Od rodziny się nie rezygnuje, nazwałaś się żoną – bądź łaskawa nakładać do stołu szybciej…

— Wiktorio, ja absolutnie niczego nie rozumiem.

A gdzie jedzenie?

W głosie Stasa, dobiegającym z telefonu,

dzwoniło takie oburzenie, jakby w domu wydarzył

się prawdziwy wypadek losowy. Gdzieś w pobliżu

niezadowolone rozmawiali ludzie, trzaskały drzwiczki szafek kuchennych, ktoś z irytacją o coś pytała.

Wiktoria spokojnie poprawiła miękki dzianinowy pled leżący na jej kolanach. Za oknem autobusu przelatywały jeden po drugim wysokie sosny zalane ciepłym porannym słońcem.

— Jakie dokładnie jedzenie, Stasie? — zapytała powściągliwie, nawet nie zmieniając pozycji.

— W sensie jakie?! Zwykłe! — niemal wrzasnął mąż, przez co głośnik telefonu zatrzeszczał. — Mama przyjechała, Gleb z Kariną przyjechali. Wszyscy stoimy w kuchni, otworzyliśmy lodówkę, a tam pustka! Gdzie podziałaś produkty?

— Nigdzie ich nie podziałam. Po prostu tym razem niczego nie kupiłam. I gotować też nie zaczęłam.

Na drugim końcu zapadła cisza.

Potem Wiktoria usłyszała stłumione, oburzone mamrotanie. Sądząc po intonacji, Alewtina Makarowna już interesowała się tym, co się dzieje.

— Poczekaj… Jak to niczego nie ugotowałaś? — w końcu wycisnął ze siebie Stas. — Przecież dzisiaj jest sobota! Mamy rodzinny obiad! A sama gdzie właściwie jesteś?

— Jedzę do sanatorium „Sosnowy Bór”. Na dwa tygodnie. Jeszcze w czwartek ci powiedziałam, że kupiłam bilet.

Wiktoria zamknęła oczy i mimo woli przypomniała sobie, od czego trzy lata temu zaczęła się ta nieskończona historia.

Wtedy Alewtina Makarowna właśnie przeszła na emeryturę i nagle postanowiła, że jej synowie spędzają ze sobą zbyt mało czasu. Według opinii teściowej, rodzina pilnie potrzebowała stać się bardziej zżytą.

Dlatego pewnego razu zebrała wszystkich u starszego syna w niedużym jednopokojowym mieszkaniu i z ważną miną ogłosiła nowe rodzinne porządki.

— Krewni powinni trzymać się razem — pouczając, mówiła, zapinając rozpięty guzik na swetrze. — Dlatego od dzisiaj w każdą sobotę o godzinę trzynastą spotykamy się całą rodziną. Będziemy siedzieć razem, rozmawiać, z wnukami obcować. Bo inaczej każdy sam sobie, jakby zupełnie obcy.

— Mamo, świetny pomysł! — jako pierwszy poparł ją Stas.

Wiktoria sprzeciwiać się wtedy nie zaczęła.

Nic strasznego w propozycji teściowej nie dostrzegła. Tym bardziej, że gotować Wiktoria lubiła. Dobrze wychodziły jej szarlotki, pieczone mięso, domowe sałatki i inne dania.

Pierwsze kilka tygodni te rodzinne spotkania nawet jej się podobały.

Tylko wkrótce okazało się, że dobry początek stopniowo zamienia się w coś zupełnie innego.

Najpierw do sobotnich biesiad ostatecznie dołączył młodszy brat Stasa — Gleb. Potem ożenił się z Kariną.

Karina okazała się dość wymagająca w jedzeniu. Wieprzowiny nie spożywała, za to chciała indyka. Zwykłe warzywa też jej szczególnie nie odpowiadały — nawet zimą wolała świeże sałatki.

Później u Gleba i Kariny jeden po drugim pojawiło się dwóch chłopców. Hałaśliwych, niespokojnych i nieustannie biegających po mieszkaniu.

Tak rodzinna tradycja stopniowo zamieniła się dla Wiktorii w prawdziwą darmową restaurację.

Tyle że restauracja ta była niezwykła: Wiktoria jednocześnie pełniła obowiązki kucharki, kelnerki, sprzątaczki i zmywarki.

Każdego piątku po dniu pracy nie wracała do domu odpoczywać, jak reszta. Zamiast tego jejechała po zakupy.

Do domu Wiktoria wracała, objuczona ciężkimi torbami. Mięso, drób, ser, wędlina, warzywa, owoce dla dzieci, produkty do sałatek, coś do herbaty.

Stas w tym czasie najczęściej wygodnie rozsiadał się na kanapie i przeglądał wiadomości w telefonie.

— Stas, pomóż chociaż rozebrać torby — poprosiła pewnego razu Wiktoria, zatrzymując się w przedpokoju i opierając się o ościeżnicę drzwi.

— Wiku, zmęczyłem się dzisiaj okropnie — nie podnosząc się z kanapy, odpowiedział on. — Sama nie możesz? Pracy tam na jakieś pięć minut.

Ona oczywiście mogła.

I rozpakowywała wszystko sama.

A potem cały piątkowy wieczór stała w kuchni. Obierała warzywa, marynowała mięso, kroiła składniki do sałatek, przygotowywała nadzienie do ciast.

W sobotę budzik dzwonił o siódmej rano.

Od tej chwili kuchnia zamieniała się w mały zakład. Pracował piekarnik, na płycie wrzały garnki, na patelniach coś się smażyło.

O godzinie trzynastej, kiedy krewni dopiero zaczynali się zjeżdżać, Wiktoria już czuła się tak, jakby przepracowała pełną zmianę.

Jeść wcale jej się nie chciało.

Rozmawiać zresztą też.

Za to goście przyjeżdżali rześcy i zadowoleni.

— Oho, jakie zapachy! — radośnie ogłaszał Gleb, ledwie przekraczając próg. — Wikto, a co dzisiaj na ciepłe?

Pocierał dłonie i od razu kierował się w stronę kuchni.

Przy stole wszystko przygotowane znikało niesamowicie szybko.

W jakieś czterdzieści potrawy były opróżniane niemal całkowicie.

Karina uważnie oglądała sałatki i dłubała widelcem, próbując zrozumieć, czy nie ma w nich zbyt dużo sosu. Alewtina Makarowna koniecznie opowiadała, jak poprawnie kroić chleb albo podawać dodatki. Stas z Glebem dyskutowali o samochodach, pracy i znajomych.

Kiedy obiad się kończył, wszyscy wstawali i zgodnie szli do pokoju.

A Wiktoria zostawała w kuchni.

— Wikuleńko, postaw nam herbatę, proszę — dochodził głos teściowej. — I przynieś ciasto. My specjalnie zostawiliśmy trochę miejsca.

Przed Wiktorią tymczasem wznosiła się góra brudnych naczyń.

Talerze z zaschniętymi resztkami sosu. Tłuste patelnie. Łyżki, filiżanki, szklanki. Garnki, blachy.

Włączała wodę i zabierała się za zmywanie.

Za ścianą krewni głośno się śmiali.

Stas nie dostrzegał w tym nic nadzwyczajnego.

Kiedy Wiktoria próbowała wyjaśnić, że zmęczona jest spędzaniem każdych weekendów przy płycie, mąż tylko z irytacją machał ręką.

— Wiku, znowu zaczynasz? Przecież to rodzina. Moja rodzona mama. Gleb to brat. Co mam im powiedzieć? Żeby nie przyjeżdżali? Przed ludźmi głupio. A zresztą, czy tobie trudno? Przecież jesteś gospodynią.

Po tych słowach Wiktoria zwykle milkla.

Do ubiegłej soboty.

Właśnie wtedy jej cierpliwość ostatecznie się skończyła.

Alewtina Makarowna miała urodziny, i teściowa wcześniej poprosiła o upieczenie domowego tortu.

Przy tym nie najprostszego.

Wiktoria do głębokiej nocy użerała się z blatami i kremem. Rano znowu wstała wcześnie i zajęła się daniami głównymi.

Do obiadu lędźwie bolały tak bardzo, że chciało się po prostu położyć. Z powodu kilku spędzonych godzin przy płycie nieprzyjemnie bolała lewa stopa.

A krewni jeszcze przyjechali prawie godzinę później.

— Postanowiliśmy najpierw zajrzeć do parku! — wesoło ogłosiła Karina, wchodząc do mieszkania razem z dziećmi. — Za to teraz apetyt mamy znakomity!

Przy stole Gleb odciął kawałek mięsa, spróbował i niezadowolony skrzywił się.

— Wikto, a dlaczego ono jest takie suche? Czy ty go przypadkiem w piekarniku nie przetrzymałaś? Trudno pogryźć.

Wiktoria mocniej zacisnęła widelec.

Palce pobielały.

Ale nic nie odpowiedziała.

Stas w tym momencie nawet nie spojrzał na żonę. Z zainteresowaniem opowiadał matce jakieś nowości związane z nową pracą.

Później podano tort.

Alewtina Makarowna odcięła mały kawałek, spróbowała kremu, po czym odsunęła talerz.

— Zbyt tłusto wyszło, córeczko — pouczająco zauważyła teściowa. — Przecież ci mówiłam, że chcę lekki krem, jogurtowy. Po takim będzie ciężkość. Trzeba było poprosić o przepis ciocię Walę. Ona w takich rzeczach lepiej się orientuje.

Wiktoria przez kilka sekund milcząc patrzyła na niedojedzony tort.

Potem przeniosła wzrok na zlewozmywak.

Tam już znów piętrzyły się brudne talerze.

Po tym spojrzała na męża.

Stas w tym czasie jak gdyby nigdy nic nakładał sobie drugi kawałek.

Wyglądało na to, że nawet nie zauważał, jak bardzo żona jest wyczerpana.

Wiktoria nic nie powiedziała.

Po prostu wstała, strzepała ze stołu kilka okruchów, poszła do pokoju i otworzyła na laptopie stronę sanatorium.

Zostały jej pieniądze z premii, które po trochu odkładała.

Tego wieczoru Wiktoria wydała je na dwutygodniowy turnus.

Przyjazd wyznaczono dokładnie na następną sobotę.

A tydzień później rano cicho spakowała torbę i opuściła mieszkanie, dopóki Stas jeszcze spał.

— Jakie sanatorium? — głos męża w telefonie znów sprowadził ją do rzeczywistości. — Wikto, czy ty mówisz poważnie? A ja czym mam wszystkich nakarmić?

— Stasie, za rogiem jest sklep spożywczy.

Wiktoria obserwowała, jak za oknem autobusu mkną przystanki.

— Kup dwie paczki pielmieni. Podobno była tam zniżka. Ugotujcie i zjecie obiad.

— Zrobiłaś to specjalnie, tak?! — głos Stasa stał się prawie piszczący. — Mama liczyła na sałatki! Na kotlety! Gleb specjalnie od rana nic nie jadł, powiedział, że chce zjeść normalny obiad! Karina nawet kaszy dzieciom nie przygotowała, bo miały zjeść tutaj! Teraz są głodne i wrzeszczą!

Na ustach Wiktorii pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.

— W takim razie niech Gleb pójdzie po zakupy. Kupie kurczaka i ugotuje. Albo Karina zajmie się obiadem. Ma ręce, kuchnia też jest.

Z telefonu dobiegł szelest.

Ktoś coś gniewnie powiedział.

Potem rozległ się trzask i po sekundzie głos Stasa zniknął.

Telefon, sądząc po wszystkim, przejęła teściowa.

— Wikto! Co ty wyprawiasz?! — od razu zaczęła Alewtina Makarowna znajomym dowódczym tonem. — Jak to w ogóle się nazywa? Co o tobie pomyślą ludzie? Zostawiłaś męża i gości przed pustą lodówką! Czy ty rozumiesz, co robisz?

— Dzień dobry, Alewtiyno Makarowno. Wyjechałam wypocząć.

— Od rodziny się nie odpoczywa! — ostro oświadczyła teściowa.

Powiedziała to tak głośno, że siedzący w autobusie naprzeciwko mężczyzna mimowolnie spojrzał na Wiktorię.

— Skoro już zostałaś żoną, bądź łaskawa zachowywać się odpowiednio! Przyjechaliśmy do was w gości. Mamy już ugruntowaną tradycję.

— Oznacza to, że czas zmienić przyzwyczajenia.

Wiktoria wypowiedziała to zupełnie spokojnie.

Ani złości, ani histerii w jej głosie nie było.

— Nie jestem pani służącą, Alewtiyno Makarowno. I nie darmową stołówką. Trzy lata moje soboty mijają przy płycie. Przyjeżdżate, zjadacie wszystko ugotowane, potem idziecie odpoczywać do pokoju. A ja jeszcze przez kilka godzin zmywam po wszystkich naczynia i doprowadzam kuchnię do porządku.

— Czy ty w ogóle siebie słyszysz?! — oburzona krzyknęła teściowa. — Stasiku! Czy słyszysz, jak twoja żona rozmawia z twoją matką? Zupełnie straciła szacunek!

— Słyszę — niechętnie odezwał się gdzieś obok Stas.

Ale telefonu matki z jakiegoś powodu nie zabrał.

Wiktoria kontynuowała tym samym równym tonem:

— Chcecie nadal urządzać rodzinne spotkania — urządźcie u siebie. W waszym mieszkaniu z powodzeniem mogą zebrać się Gleb, Karina i dzieci. A moja kuchnia w soboty już nie działa. Stas wie, gdzie można wziąć pieniądze na dowóz. Więc smacznego.

Nie czekając na kolejną oburzoną odpowiedź, zakończyła rozmowę.

Następnie całkowicie wyłączyła telefon i położyła go na samym dnie torby podróżnej.

I dopiero wtedy zauważyła dziwną rzecz.

Po raz pierwszy od kilku lat rozluźniły jej się ramiona.

Kolejne dwa tygodnie minęły nad wyraz spokojnie.

Wiktoria spacerowała po długich alejach iglastych, korzystała z masażów, chodziła na zabiegi i czasami pozwalała sobie pospać prawie do obiadu.

Żadnych garnków.

Żadnej listy zakupów.

Żadnych ciężkich toreb z zakupami.

Żadnych myśli o tym, jak dogodzić Karinie, co ugotować dzieciom i jaki deser zechce teściowa.

Gdy przyszedł czas powrotu do domu, Wiktoria jednak zaczęła się trochę denerwować.

Byla prawie pewna, że w domu przywita ją skandale.

Może Stas demonstracyjnie spakuje rzeczy.

Albo urządzi wielodniowe obrażenie się.

Albo przynajmniej celowo zostawi kuchnię zawaloną naczyniami.

Jednak otwierając drzwi mieszkania, Wiktoria od razu poczuła: wszystko okazało się zupełnie inne.

W przedpokoju było czysto.

Buty schludnie stały przy ścianie.

Słysząc, jak przekręcił się klucz, Stas wyszedł z pokoju.

Mąż wyglądał nieco wymądrzony i niezwykle winowajczo.

— Wróciłaś? — zapytał, zatrzymując się o kilka kroków dalej.

— Wróciłam. No i co, przeżyliście? Z głodu nikt nie ucierpiał?

Stas nic nie odpowiedział.

Tylko wziął od niej torbę podróżną i odniósł do pokoju.

— W porządku wszystko — powiedział już stamtąd. — Mama, prawda, strasznie się obraziła. Oświadczyła, że więcej tu ani nogi, skoro w tym domu tak przyjmuje się gości.

Wiktoria spokojnie zdjęła odzienie wierzchnie, powiesiła je i ruszyła do kuchni.

Tam czekała na nią kolejna niespodzianka.

Płyta była wymyta i błyszczała.

Na blacie nie walały się talerze.

Zlew okazał się pusty.

Lodówka spokojnie buczała w kącie.

Wiktoria otworzyła drzwiczki.

Na jednej półce samotnie leżała paczka kupnych pielmieni, obok stała puszka mleka skondensowanego.

Za to wszystkie naczynia po poprzednim weekendzie były zmyte.

— Zresztą w zeszłą sobotę Gleb postanowił zebrać wszystkich u siebie — niespodziewanie oznajmił Stas, zatrzymując się w progu kuchni. — Karina wzięła się za gotowanie.

— Prawda? I jak poszło? — bez większego zainteresowania zapytała Wiktoria, nalewając wodę do czajnika.

Stas uśmiechnął się pod nosem.

— Pokłócili się wszyscy.

Wiktoria uniosła brwi.

— Karina oświadczyła, że nie zamierza całego dnia stać przy płycie i obsługiwać krewnych — kontynuował mąż. — Mama skrytykowała niemal każde danie. Powiedziała, że mięso niedosmażone, sałatka nie taka i w ogóle wszystko niesmaczne. Karina się wściekła. Gleb najpierw próbował ich uspokoić, potem też pękł i poszedł do garażu.

— Bywa — spokojnie powiedziała Wiktoria i wstawiła czajnik.

Przez kilka sekund Stas milczał.

— Wiku…

— Co?

— Ja tu o czymś pomyślałem.

Mąż włożył ręce w kieszenie spodni domowych i trochę się pomarszczył.

— Dopóki cię nie było, samemu mi przyszło i gotować, i sprzątać. Ja wcześniej jakoś o tym nie myślałem… W ogóle to dość uciążliwe.

Spojrzał najpierw na czystą płytę, potem na Wiktorię.

— Może w ogóle odwołamy te obowiązkowe sobotnie obiady? Przecież ja też w wolny dzień chcę odpocząć. A nie przez cały dzień przyjmować krewnych. Jeśli mamie tak bardzo potrzebne są rodzinne spotkania, niech zbiera wszystkich u siebie.

Wiktoria milcząc patrzyła, jak w czajniku zaczyna wrzeć woda.

Oto, o co chodzi.

Przez trzy lata jej tłumaczenia wydawały się Stasowi przesadą.

Ale wystarczyło zaledwie dwa tygodnie samemu zająć się gospodarstwem, i sens tego, co się dzieje, nagle stał się zupełnie oczywisty.

Czasami do zrozumienia rzeczywiście nie potrzeba długich rozmów.

Wystarczy po prostu pozbawić człowieka zwykłej wygody.

— Może w następną sobotę zamówimy pizzę? — zaproponował Stas. — Tylko we dwoje. Bez gości.

Wiktoria odwróciła się do niego.

Wygląda na to, że sytuacja faktycznie sama postawiła wszystko na swoje miejsca.

— Pizzę można — zgodziła się, z trudem powstrzymując uśmiech. — Ale zamawiasz ty.

— Zgoda.

— I pudełka potem też wynosisz sam.

Stas trochę zwlekał, a potem kiwnął głową:

— Dobra. I pudełka też ja.

Mit Freunden teilen