Ale czekała ją ostra niespodzianka…
— Taisja, wypiłabyś najpierw walerianę, a

dopiero potem szła na swoją działkę.
— A to niby dlaczego?
Taisja poprawiła ciężką siatkę z rozsadą i ze zdumieniem spojrzała na sąsiadkę.
Zojka stała przy swoim płocie, opierała się na motyce i współczująco kręciła głową.
— A sama przejdź i zobacz. Twoja młoda gospodyni w ciągu tygodnia tak tam urządziła, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
Budowlańcy dwa dni hałasowali.
Zrobiła porządki tak, jakby wszystko należało tylko do niej.
Taisja tylko machnęła ręką.
Mało to razy Walerii przychodziły do głowy różne pomysły.
Może postanowiła założyć klomb, postawić altankę albo zamówić jakieś huśtawki.
Tydzień temu dzwonił syn Wadim, długo się kręcił, mówił, że żona chce trochę upiększyć działkę.
Taisja wtedy nie sprzeczała się.
Ziemi jest dużo, dla wszystkich miejsca wystarczy.
Swoim tempem ruszyła po zakurzonej polnej drodze.
Historia z tą działką zaczęła się dawno temu.
Pięć lat temu z synem kupili dużą działkę na spółkę.
Budowali razem, doprowadzali ziemię do porządku, każdy kąt urządzali własnymi rękami.
Wadim wtedy jeszcze nie był żonaty i wkładał w działkę całe serce.
A potem pojawiła się Waleria.
Dziewczyna od razu dała do zrozumienia, że potrzebuje natury do wypoczynku, a nie grządek, obornika i wiecznej zabawy z rozsadą.
Taisja nie była z tych, co zmuszają do życia według własnych zasad.
Nie chce człowiek kopać w ziemi — to nie.
Spokojnie oddała młodym prawą połowę działki.
Korzystajcie.
Smażcie szaszłyki.
Opalajcie się na leżakach.
Tylko szklarni, truskawek i studni nie ruszajcie.
Taisja podeszła do bramy i stanęła jak wryta.
Za prętami furtki otwierał się zupełnie obcy widok.
Tam, gdzie wcześniej była zieleń, przestrzeń i zwyczajna działkowa szerokość, teraz działka była przecięta równo na pół.
W samym środku trawnika stał głuchy dwumetrowy mur z bordowej blachy profilowanej.
Nowy, lśniący w majowym słońcu płot brutalnie odciął Taisję od jej własnej poliwęglanowej szklarni i od studni.
— No, to nowina — powiedziała cicho.
Taisja otworzyła furtkę, weszła na działkę i skierowała się do metalowej przegrody.
W płocie widziały drzwiczki.
Pociągnęła za klamkę.
Nie otwiera się.
Zamknięte od środka.
Kobieta postawiła siatkę z rozsadą pomidorów na trawie i głośno zapukała kluczami o metal.
Za płotem natychmiast rozdarł się pies Tuzik.
Potem rozległy się ciężkie kroki, chrzęst żwiru.
Zaskoczyła zasuwka i w prześwicie pojawiła się Waleria.
Miała na sobie spodnie dresowe, adidasy na grubej podeszwie i kardigan zsuwający się z jednego ramienia.
Twarz niezadowolona.
Synowa podparła się pod boki i obrzuciła teściową długim, oceniającym spojrzeniem.
— Czego tu pani puka?
— A tego, że do swoich pomidorów nie mogę przejść.
Taisja skinęła głową w stronę litej metalowej ściany, od której już ciągnęło żarem.
— Pani pomidorów tam już nie ma — powiedziała wyzywająco Waleria i nawet nie ustąpiła miejsca.
— Jak to rozumieć?
Synowa poprawiła kardigan i podniosła brodę.
— A tak to rozumieć. Z Wadimem zdecydowaliśmy się odgrodzić.
Mamy swoją rodzinę, swoje granice i swoje terytorium.
— Wspaniale — odparła równo Taisja.
Patrzyła na dziewczynę spokojnie, choć w środku zaczynało już wrzeć.
— Chcę spokojnie chodzić w stroju kąpielowym i nie łapać na sobie cudzych spojrzeń — ciągnęła Waleria.
— I nie chcę, żeby pani koleżanki-emerytki zaglądały do mnie przez krzaki i omawiały, co robię.
— Chodź choćby w stroju kąpielowym, choćby w skafandrze.
Tylko po co postawiliście płot tak, że odciął mi szklarnię?
— Bo to nasza ziemia!
Waleria podniosła głos, na policzkach pojawiły się czerwone plamy.
— Wadim miesiąc temu przepisał swoją połowę działki na mnie.
Zrobił darowiznę!
Jestem tutaj gospodynią.
Gdzie chcę, tam stawiam płot.
Taisja milcząc patrzyła na synową.
Oto co, znaczy się.
Najpierw “potrzebujemy własnego kąta, jesteśmy młodą rodziną”.
Potem “to moje, ja sama decyduję”.
Stary, sprawdzony chwyt.
Taisja wiedziała, że Wadim w ostatnim czasie całkowicie poddał się żonie i coraz częściej zaczął spełniać jej zachcianki, nawet nie włączając głowy.
Ale żeby tak bezczelnie odciąć dostęp do wody i wieloletnich nasadzeń?
— Walerio — zaczęła Taisja pojednawczo, choć w środku wszystko wrzało z oburzenia.
— Rodzina rodziną, ale szklarnię stawialiśmy za moje pieniądze.
A studnia, między innymi, też została po tamtej stronie.
— To pani problemy!
Synowa dumnie zadarła głowę.
— Radźcie sobie sami.
Chcecie wody — doprowadźcie sobie osobno.
A szklarnia w ogóle psuje mi widok.
Ten foliak kazałam robotnikom do weekendu rozebrać.
Na jego miejscu będzie strefa grillowa.
Taisja milcząc wysłuchała całego tego potoku oburzonej pewności siebie.
Rozebrać cudzą szklarnię — to już było nie tylko chamstwo, a przekroczenie wszystkich granic.
W myślach oszacowała, ile kosztował nowy płot.
Długi, wysoki, na poważnej betonowej podmurówce.
Taka zachcianka wyraźnie kosztowała niemało pieniędzy.
Najprawdopodobniej Wadim znów wlazł w długi dla żonowych pragnień.
Pensję dostał dopiero w zeszłym tygodniu, a i ta prawie w całości poszła na ratę za samochód.
— Znaczy, rozebrać postanowiłaś? — bez żadnego wyrazu zapytała Taisja.
— Tak! I nie trzeba tu urządzać awantur.
— A Wadim gdzie? — spokojnie uściśliła teściowa.
— Do sklepu pojechał — ostro odparła Waleria.
— Ta połowa jest moja.
A jeśli pani jeszcze raz wsunie się na moje terytorium, będę uważać to za nielegalne wtargnięcie do prywatnej własności.
Taisja zamyślona spojrzała na bordową blachę profilowaną.
— Mówią, że dwie kobiety w jednym domu nie wytrzymają — powiedziała cicho.
— A my, wychodzi na to, i na jednej dużej działce się nie zmieściliśmy.
No cóż.
Osobiste granice, to osobiste granice.
Awantury nie wszczynała.
Odwróciła się, podniosła swoją siatkę z rozsadą i niespiesznie poszła do małego domku, który stał po lewej stronie działki.
Za plecami z metalowym zgrzytem zamknęły się drzwiczki w nowym płocie.
Waleria, najwyraźniej, uznała, że wygrała.
Taisja weszła do domu.
Postawiła pakiet z rozsadą na stole jadalnym.
Nalała sobie wody z karafki i piła małymi łykami.
W środku stało się spokojniej.
Złościć się na głupotę — tylko sobie zdrowie psuć.
Miała plan o wiele lepszy, niż krzyczeć przez żelazną ścianę.
Za kilka minut wyszła na ganek i skierowała się do starego szopy-przybudówki.
Właśnie tam, pod daszkiem, znajdowały się główny rozdzielacz i stacja pomp.
Kiedy tylko kupowali działkę, Taisja przezornie umieściła całe serce komunikacyjne działki na swojej połowie — bliżej drogi, przewodów i studni.
Otworzyła metalową skrzynkę.
W środku równymi rzędami stały automaty.
Osobny wyłącznik — na jej domek.
Osobny — na oświetlenie uliczne.
I jeszcze jeden, najpotężniejszy, od którego gruby kabel odchodził pod ziemią prosto do nowego domku Wadima i Walerii.
Klik.
Tulejka opuściła się w dół.
Potem Taisja podeszła do instalacji wodnej.
Główna rura od studni szła do hydroakumulatora, a od niego rozchodziła się na dwa zawory.
Lewy — na ogród i domek Taisji.
Prawy — na plastikową rurę, odchodzącą do młodych.
Taisja z wysiłkiem obróciła czerwony zawór do samego końca.
Odcięte.
Dla pewności wyjęła z szopy ciężką kłódkę, przewlekła ją przez ucha na drzwiczkach skrzynki i zatrzasnęła.
Klucz położyła do kieszeni domowego swetra.
Żyła spokojnie, nikogo nie ruszała, a tu, okazuje się, wokół prywatne posiadłości i niezależność.
No, no.
Pod wieczór na działkę przyjechali goście.
Taisja siedziała na swojej werandzie, czyściła młode ziemniaki i przez małą szczelinę przy furtce obserwowała, jak do połowy Walerii podjechały dwa samochody.
Od razu zagrała głośna muzyka.
Usłyszano radosne głosy, dzwonienie butelek, śmiech.
Wadim, podobno, przywiózł przyjaciół na szaszłyki.
Do Taisji dolatywał piskliwy śmiech jakiejś dziewczyny i gęsty męski bas.
— Nieźle, jaki trawnik zrobili! — głośno powiedział basowy głos.
— A to! — dumnie odpowiedziała Waleria.
— Mamy teraz swoje terytorium.
Nikt nie przeszkadza.
Rusłan, nieś mięso, zaraz smażyć będziemy!
Za dwadzieścia minut muzyka nagle urwała się.
Potem dotarły przytłumione przekleństwa Wadima.
Za nim — rozdrażniony głos Walerii:
— W sensie światła nie ma? Wczoraj przecież wszystko działało!
Ty lodówkę sprawdziłeś? U nas napoje ciepłe się staną!
— Tak nigdzie nie ma — zagubiony odpowiedział Wadim.
— W domu automaty patrzyłem, wszystkie włączone. Może na linii coś się stało?
— Jaka jeszcze linia? U sąsiadów okna świecą!
Niedługo nastąpiła cisza.
A potem rozległ się głośny oburzony krzyk Walerii:
— I wody w kranie nie ma! Ja ręce po węglu umyć nie mogę! Wadim, zrób choć coś!
Jeszcze za pięć minut w furtkę Taisji załomotali.
Ona spokojnie odłożyła nóż, wytarła ręce o fartuch, podeszła do płotu i odsunęła zasuwę.
Przed nią stał Wadim.
Za jego plecami majaczyła Waleria z wykrzywioną od złości twarzą i pobrudzonymi sadzą palcami.
— Mamo, witaj — Wadim zmieszał się i odwrócił wzrok.
— Witaj, synku.
— U was światło jest? A to u nas dlaczegoś wszystko wyłączyło się. I woda nie idzie. Ja pomyślałem, może na ogólnym rozdzielaczu wybiło.
— Światło jest — spokojnie powiedziała Taisja.
— I woda też jest. Rozsadę oto podlałam.
Skinęła głową na wąż, z którego żwawy strumień lał się pod krzak porzeczki.
— A u nas wtedy dlaczego nie ma? — wtrąciła Waleria, odsunąwszy męża ramieniem.
— Wy tam co zrobiliście?
— Ja?
Taisja szczerze rozłożyła ręce.
— Ja nic nie robiłam.
Ja po prostu szanuję wasze osobiste granice.
Ty przecież rano powiedziałaś: wsunę się — będziesz uważać za wtargnięcie.
Oto ja i siedzę na swojej połowie.
Nikogo nie ruszam.
— Przy czym tu granice?! — wybuchła synowa.
— Włączcie wodę!
U nas goście, mi sałatę umyć trzeba i mięso przygotować.
I elektryczność zwróćcie!
— Nie mogę, kochanie.
Taisja oparła się o framugę furtki i spokojnie złożyła ręce na brzuchu.
— U nas teraz, jak zrozumiałam, dwa osobne państwa.
Płot stoi? Stoi.
Terytorium twoje? Twoje.
Tylko jest mała nieprzyjemność.
Studnia wywiercona na mojej ziemi.
Umowa na elektryczność оформлена na moje imię.
Za światło płacę ja, pompę kupowałam ja.
Wadim zagubiony zamrugał.
— Mamo, no ty czego? Jakie umowy? My przecież rodzina.
— Rodziną my byli do tego momentu, póki twoja żona nie zdecydowała odciąć mnie od mojej własnej szklarni — zimno odpowiedziała Taisja.
— Zdrowy dorosły mężczyzna, a idziesz na pasku cudzych zachcianek.
Połowę przeforsowałeś? Młodzieniec.
Tylko komunikacji ty jej razem z ziemią nie podarowałeś.
Waleria poczerwieniała.
— To nielegalnie! Wy nie macie prawa zostawiać nas bez wody!
My też wkładaliśmy w tę działkę!
— Wy wkładaliście w swój domek — spokojnie poprawiła ją teściowa.
— A za wodę i światło — nie.
Tak że wykręcajcie się.
Wierćcie własną studnię.
Stawiajcie osobny słup.
Wzywajcie specjalistów, ciągnijcie kabel.
Wszystko jak u samodzielnych właścicieli.
— Tak wy w ogóle wyobrażacie sobie, ile kosztuje studnia?! — zerwała się Waleria na pisk.
— To przecież ogromne pieniądze!
— Wyobrażam.
Płot wasz, patrzę, też nie za darmo postawili.
Nic, gdzieś uściśniecie się.
— Mamo, no włącz wyłącznik — zanucił Wadim.
— Przed chłopakami niewygodnie.
No przesadziła Lera z płotem, bywa.
Szklarni my nie ruszymy, uczciwie.
— Twoje by słowa, tak na górę — sucho powiedziała Taisja.
Ona nawet nie drgnęła z miejsca.
— Słuchajcie uważnie, młodzieży.
Póki ten bordowy horror stoi w poprzek mojej działki, wyłącznik będzie wyłączony.
Wody też nie będzie.
Chcecie smażyć szaszłyki — grill wam w pomoc.
A ręce wilgotnymi serwetkami przetrzecie.
Pełna niezależność, jak zamawialiście.
— Ja na was do sądu podam! — wykrzyknęła Waleria, złośliwie mrużąc oczy.
— Za samowolę!
— Podawaj — uśmiechnęła się Taisja.
— Tylko najpierw wezwij specjalistę katastralnego.
Niech on tobie wyjaśni, że twój płot wlazł na moją ziemię mniej więcej na półtora metra.
Ja milczałam dla Wadika.
Ale skoro ty zdecydowałaś bawić się we właścicielkę, będziemy mierzyć wszystko do centymetra.
Waleria otworzyła usta, próbując coś odpowiedzieć, ale tylko gorączkowo chwytała powietrze.
Wadim skazany patrzył w ziemię.
— Wszystkiego dobrego.
Osobiste granice na noc zamykają się.
Taisja zamknęła furtkę i zasunęła zasuwę.
Z tamtej strony jeszcze minut dziesięć słyszały się krzyki Walerii i żałosne namowy syna.
Potem zaczęli mówić goście.
Ktoś głośno oburzał się, że nadaremnie przyjechał w taką głuszę bez udogodnień.
Wkrótce zaszumiały opony, samochody odpaliły i jeden za drugim odjechały.
Święto niezależnego terytorium wyraźnie nie wypaliło.
Do następnego weekendu na działce zrobiło się niezwykle przestronnie i jasno.
Głuchej bordowej blachy profilowanej więcej nie było.
Tylko długa pasma przekopanej ziemi ciągnęła się przed całą i nieuszkodzoną szklarnią, jak świeża blizna.
Wadima z Walerią na działce nie okazało się.
Zojka, wyjrzawszy zza swojego płotu, z przyjemnością poinformowała ostatnie nowiny.
Według jej słów, jacyś ponurzy robotnicy dwa dni przeklinali, wyciągali świeże słupy z betonu, ładowali blachy do wynajętej maszyny i wywozili z powrotem.
Taisja spokojnie podeszła do swojego rozdzielacza.
Wyjęła klucz z kieszeni domowego swetra, zdjęła kłódkę i podniosła tulejkę.
Potem obróciła zawór.
Pompa zadowolona zaszumiała, nabierając ciśnienie w rury.
Taisja wzięła konewkę i poszła podlewać pomidory.
O osobistych granicach Waleria więcej nie wspominała.







