Przez cały wieczór mąż traktował Żannę jak służącą, nie myśląc o tym, jak to wszystko może się skończyć.

Przez trzydzieści dwa lata wspólnego życia

Arkadiusz w jakiś sposób nauczył się patrzeć

na własną żonę tak, jakby jej w ogóle obok

nie było.

Najbardziej niesamowite było to, że Żanna przez długi czas nawet tego nie rozumieła.

Każdego ranka Arkasza wstawał równo o szóstej.

Zaczynał hałasować w łazience, stukał miednicami, potem parzył sobie mocną kawę i uwłaszczał się przy oknie z telefonem.

Mniej więcej pół godziny później wstawała Żanna.

Włączała czajnik, kroiła chleb, wyciągała masło i przygotowywała sobie śniadanie.

Poranne pół godziny mijało praktycznie w całkowitym milczeniu.

Czasami Arkadiusz mógł krótko powiedzieć coś o pogodzie, ale zazwyczaj tylko w tych przypadkach, gdy temperatura, deszcz lub wiatr mogły wpłynąć na nadchodzące wędkowanie.

Pewnego ranka Żanna ostrzegła:

— Dzisiaj przyjdę późno. Właścicielka zapisała stałą klientkę na wieczór. Jeśli zgłodniejesz, w lodówce jest zupa w garnku. Kotlety stoją pod białym talerzem. Arkasza, czy ty mnie w ogóle słyszysz?

Mąż nawet nie odwrócił głowy.

Zresztą Żanna wcale się nie zdziwiła.

Kiedy interesowały go sprawy żony?

Chyba nigdy.

A w ostatnim czasie Arkadiusza w ogóle mało co zajmowało oprócz smartfona.

Żanna pracowała w małym salonie na parterze bloku przez podwórko.

Pomieszczenie było całkiem malutkie: dwie kozetki i jej biurko przy oknie.

Za to stałych klientek nie brakowało — tę bazę Żanna zbierała przez lata.

Salon należał do młodej dziewczyny Darii.

Obok Żannы pracowała Śnieżana — głośna, wesoła kobieta, której śmiech bez przerwy roznosił się po pomieszczeniu.

Pewnego razu malowała paznokcie klientce i, spojrzawszy na przyjaciółkę, zapytała:

— Żannuś, czemusia dzisiaj taka smutna? Twój przystojniak znowu od rana ani słowa nie powiedział?

Żanna uśmiechnęła się.

— Przecież wczoraj też nic nie mówił.

I przedwczoraj też.

Arkasza u mnie to oszczędny mężczyzna — słowa oszczędza, pewnie na przyszłość zostawia.

Śnieżana uniosła brwi.

— Na jaką jeszcze przyszłość? Na tamten świat pójdziecie — wtedy się naorzecie?

Klientka nie wytrzymała i prychnęła, a Śnieżana głośno się zaśmiała.

Nawet Żanna się uśmiechnęła.

Żart rzeczywiście wyszedł zabawny.

Pierwsze dziwne zachowania męża Żanna naprawdę zauważyła wiosną.

Miała od dawna pewne marzenie — pojechać do przyjaciółki z młodości, spędzić z nią kilka dni, zobaczyć stare zabytki i po prostu pofatygować się po brzegu.

Pewnie ze dwa tygodnie Żanna stopniowo przygotowywała Arkadiusza do tej podróży.

Oglądała bilety, opowiadała przy kolacji, dokąd chce pójść, omawiała, w które dni wygodniej się wybrać.

Arkadiusz za każdym razem kiwał głową, nie odrywając oczu od telefonu.

Kiedy przyszedł czas na ostateczne zdecydowanie się co do wyjazdu, niespodziewanie okazało się, że na te właśnie dni mąż umówił się już z kumplami na ryby na dalekie jeziora.

Żanna z zaskoczenia aż się pogubiła.

— Arkasza, jaka znowu rybka?! Dlaczego nagle postanowiłeś wyjechać? Przecież doskonale wiedziałeś, że planowałam wycieczkę.

Arkadiusz w końcu uniósł oczy ze smartfona.

— Jaką wycieczkę? Dokąd się wybrałaś? Dlaczego mi nic nie mówiłaś?

Oto wtedy Żanna po raz pierwszy wyraźnie pojęła strasznie prostą rzecz.

On jej naprawdę nie słyszał.

W rezultacie nigdzie nie pojechała.

Żanna bardzo chciała wybrać się w podróż, ale jechać sama się bała.

I właśnie to okazało się najbardziej bolesne: uświadomienie sobie, że obok ciebie przez trzydzieści dwa lata żyje człowiek, dla którego cię jakby nie ma.

Ich syn Maksim już dawno odłączył się od rodziców.

Pracował w magazynie, ożenił się, wychowywał małą córeczkę.

Życie układało mu się w miarę dobrze, a o problemach matki i ojca nic nie wiedział.

Żanna nigdy nie lubiła narzekać.

Uważała za niesłuszne przekładanie własnych kłopotów rodzinnych na barki dorosłego syna.

Zresztą, patrząc z boku, wiele kobiet w ogóle nie zrozumiałoby, z czego ona jest niezadowolona.

Czy w jej rodzinie działo się coś rzeczywiście strasznego?

Wydaje się, że nie.

Żyła Żanna nie gorzej od innych.

Arkadiusz nie pił, kochanek nie trzymał, należącą część zarobku przynosił do domu.

Na żonę nie krzyczał, awantur nie urządzał, w środku nocy z mieszkania nie wyrzucał.

Jeśli wyliczyć wszystko punkt po punkcie, wychodził niemal wzorowy małżonek.

Pewnie inna kobieta trzymałaby się takiego męża ze wszystkich sił.

I Żanna była niemal pewna: samego Arkadiusza ich małżeństwo w pełni zadowala.

A dlaczego by i nie?

Dom jest.

Jedzenie ugotowane.

Nikt się nie awanturuje.

Życie idzie swoim trybem.

Tylko że Arkadiusz to życie miał osobne i całkiem urozmaicone.

Garaż, w którym bez końca coś dokręcał, rozkręcał i ostrzył.

Wędkowanie.

Wieczorna piłka nożna.

Pisma w telefonie.

Swoi Siemiony i Walery.

A Żanna istniała gdzieś obok, jak zwyczajny element wystroju.

Wygodny.

Pożyteczny.

Prawie niezauważalny.

Przecież nikomu nie przychodzi do głowy dziękować stołowi tylko za to, że ten porządnie stoi na swoim miejscu.

Pewnego razu po zmianie Żanna i Śnieżana zostały we dwie w opustoszałym salonie i piły herbatę.

Śnieżana niespodziewanie powiedziała:

— Żann, wytłumacz mi, po co ci w ogóle taki mąż? Weź i odejdź. Czemu się męczysz? Może ci nawet łatwiej będzie samej. Po co bez przerwy psuć sobie nerwy?

Żanna pokręciła głową.

— I dokąd ja pójdę w pięćdziesiąt pięć lat? Mieszkanie jest zapisane na nas oboje. Zaczynać je dzielić — same nerwy. Zresztą jak Maksim zareaguje? Przecież mi rozwodu nie wybaczy. Przecież nawet mu nie mówię, co się u nas dzieje. Wstyd mi…

Śnieżana niezadowolona prychnęła.

— Też mi coś, znalazła czego się wstydzić. A żyć niezauważonym strachem obok żywego męża to ci nie wstyd? Żann, no dlaczego ci taka miękka? O siebie czasem trzeba walczyć!

Wtedy Żanna tylko machnęła ręką.

Ale słowo „strach” (błąd w oryginale: „чучело” – potworek/strach na wróble) jakoś szczególnie zabolało.

Śnieżana wszelkimi sposobami starała się rozruszać przyjaciółkę.

To wołała ją do teatru, to ciągnęła na wystawę kotów w miejscowym domu kultury.

A pewnego razu w ogóle zapisała je obie do chóru przy tym samym DK.

Chór był amatorski — w sam raz dla kobiet po pięćdziesiątce, którym w domu robiło się już za ciasno, a siedzieć w czterech ścianach wcale się nie chciało.

Początkowo Żanna rozpaczliwie się opierała.

A potem niespodziewanie się wciągnęła.

I okazało się, że ma głos.

Nie wybitny, oczywiście, za to czysty i dokładny.

Starszy kierownik chóru Pał Pałycz zazwyczaj stawiała Żannę w drugim rzędzie i powtarzał:

— Żannoczka, trzymajcie partię altową. Na was tutaj całe oparcie.

„Na was całe oparcie”.

W domu Żanna takich słów nie słyszała chyba już z dwadzieścia lat.

Teraz w każdy wtorek i piątek po salonie wyruszała nie do domu, ale do DK.

Te dwa wieczory stały się dla niej prawdziwymi jasnymi okienkami wśród pozostałych dni tygodnia.

Wykonywali stare, dobre piosenki, a po próbach zbierali się w bufecie.

Pili herbatę z cukierkami, śmiali się, rozmawiali o serialach i wnukach.

Do domu Żanna wracała już bliżej dziesiątej wieczorem.

Arkadiusz zazwyczaj siedział przed telewizorem.

Pewnego razu w końcu się oburzył, choć nawet przy tym nie oderwał wzroku od ekranu:

— Czegoś tu nie rozumiem. Gdzie ty staleł chodzisz? Dlaczego cię wieczorami w domu nie ma?

Żanna spojrzała na męża.

— W chórze śpiewam. Jeśli ty nagle nie wiedziałeś.

Arkadiusz w końcu się odwrócił.

— W jakim znowu chórze? Dlaczego mi nic nie mówiłaś?!

A przecież mówiła.

Pewnego razu w piątek, wracając po kolejnej próbie, Żanna otworzyła szafę i wyciągnęła stary walizkę.

Przejechała dłonią po wytartym boku i ciężko westchnęła.

Kiedyś oni z Arkadiuszem specjalnie kupowali tę walizkę przed podróżą poślubną nad morze.

Wtedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

Arkadiusz nosił ją na rękach od wagonu do autobusu i czule nazywał Żaneczkiem.

Gdzie to wszystko zniknęło?

Przecież nie mogło przepaść w jeden dzień.

Żanna jeszcze chwilę postala przy szafie, a potem schowała walizkę z powrotem.

W sobotę rano Arkadiusz oświadczył, że wieczorem przyjdą goście.

Miał przyjechać Siemion z żoną.

Siemion był dawnym przyjacielem Arkadiusza, pracował jako maszynista elektryczki, a razem jeździli na ryby już od około dwudziestu lat.

Jego żona Dusia Żannie się podobała.

Prosta, życzliwa kobieta, pod wieloma względami podobna do niej samej.

Arkadiusz, zbierając się do garażu, rzucił:

— Zrób coś na stół. Tylko normalnie przygotuj, żeby przed ludźmi wstyd nie był.

Po tym wyszedł i wrócił dopiero wieczorem.

Żanna nakryła stół.

Upiekła placka, przygotowała zakąski, wszystko pokroiła, wyciągnęła dobry obrus.

Nawet nastrój jej się polepszył.

W końcu przyjdą goście, będzie można porozmawiać z żywymi ludźmi nie tylko w pracy.

Żanna wyciągnęła ładną bordową bluzkę, włożyła ją i spojrzała na siebie w lustro.

I niespodziewanie pomyślała, że wygląda całkiem nieźle.

Szczególnie oczy.

Żywe jeszcze.

Około siódmej pojawili się goście.

Siemion — mocny, krępy mężczyzna z ogorzałą twarzą.

Dusia przyniosła tort i wielki bukiet chryzantem.

Wszyscy się uściskali, przywitali i usiedli za stołem.

I właśnie wtedy wszystko się zaczęło.

Przy gościach Arkadiusz jakby zmienił się w zupełnie innego człowieka.

Ożywił się, głośno opowiadał historie z ryb, wspominał, jak kiedyś złowił ogromnego suma na prawie osiem kilogramów, hojnie napełniał gościom kieliszki i chichotał tak, że było go słychać na całe mieszkanie.

Rozmawiać potrafił, jak się okazuje, doskonale.

Tylko przez cały wieczór ani razu naprawdę nie zwrócił się do własnej żony.

Żanna przynosiła potrawy, wynosiła puste talerze, dokładała jedzenie, dopełniała napoje.

Znajdowała się przy stole jak personel obsługujący, którego obecności zauważyć nie trzeba.

Dusia spróbowała placka i z zainteresowaniem zapytała:

— A kto taką pyszność upiekł? Arkasz, twoja żona się starała?

Arkadiusz niedbale machnął ręką.

— E tam, Żanka. Ona u nas lubi pichcić. A co tam trudnego? Wymieszał produkty, wsadził do piekarnika — dalej technika sama wszystko robi.

Dusia spotkała się wzrokiem z Żanną i ledwo zauważalnie zmarszczyła brwi.

Po jakimś czasie zawołała:

— Żannoczka, no usiądźże pani w końcu z nami. Cały wieczór tam i z powrotem biegacie. Przecież nogi ustałyby. My z panią nawet porozmawiać porządnie nie możemy. Latacie jak motylek!

Arkadiusz głośno się zaśmiał i sięgnął po rybę.

— Dusia, nie przejmuj się tak bardzo. Niech biega, ona ma to jako święty obowiązek. No, to za spotkanie! Żebyśmy jeszcze nie raz tak się zebrali.

Podniósł kieliszek, a potem, nawet nie spojrząc na żonę, dodał:

— Żanka, chleba jeszcze pokrój. Czegoś stoisz jak wryta?

Właśnie po tych słowach cierpliwość Żanny ostatecznie dobiegła końca.

— Wiesz co, Arkasz — niespodziewanie odezwała się Żanka. — Mam dość biegania wokół ciebie. Za kogo ty się w ogóle uważasz? Z jakiej racji postanowiłeś, że ja jestem zobowiązana cię obsługiwać?

Przy stole natychmiast zrobiło się cicho.

Siemion zamarł z kieliszkem w ręku, Dusia ze zdziwieniem spojrzała na gospodynię, a Arkadiusz aż się zerwał z zaskoczenia.

— Żanka, co ty? — zagubiony wykrztusił on. — Po co przy gościach spektakle urządzać?

Żanna krótko się uśmiechnęła.

— A mnie przy gościach nawet łatwiej, Arkasz. Gdybyśmy teraz byli we dwoje, to pewnie znowu bym przemilczała. A tutaj są świadokowie. Skoro już powiedziałam na głos, swoich słów z powrotesm nie cofnę. Siemion, Eudokjo, przepraszam bardzo, że zepsułam wam wieczór… Po prostu nie mam już sił milczeć. Zmęczyłam się czuć w własnym domu przedmiotem otoczenia. Niby rzecz przydatna, tylko zauważywać jej zupełnie nie trzeba.

Arkadiusz wyraźnie zbledł.

— Żanka… Co się dzisiaj z tobą stało? Jaka mucha cię użądliła? Co ty w ogóle opowiadasz? Przecież żyjemy normalnie, duszę w duszę! Czego ci brakuje?

Żanna spojrzała na męża.

— Siebie mi brakuje, Arkasz. Ja przy tobie samą siebie straciłam. Jedzcie już spokojnie, przeszkadzać więcej nie będę. I jeszcze raz przepraszam za ostrość… A ja na razie u Śnieżani pożyję. Ona dawno zaprasza. Potem zadecydujemy, co robić dalej. O rozwód sama wystąpię, więc nawet nie będziesz musiał się trudzić.

Żanna wyszła z salonu i ruszyła do sypialni.

Otworzyła szafę i wyciągnęła tamtą stary walizkę.

Ręce drżały jej zauważalnie, ale rzeczy kobieta układała zadziwiająco spokojnie, jakby wiele razy wcześniej wyobrażała sobie ten moment.

Najpierw położyła bluzki.

Potem osobno schowała bieliznę, wzięła kilka prostych rzeczy, ciepłą odzież i dokumenty.

Z salonu dochodził rwany głos Arkadiusza.

Coś tłumaczył Siemionowi tłumaczonym tonem.

Co jakiś czas słychać było niespokojne okrzyki Dusi.

Żanna starała się nie przysłuchiwać.

Chciała tylko jednego — jak najszybciej skończyć pakowanie i odejść.

Jakieś piętnaście minut później drzwi sypialni uchyliły się.

Do pokoju zajrzała Dusia.

Podeszła do Żanny i usiadła na brzegu łóżka.

— Dobrze robisz — cicho powiedziała kobieta. — Taki węzeł dawno trzeba było rozciąć. Ty, Żannoczka, jak będzie potrzebne cokolwiek, koniecznie dzwoń. Oto zapisz mój numer. W czym będę mogła — na pewno pomogę…

Właśnie te proste słowa niespodziewanie okazały się ostatnią kroplą.

Żanna wytrzymała obojętność męża, lata milczenia i własną decyzję o odejściu.

Ale cudzego szczerego współczucia wytrzymać nie mogła.

Nagle przytuliła Dusię, której właściwie prawie nie znała, i rozpłakała się.

Pewnie były to łzy ulgi.

Z mieszkania Żanna wyszła tego samego wieczora.

Arkadiusz wybiegł za nią na klatkę schodową i został stojąc przy otwartych drzwiach zupełnie zagubiony.

Nie mógł uwierzyć, że żona naprawdę odchodzi.

— Żanka, no co ty wymyśliłaś? Co ci do głowy przyszło? Dokąd się wybierasz na noc patrząc? Żann, no porozmawiajmy normalnie. Teraz się położysz, uspokoisz, odpoczniesz, a jutro już…

Żanna ciągnęła do windy ciężką walizkę i niespodziewanie przypomniała sobie własny żart o tym, że mąż oszczędza słowa na przyszłość.

Oto więc ta przyszłość nadeszła.

Pewnie właśnie na taki wypadek Arkadiusz tyle lat je oszczędzał.

Przy windzie Żanna się zatrzymała i odwróciła się do niego.

— Żegnaj, Arkasz. Teraz żyj tak, jak ci wygodnie. A ja w końcu będę żyła tak, jak chcę ja. Bez ciebie.

Pierwsze trzy tygodnie Żanna spędziła u Śnieżani.

Potem znalazła niedaleko mały pokój i przeprowadzila się tam.

Pokój okazał się jasny i niespodziewanie przytulny, wcale niepodobny do tymczasowego mieszkania.

Kiedy Maksim dowiedział się, że rodzice zamierzają się rozwieść, wiadomość go zmartwiła.

Przyjechał do matki, siedział ponury i długo próbował namówić ją do powrotu do domu.

— Mamo, no po co tak? Czy tobie samej nie żal? Tyle lat razem przeżyliście…

Żanna nie spierała się.

A potem Maksim nagle uważnie spojrzał na matkę.

Przez ostatnie tygodnie jakby odmłodniała.

Wzrok się zmienił, twarz przestała wydawać się ciągle zmęczona.

Syn pomilczał i tylko machnął ręką.

Po tym Żanna w końcu przestała przejmować się także jego reakcją.

Wnuczkę teraz często zabierała do siebie na weekendy i podczas wakacji.

Razem lepili pierogi, rozmawiali i śpiewali ulubione piosenki.

I stopniowo Żanna zrozumiała, że jest jej naprawdę dobrze.

Spokojnie.

Wolno.

Nie była już niezauważalną częścią cudzego życia.

A Arkadiusz tak do końca i nie pojął, dlaczego żona nagle postanowiła od niego odejść.

Przecież, według niego, tyle lat żyli wspaniale duszę w duszę.

Mit Freunden teilen