Około godziny przed przyjściem gości poszłam
na werandę po serwetki i niespodziewanie
zauważyłam na podłodze drewnianą skrzynkę z bazylią.
Jeszcze rano roślina stała na parapecie w kuchni.
W pobliżu Gleb zostawił koszyk z cebulą i kilka słoików domowych ogórków konserwowych, które chciałam podać do wieczornego stołu.
– Po co to wszystko tutaj przyniosłeś? – zapytałam.
Z salonu mąż odpowiedział, że kuchnia i tak jest ciasna, a dziś wieczorem przy stole zgromadzi się sześć osób.
Bazylię od razu odniosłam z powrotem do okna.
W nocy temperatura miała spaść do około pięciu stopni, więc nie zamierzałam zostawiać rośliny na chłodnej werandzie.
Ogórki trafiły do spiżarni, a zaraz za nimi powędrował koszyk z cebulą.
Kilka minut później Gleb pojawił się w kuchni i widząc bazylię, niezadowolony zmarszczył brwi.
– Przecież już sprzątnąłem zieleninę.
– Zauważyłam.
– Przez jeden wieczór nic by jej się nie stało.
– A komu ona tutaj przeszkadza?
Gleb poprawił podwinięty brzeg obrusu i dopiero po chwili namysłu odpowiedział:
– Nikomu.
Po prostu chcę, żeby wszystko wokół wyglądało schludnie.
Kuchnię uporządkowałam już rano, więc chodziło wyraźnie o coś innego niż brak wolnej przestrzeni.
Nie chciałam wszczynać kłótni tuż przed przybyciem gości, więc zamilkłam.
Dobrze jednak zapamiętałam, które dokładnie rzeczy mąż postanowił ukryć przed wzrokiem obcych.
Ten dom rodzice podarowali mi na dwa lata przed naszym ślubem, kiedy sami postanowili przeprowadzić się do miasta.
Nic specjalnego: zwykły murowany dom na wsi, około trzydziestu kilometrów od stolicy województwa.
Dwie sypialnie, kuchnia, salon, weranda i działka.
Pierwszy rok małżeństwa spędziliśmy z Glebem w wynajętym mieszkaniu.
Potem właścicielka poinformowała, że zamierza je sprzedać, i zaproponowałam, żebyśmy na jakiś czas przeprowadzili się do mojego domu.
– Najpóźniej do wiosny – powiedział wtedy Gleb.
– Wiosną poszukamy czegoś bliżej pracy.
Jednak wiosną temat poszukiwań jakoś samoczynnie ucichł.
Mąż docierał do swojego biura w około czterdzieści minut, samochód spokojnie zostawiał na podwórku, a małą sypialnię stopniowo zamienił w gabinet.
Najpierw przewieźliśmy tam jego biurko, potem kupili wygodny fotel, a nieco później Gleb własnoręcznie przymocował do ściany dwie półki.
Koszty utrzymania dzieliliśmy na pół, jedzenie kupowaliśmy oboje.
Poza tym Gleb wymienił lampy w przedpokoju i razem z moim tatą naprawił furtkę.
Żadnych poważnych przeróbek domu w czasie naszego wspólnego życia nie robiono.
Mąż nigdy nie odmawiał pomocy moim rodzicom, dlatego jego pierwsze dziwaczne uwagi długo traktowałem jak niefortunne żarty.
Pierwsza naprawdę nieprzyjemna rozmowa miała miejsce przed kolacją z jego kolegami.
Stałam przed lustrem i wybierałam kolczyki, a Gleb w tym czasie zapinał mankiety koszuli.
Codziennym tonem nagle poprosił:
– Jeśli rozmowa zejść na temat domu, nie wchodźmy w szczegóły.
– W jakie dokładnie szczegóły?
– No, kto ci go podarował, gdzie spędziłaś dzieciństwo i tak dalej.
Po prostu powiedzmy, że mieszkamy za miastem.
Początkowo nawet się zaśmiałam, uznając, że mąż obawia się po prostu kolejnej długiej opowieści o naszej rodzinie.
– Mogę przy okazji wymyślić sobie nowy adres.
– Tylko nie zaczynaj.
Chcę normalnie spędzić wieczór, bez kołowrotka rozmów o wsi, ogródku i innych sprawach.
Kolczyki jednak założyłam, a jego prośby dalej nie drążyłam.
Już w restauracji jeden z kolegów Gleba poskarżył się na wysokie czynsze, po czym zapytał, jak dawno kupiliśmy dom poza miastem.
Nawet nie zdążyłam otworzyć ust.
– Już trzeci rok go urządzamy.
Lokalizacja jest dobra, przynajmniej mamy teraz własne kąty.
Biorąc pod uwagę dosłowne znaczenie słów, Gleb nigdzie nie twierdził, że osobiście kupił tę nieruchomość.
Jednak z boku jego odpowiedź była odbierana właśnie w taki sposób.
Wystarczyłoby mi jedno krótkie zdanie, żeby wszystko wyjaśnić, ale postanowiłam milczeć.
Nie chciałam tworzyć niezręcznej sytuacji przed ludźmi, których spotykałam dopiero po raz drugi.
Za to w drodze powrotnej nagromadzone irytacja wreszcie się przelała.
– Dlaczego nie można było po prostu powiedzieć, że ten dom podarowali mi rodzice?
Gleb najpierw zjechał na sąsiedni pas ruchu i dopiero potem odpowiedział:
– Ponieważ było mu to obojętne.
Człowiek pytał o życie poza miastem, a nie o zapisy w księgach wieczystych.
– W takim razie po co przed restauracją specjalnie prosiłeś, żebym nic nie opowiadała?
– Bo czasami zaczynasz historię niemal od pradziadków.
Nie chciałem przez cały wieczór słuchać dyskusji o tym, jak dorastałaś wśród grządek.
– W ogóle to moje dzieciństwo minęło w normalnym, porządnym domu, a nie „wśród grządek”.
– No proszę.
Już zaczynasz.
Resztę drogi przebytych w niemal całkowitym milczeniu.
W domu też nie wracaliśmy do tego tematu, a rano oboje pojechaliśmy do pracy.
Kilka miesięcy później Gleb zaprosił znajomych na weekend.
Samodzielnie zrobił zakupy, rano umył werandę i naprawił luźną klamkę u drzwi.
Potem zaczął uważnie oglądać kuchnię, jakby widział ją po raz pierwszy.
– Czy te słoiki naprawdę muszą stać akurat tutaj?
Na otwartej półce stały cztery słoiki z różnymi kaszami i dwa z suszonymi jabłkami.
– A gdzie mam je postawić?
– Schowaj do szafki.
– Stoi tam zastawa.
Gleb zrobił trochę miejsca na półce, przesunął tam jeden ze słoików i z irytacją westchnął.
– Dom mamy przecież ładny.
Po co robić z niego wiejski sklep?
– Z powodu gryki stojącej na kuchennej półce?
– Przez to, że zbyt wiele rzeczy ciągle leży na widoku.
Wtedy postanowiłam ustąpić i przeniosłam słoiki do spiżarni.
Nie chciałam psuć weekendu kolejną kłótnią.
Ale już następnego dnia wszystko wróciło na swoje miejsce.
Gleb zauważył zmianę, jednak powstrzymał się od komentarzy.
Kilka tygodni później mąż rozmawiałem przez zestaw głośnomówiący ze swoim dawnym przyjacielem Matwejem.
Po omówieniu samochodów Matwej zaczął narzekać na ciasnotę w mieszkaniu i przyznał, że też myśli o wyprowadzce za miasto.
– Masz w ogóle szczęście – powiedział.
– I własny dom, i działka.
Gleb odparł:
– Tak, teraz to mnie z powrotem do bloku siłą nie zaciągniesz.
Przynajmniej człowiek czuje się tutaj jak u siebie.
Ostatnie słowa usłyszałam, przechodząc korytarzem.
Później, gdy składałam wyprane pranie, w końcu zapytałam:
– Naprawdę uważasz się za właściciela tego domu?
– A za kogo mam się uważać, skoro mieszkam tu już trzy lata?
– Na przykład za męża kobiety, do której należy ten dom.
Gleb krótko się zaśmiał, choć w jego głosie nie było prawdziwej wesołości.
– Właśnie dlatego nie znnoszę gadania o dokumentach.
Jak tylko o tym mowa, od razu wychodzi na to, że jestem tu jakimś lokatorem.
– Nikt cię lokatorem nie nazywał.
– Za to przy każdej okazji możesz mi przypomnieć, do kogo należy dom.
Tym razem łatwiej nie było mi się sprzeciwić.
Podczas kilku poprzednich kłótni faktycznie rzucałam mu: „Jeśli ci się tu nie podoba, nikt cię nie trzyma”.
Wydawało mi się wtedy, że w ten sposób bronię swojego prawa do niezgody na przykre drwiny.
Ale teraz te słowa zabrzmiały dla mnie zupełnie inaczej.
– Tak, mówiłam tak – przyznałam.
– I nie miałam racji.
Ale ty też nie powinieneś za każdym razem przedstawiać historii tego domu po swojemu tylko dlatego, że prawda wydaje ci się niewygodna.
– Nic nie przedstawiam po swojemu.
Po prostu nie uważam za konieczne spowiadanie się każdemu napotkanemu człowiekowi, komu i co podarowali rodzice.
Na tym rozmowa się skończyła.
Już po jakiejś godzinie siedzieliśmy obok siebie i wybieraliśmy w internecie prezent dla jego matki.
Kolejny miesiąc przyniósł pomysł Gleba na domową kolację.
Mieli przyjechać Matwej z Inną oraz jeszcze jedna para małżeńska.
Większość przygotowań mąż wziął na siebie: zamówił dania główne, kupił deser i przestawił stół.
Ja zrobiłam sałatkę i zamierzałam otworzyć do niej domowe ogórki konserwowe.
Właśnie tego dnia Gleb wywiózł na werandę bazylię, koszyk z cebulą i słoiki.
Goście pojawili się około siódmej wieczorem.
Samochody zostawili na podwórku.
Matwej nie był u nas wcześniej, więc niemal od razu poprosił o pokazanie domu.
Gospodarzem wycieczki został Gleb.
Oprowadził znajomego po salonie, pokazał gabinet i werandę, wyjaśnił, jak działa ogrzewanie i gdzie najlepiej zostawić samochód na zimę.
– Różnica po mieszkaniu w bloku jest ogromna – opowiadał.
– Tutaj przynajmniej jest gdzie się obrócić.
Przy stole najpierw rozmawiano o remoncie drogi, pracy i planach urlopowych.
Inna dopytywała, czy zimą trudno odśnieżać teren.
Ktoś inny pytał, ile czasu rano zajmuje dojazd do pracy.
Na wszystkie pytania związane z domem Gleb odpowiadał wyczerpująco i z ochotą.
Po jakimś czasie Inna zauważyła bazylię koło okna.
– Ona u ciebie naprawdę trzyma się do jesieni?
U mnie, ile razy próbuję hodować – po miesiącu usycha.
– Potrzebuje więcej światła.
A zimą po prostu przysuwam doniczkę bliżej okna.
– A latem coś hodujesz?
– Trochę zieleniny, ogórki, kilka krzaków pomidorów.
Nic wielkiego.
Gleb odchylił się na oparcie krzesła i uśmiechnął drwiąco:
– U nas zawsze najpierw jest „trochę”.
A potem nagle wychodzi na to, że połowa kuchni zastawiona jest słoikami.
– Dzisiaj akurat zadbałeś o to, żeby nikt ich nie zobaczył – zauważyłam.
Inna spojrzała najpierw na Gleba, a potem przeniosła wzrok na mnie.
– Jakie znowu słoiki?
– Najzwyklejsze.
Z ogórkami kiszonymi.
I wtedy z drugiego końca stołu rozległa się kpiąca uwaga:
– Wiejskie nawyki chyba nigdy z człowieka nie wyjdą.
Gleb powiedział to swobodnie, niemal od niechcenia, licząc wyraźnie, że goście poprą go śmiechem.
Matwej wyciągnął rękę po sałatkę, ale od razu zastygł w bezruchu.
Inna przestała mieszać herbatę w filiżance.
Przy stole zapadła cisza – nikt się nie uśmiechnął.
– Gleb, to wytłumacz mi w takim razie, po co od trzech lat mieszkasz w domu, który należy do mnie? – zapytałam.
Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy męża.
– No po co ty to akurat teraz wyciągasz?
– A kiedy mam o tym mówić?
Sam właśnie poruszyłeś ten temat.
– Żartowałem.
– Jakoś mi nie do śmiechu.
– Nie trzeba było przy gościach urządzać scen.
– Ale tę niemiłą uwagę przy gościach rzuciłeś ty.
Inna poprosiła o podanie sałatki, a Matwej pośpiesznie rozpoczął rozmowę o urlopie z drugą parą.
Nikt z obecnych nie próbował nas pogodzić, zawstydzić ani wyjaśnić, kto ma rację.
Około godziny później goście zaczęli się rozchodzić.
Kiedy wszyscy odjechali, Gleb jeszcze przez jakiś czas kręcił się po podwórku, a ja w tym czasie sprzątałam ze stołu.
Wszedł do kuchni akurat w momencie, gdy zamykałam drzwiczki lodówki.
– No i co, zadowolona? – zapytał mąż.
– Nie.
– Za to świetnie wszystkim pokazałaś, kto tu jest prawdziwym gospodarzem.
– O dokumentach w ogóle nie wspomniałam.
– Nie było takiej potrzeby.
Wystarczyło jedno twoje pytanie.
Gleb zdjął marynarkę, starannie przewiesił ją przez oparcie krzesła i usiadł przy stole.
– Ty w ogóle rozumiesz, jak to wszystko wygląda z boku?
Mam czterdzieści lat, mieszkam w domu żony, który kiedyś podarowali jej rodzice.
Każdy pomyśli, że świetnie się ustawiłem.
– Ktoś ci to powiedział?
– W oczy nikt mi tego nie powie.
– To dlaczego z góry wstydzisz się tego, o czym otoczenie może w ogóle nie myśleć?
Przez chwilę Gleb patrzył w milczeniu przez okno.
Potem zmęczony przejechał dłonią po twarzy.
– Bo mnie samemu ta sytuacja się nie podoba.
Normalny facet powinien sam zapewnić rodzinie własne cztery kąty, a nie wprowadzać się do żony.
Takiego wyjaśnienia z jego strony wcześniej nigdy nie słyszałam.
– Czyli żeby czuć się normalnym, musisz mnie ośmieszać?
– Wcale cię nie ośmieszam.
To ty każdą uwagę odbierasz jak osobistą obelgę.
– Dzisiaj przy stole powiedziałeś to właśnie o mnie.
– Ale przecież faktycznie wychowałaś się na wsi.
Co z tego, co powiedziałem, nie jest prawdą?
Rozmowa znów zaczęła kręcić się wokół tych samych fraz.
Nalalam sobie szklankę wody, usiadłam naprzeciwko Gleba i o wiele spokojniej oznajmiłam:
– Dobrze.
Przestańmy czepiać się słówek.
Musimy przez jakiś czas mieszkać osobno.
Gleb był tak zaskoczony, że aż dopytał:
– To znaczy?
– W dosłownym.
Znajdziesz sobie mieszkanie i bez pośpiechu przewieziesz tam swoje rzeczy.
Nie dzisiaj w nocy i nie z kilkoma reklamówkami w rękach.
A dla mnie wyprowadzka stąd nie ma najmniejszego sensu.
– Czyli z powodu jednej niefortunnej kolacji wyrzucasz mnie z rodziny?
– Proszę cię o wyprowadzkę wcale nie z powodu dzisiejszego wieczoru.
Ta kolacja po prostu ostatecznie pokazała, że wszystkie nasze dotychczasowe rozmowy do niczego nie prowadzą.
Gleb milczał przez chwilę, po czym wyciągnął telefon.
– Dobrze.
Załóżmy, że zacznę co miesiąc płacić ci osobno za to, że tu mieszkam.
Wtedy problem zniknie?
– Nie.
Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy.
Już następnego dnia Gleb zajął się szukaniem wynajmowanego lokum.
Kilka mieszkań musiał od razu odrzucić: jedne okazały się za drogie, inne leżały zbyt daleko od jego pracy.
Po około półtora tygodniu znalazł w końcu odpowiednią kawalerkę zaledwie kwadrans jazdy od biura.
Spotkał się z właścicielką, podpisał umowę, wpłacił kaucję i opłatę za pierwszy miesiąc.
Na przeprowadzkę poświęcił dwa dni wolne.
Ubrania Gleb spakował do wielkich torby, książki ułożył w kartonowych pudłach, monitor starannie owinął kocem.
Biurko trzeba było rozebrać, bo w całości nie mieściło się w drzwiach nowego mieszkania.
Z ciężkimi rzeczami pomógł Matwej.
Przez cały ten czas nie odezwał się ani słowem na temat naszych relacji czy małżeństwa.
Dzielenia wspólnego dobytku co do ostatniej filiżanki nie urządzaliśmy.
Gleb zabrał to, co bezdyskusyjnie należało do niego: narzędzia, komputer, młynek do kawy i ubrania.
Rzeczy kupione wspólnie postanowiliśmy na razie zostawić tak, jak były, i nie wracać do ich podziału.
Podczas drugiego dnia wolnego Gleb ostatecznie opróżnił dawny gabinet, rzucił jeszcze jedno spojrzenie w głąb szafy i wyniósł do przedpokoju ostatni karton.
Potem wyjął z kieszeni pęk kluczy, odczepił od niego klucz od domu i drugi – od furtki.
Położył oba na szafce.
– Nie mam innych egzemplarzy.
– Dobrze.
Przed samym wyjściem Gleb zatrzymał się w progu.
– Nadal uważam, że w całej tej historii nie masz w stu procentach racji.
– A ja nie wymagam, żebyś tak uważał.
– I nie zamierzam od razu jutro składać pozwu o rozwód.
– Też nie mam na razie takich planów.
Gleb podniósł ostatni karton i wyszedł na podwórko.
Minutę później usłyszałem warkot silnika.
Mąż sam zamknął za sobą furtkę, wsiadł do auta i odjechał.
Po przeprowadzce kontaktowaliśmy się głównie poprzez wiadomości i tylko w sprawach bytowych.
Kilka dni później Gleb przypomniał sobie, że zostawił w szopie drabinę i komplet zimowych opon.
W sobotę zadzwonił już spod bramy.
Wyszłam, otworzyłam furtkę, a potem szopę.
Gdy Gleb przekładał opony do samochodu, zapytałam:
– I jak ci się mieszka?
– Mało.
A sąsiad z góry od ósmej rano ciągle coś wierci.
Mimowolnie się roześmiałam.
Gleb też się uśmiechnął.
– Za to do pracy mam teraz kwadrans.
– Już coś.
Zamknął bagażnik, pożegnał się i odjechał.
Do incydentu z tamtej kolacji już nie wracali.
W przyszłym tygodniu zaprosiłam fachowca, żeby zmierzył okno w pokoju, gdzie wcześniej mieścił się gabinet Gleba.
Od starej ramy od dawna mocno ciągnęło chłodem, ale wymianę ciągle odkładaliśmy na później.
Fachowiec dokonał niezbędnych pomiarów, zapisał dane w telefonie, podał szacowany termin realizacji i wyszedł.
Kiedy odjechał, zdjęłam ze ściany resztki mocowań po półkach, a potem przyniosłam z salonu dwa pudła z książkami.
Nie wymyśliłam jeszcze, jak dokładnie zagospodarować uwolnioną przestrzeń.
Do wieczora dom znów stał się niemal taki sam jak dawniej.
Na kuchennym parapecie zieleniła się bazylia, w spiżarni stały słoiki, a na podwórku puste było miejsce, gdzie zwykle parkował samochód Gleba.







