów od silnego uderzenia.

Na podwórko wdarła się Raisa Wasiljewna.

Bez chusty, z rozpuszczonymi włosami i wykrzywioną z wściekłości twarzą.

— Co to ma być?! — krzyknęła, wskazując drżącym palcem na robotników z wiertnicą.

— Coście tu urządzili, hultaje?!

— Płot stawiamy — odpowiedziała spokojnie Inna, schodząc z ganku.

Schowała ręce w kieszenie wiatrówki.

— Pełny.

Dwa metry wysokości.

Żeby rzucał cień na wasze bezcenne pomidory.

— Jaki znowu płot?! — Raisa Wasiljewna sczerwieniała tak mocno, że kolorem twarzy prawie dorównywała przyszłemu ogrodzeniu.

— Przecież tu od zawsze była furtka!

Przecież jesteśmy rodziną!

Nie jesteśmy obcymi ludźmi, żeby ogradzać się od siebie żelazem!

— Obcymi, Raiso Wasiljewno — ucięła Inna.

— Od dzisiaj całkowicie obcymi.

Nie potrzebuję miejskich puszczalskich na swojej działce.

— Ja… my…

Ciotka dosłownie straciła mowę.

Bezsile spojrzała na robotników, ale ci właśnie montowali wiertnicę spalinową wzdłuż linii starej siatki i wcale nie zamierzali wtrącać się w konflikt rodzinny.

— Oleg!

Ole-e-ek!

Natychmiast wyjdź tutaj!

Oleg niemal wypadł z drzwi.

Nadal był w domowym ubraniu.

Przestraszony spojrzał na żonę, potem na ciotkę, a następnie na pokaźny stos metalu przy bramie.

— Inn, o co chodzi? — głos męża zdradziecko załamał się prawie do pisku.

— No naprawdę…

Tyle pieniędzy wydałaś.

Wzięłaś z zaskórniaków?

Po co w ogóle pełny płot?

— Po to, Oleg, że mam dość życia na podwórku przechodnim.

Inna podeszła do męża niemal na odległość dotknięcia.

— Chcę rano spokojnie wychodzić na własną werandę w szlafroku i nie potykać się o cudzy obornik.

I nie chcę słuchać, jak obmawiają mnie z Kławdiją.

— Ale to przecież ciocia Raja! — próbował zaprotestować Oleg.

Przeszedł na rozpaczliwy szept:

— Jak my jej teraz spojrzymy w oczy?

— Możesz patrzeć, ile chcesz, przez uliczną furtkę — odpowiedziała złośliwie Inna.

— A jeśli ta więź jest ci tak bardzo potrzebna, pakuj manatki i przeprowadź się do niej do szklarni.

Nikt cię nie trzyma.

Ja zaś będę żyła na swoim zamkniętym terenie.

Jeden z robotników uruchomił narzędzie.

Silnik ryczał tak głośno, że słowa Raisy Wasiljewny natychmiast utonęły w hałasie.

Ciotka jeszcze przez chwilę stała w miejscu, teatralnie machając rękami.

Próbowała coś przekrzyczeć ponad ryk, ale wkrótce splunęła pod nogi, gwałtownie się odwróciła i poszła do siebie, głucho trzaskając drzwiami.

— Zupełnie oszalałaś — wymamrotał Oleg, patrząc, jak olbrzymie wiertło wchodzi w ziemię.

— Teraz cała rodzina będzie gadać, że się odgrodziliśmy.

— Niech gadają — rzuciła spokojnie Inna i ruszyła do domu.

Oleg zamilkł.

Konflikt z ciotką nadal go przerażał.

Ale perspektywa pakowania walizek i wyprowadzki z przytulnego, wyremontowanego domu przerażała znacznie bardziej.

Postał jeszcze chwilę przy ganku, a potem posłusznie ruszył do kuchni.

Po tygodniu wysoki brązowy płot całkowicie zasłonił sąsiedni ogród.

Na starannie umytej letniej werandzie stał teraz nowy stolik kawowy i dwa wiklinowe fotele.

Na stole dymiły gorące serniczki.

Inna piła poranną kawę i z przyjemnością patrzyła na czyste, jasne deski podłogi.

Ani worka z obornikiem.

Ani cudzych skrzynek.

I co najważniejsze — żadnej cioci Raji z nieskończonymi uwagami i pouczeniami.

Oleg wyszedł z domu, zaspanie się przeciągając.

Usiadł w drugim fotelu, wziął serniczek i zerknął na głęboką metalową ścianę.

— Wiesz — odezwał się zamyślony, gryząc kęs — a bez tej furtki nawet mniej przeciąga.

Jakoś przytulniej.

Inna uśmiechnęła się i dolała mężowi kawy.

Mit Freunden teilen