— Nocna kukułka zawsze zakuka głośniej niż
dzienna.

Zrozumiałaś, ciociu?
Ałła z irytacją rzuciła na stół błyszczący
katalog drogiej armatury i założyła nogę na
nogę, demonstracyjnie rozsiadając się w fotelu.
Kławdija Andriejewna nic nie odpowiedziała. Spokojnie wyżyła szmatę do ocynkowanego wiadra. Woda głucho chlapnęła o ścianki. Starsza kobieta powoli się wyprostowała, poprawiła niebieski fartuch roboczy i oparła się o drewniany trzonek mopa.
Właściwie to już dawno była na emeryturze.
Mieszkała spokojnie w swoim przytulnym dwupokojowym mieszkaniu, dziergała wnukom skarpetki, uprawiała rozsadę pomidorów na oszklonym balkonie, gotowała dżem i cieszyła się cichymi dniami.
Ale przyjaciółka Faina, która pracowała jako sprzątaczka w tym biurze, nagle zasłabła przez ciśnienie. I to w najbardziej nieodpowiednim momencie. Dzwoniła prawie ze łzami w oczach, prosząc o zastępstwo przynajmniej na parę dni, żeby nie stracić dobrej posady.
Kławdija Andriejewna się zgodziła.
Przy okazji była ciekawa, gdzie teraz pracuje jej syn. A co najważniejsze — z kim ostatnio dzieli gabinet, obiady i wolne wieczory.
Tę samą Ałłoczkę widziała tylko na zdjęciu w telefonie. Igor pokazywał fotkę w zeszły weekend, kiedy wpadł do matki na domowe kotlety. Na zdjęciu dziewczyna uśmiechała się łagodnie, niemal anielsko.
Na żywo przyszła synowa okazała się znacznie głośniejsza, ostrzejsza i bardziej pewna siebie.
Ałła pracowała w tym dziale od niedawna. Stanowisko miała raczej dla pozoru: rozłożyć papiery, zamówić spinacze, przesłać parę maili. Za to szefa oczarowała szybko.
Igorek był perspektywicznym mężczyzną. Dobra pensja, samochód klasy biznes, nowe mieszkanie w przyzwoitej dzielnicy — można od razu przewozić rzeczy i urządzać piękne życie. Pierścionek podarował szybko. Zalecał się hojnie, pięknie, z rozmachem.
A teraz Ałła zachowywała się w biurze jak właścicielka. Przyglądała się, kogo z pracowników po ślubie można będzie usunąć, żeby zwolnić miejsca dla swoich koleżanek.
— To mam przetrzeć po kątach czy pod stołem też? — pokojowo uściśliła Kławdija Andriejewna.
Przestawiła wiadro bliżej masywnej szafy z dokumentami.
— Wszędzie przetrzyj! I szybciej.
Ałła z obrzydzeniem zmarszczyła zgrabny nos.
— Urządzili tu przytułek. Żadnej dyscypliny, wszyscy ledwo się wloką. Najpierw wymień wodę! Rozmazujesz brud po płytkach.
Dziewczyna odsunęła się razem z obrotowym fotelem, jakby bała się, że kropla wody spadnie na jej drogie buty.
— Jutro powiem Igorowi, żeby wynajął normalną firmę sprzątającą. Dość już dobierania jakichś bab z ulicy za grosze. Przez takich jak ty, firma wygląda niepoważnie. Wstyd przed klientami.
Kławdija Andriejewna tylko lekko się uśmiechnęła.
Na korytarzu zaszumiała drukarka. Ktoś z menedżerów głośno rozmawiał przez telefon, żądając pilnego przysłania dokumentów. Biuro żyło swoim zwykłym życiem, udając, że nie zauważa kaprysów przyszłej żony szefa.
Wszyscy już zrozumieli: z tą fifą lepiej nie zadzierać bez potrzeby.
— A Igor, znaczy, wszystko dla was zrobi? — zapytała sprzątaczka, metodycznie wymatając mopem kurz spod sąsiedniego stołu.
— Oczywiście!
Ałła dumnie wyprostowała się w fotelu i poprawiła idealną fryzurę.
— Kocha mnie nad życie. Chucha na mnie.
Wzięła ze stołu pilniczek i zaczęła demonstracyjnie wyrównywać i tak nienaganny manicure.
— Za miesiąc bierzemy ślub i zrobię tu rewolucję w kadrach. Połowę obiboków wyrzucę. Bo tylko siedzą, zajmują miejsce, całymi dniami siedzą w internecie.
— Tak, tak — mruknęła Kławdija Andriejewna, nie podnosząc wzroku znad listwy przypodłogowej.
— Właśnie tak! I w domu też wprowadzę swoje zasady.
Ałła wskazała pilniczkiem w stronę błyszczącego katalogu.
— Bo mówią, że mamusia lubi komenderować. Wiecznie się wtrąca, gdzie nie trzeba. Daje swoje staromodne rady, wciska pojemniki z barszczem. Nic nie szkodzi, szybko ją ustawię.
Samozadowolona uśmiechnęła się pod nosem.
— Mieszkanie teraz będzie nasze. Już upatrzyłam sobie wystrój łazienki. Zamówimy drogie płytki, wszystko wyrzucimy na śmietnik.
Dziewczyna zdmuchnęła z paznokcia niewidzialny pyłek.
— A mamusi powiemy, żeby rzadziej przychodziła w gości. Mamy swoją rodzinę. Nie ma czego szwendać się po cudzych kątach i ustalać swoje porządki. Niech rządzi u siebie.
Kławdija Andriejewna zaśmiała się w duchu.
Ona znała prawdę.
Na to przestronne mieszkanie Igorek pracował jak wół. Pięć lat bez normalnych weekendów, na dwóch etatach, grzbiet zginał, świata poza tym nie widział, jadł byle co i zasypiał prosto przy laptopie.
Zresztą sama Kławdija Andriejewna dołożyła niemało ze swoich skromnych oszczędności, żeby syn szybciej spłacił długi za mieszkanie i żył jak człowiek. Sprzedała nawet działkę z ukochanymi jabłoniami, żeby tylko ułatwić mu życie.
— I mamusię postawisz do pionu? — łagodnie dopytała starsza kobieta.
Przetarła wilgotną szmatą wzdłuż progu.
— A nie boisz się, kochana, że mąż się obrazi? W końcu to matka. Może też dokładała się do tego mieszkania. Nie spała po nocach, odkładała, pomagała.
Ałła parsknęła tak głośno, że aż drgnęły jej złote kolczyki. Odrzuciła pilniczek na stół.
— Przeżyje!
Dziewczyna pochyliła się do przodu.
— Mało kto co tam wkładał. To było przede mną. A teraz to moje gniazdko. Mój teren.
Spojrzała z góry na sprzątaczkę.
— A teraz migiem wycieraj pod moim stołem! Od waszej chemii boli mnie głowa i psuje się nastrój.
Ałła sięgnęła po papierowy kubeczek z niedopitym cappuccino. Szarpnęła ręką zbyt gwałtownie, próbując jednocześnie odsunąć ciężki dziurkacz. Szeroki rękaw modnej jedwabnej bluzki zahaczył o krawędź klawiatury.
Brązowy płyn chlapnął prosto na świeże wydruki.
— Cholera!
Ałła odskoczyła od stołu, omal nie przewracając skórzanego fotela na kółkach.
— Coś ty narobiła?!
Jej głos wzbił się do pisku, od którego aż zatkało uszy.
Umalowany palec oskarżycielsko wycelował w kobietę z wiadrem.
— Ja? — szczerze zdziwiła się Kławdija Andriejewna.
Stała przy szafie z segregatorami — jakieś trzy metry od zalanego blatu.
— Uderzyłaś mopem o podłogę! — zawyła Ałła, wymachując rękami. — Podskoczyłam z zaskoczenia!
Dziewczyna chwyciła serwetki z kartonowego pudełka i zaczęła gorączkowo wycierać mokre kartki. Cappuccino szybko rozlewało się po białym papierze, rozmazując tabele, listy i cyfry.
— To były listy gości na wesele! I menu restauracji!
Ałła prawie płakała ze złości.
— Trzy godziny to układałam! Szybko chodź tutaj i wycieraj stół! Migiem! I wytrzyj podłogę, gdzie nakapało!
Kławdija Andriejewna nie drgnęła.
Spokojnie patrzyła na wykrzywioną wściekłością twarz dziewczyny. Na złe, kłujące oczy, w których nie było ani krzty szacunku. Na pogardliwie wygięte usta.
W głowie starszej kobiety wszystko ostatecznie wskoczyło na swoje miejsce.
Nie było już na co patrzeć.
Obraz stał się jasny co do najmniejszego szczegółu.
— Pańszczyznę już dawno zniesiono — pokojowo powiedziała Kławdija Andriejewna.
Ostrożnie nawinęła wilgotną szmatę na trzonek mopa i oparła go o wiadro.
— Sama wylałaś — sama wycieraj.
Starsza kobieta wytarła ręce o fartuch.
— Bo jeszcze zniszczysz sobie manicure. Kto wtedy będzie wybierał drogą glazurę? Trzeba dbać o piękno do wspólnego życia.
Ałła z tej zuchwałości aż otworzyła usta.
Zgniotła mokrą, kawową serwetkę i z siłą rzuciła ją do plastikowego kosza pod stołem.
— Ty w ogóle rozumiesz, z kim rozmawiasz?!
Słowa jakby utknęły jej w gardle. W sąsiednim dziale nawet drukarka przestała żuć papier, przysłuchując się kłótni.
— Wyrzucę cię na zbity pysk!
Ałła poczerwieniała z wściekłości.
— Będziesz mi do końca życia wypłacać odszkodowanie za zniszczone dokumenty z tej swojej żałosnej emerytury! Jutro wylecisz na bruk, zrozumiałaś?!
W tym momencie próg zaskrzypiał.
W progu gabinetu pojawił się Igor. W rozpiętym drogim płaszczu, z kluczykami do samochodu w dłoni. Wpadł po narzeczoną po ciężkiej naradzie. Zamierzali jechać do sklepu budowlanego wybrać tę samą drogą glazurę do łazienki.
— Ałłoczko, gotowa jesteś? — zapytał z progu, nie zaglądając jeszcze w głąb gabinetu.
Potem jego wzrok zatrzymał się na kobiecie w niebieskim fartuchu.
Igor zamarł w drzwiach, jakby nie wierzył własnym oczom.
— O… mamo. Cześć.
Mrugał z dezorientacją.
— A ty co tutaj robisz? Faina zachorowała? Prosiłem przecież, żebyś dzwoniła, jeśli potrzebujesz pomocy.
Za oknem gwałtownie zapiszczały hamulce autobusu. W rogu gabinetu cicho tykał grzejnik.
Ałła powoli opuściła rękę ze zmiętą mokrą serwetką. Przenosiła zdezorientowany wzrok to na Igora, to na starszą kobietę w niebieskim fartuchu, stojącą obok ocynkowanego wiadra. Docierało do niej powoli, ciężkimi falami, w jaką dziurę właśnie sama się wpędziła.
Kławdija Andriejewna spokojnie oparła się o mop. Skąpo uśmiechnęła się do syna — bez triumfu, bez złośliwości, tylko z tą samą matczyną ciepłością, której nie da się odegrać.
— A bo wiesz, synku — powiedziała cicho. — Wycieram kałużę po twojej narzeczonej.
Skinęła głową na stół, zalany cappuccino.
— I przy okazji omawiamy listy gości na wasz ślub. Bardzo, wiesz, pouczająca wyszła rozmowa. Wiele nowego się dowiedziałam.
Igor zmarszczył brwi.
Spojrzał na lepkie plamy po kawie, na mokre wydruki, potem na Ałłę. Ta nagle pobladła, jakby w jednej chwili uszła z niej cała pewność siebie. Skuliła się, wciągnęła głowę w ramiona i jakby stała się niższa.
— Jakie znowu listy? — zapytał ciężko.
— Zwykłe, ślubne — pokojowo kontynuowała matka.
Poprawiła kołnierzyk roboczego fartucha.
— Przy okazji usłyszałam, jak mają mnie wyrzucać z mojego własnego mieszkania. I o nocnej kukułce też posłuchałam. Bardzo zajmujące.
Kławdija Andriejewna trochę zmrużyła oczy.
— Ciekawe dzisiaj obyczaje u dziewczyn. Okazuje się, że robię tu brud, daję staromodne rady, wciskam pojemniki z barszczem i w ogóle takie baby z ulicy w przyzwoitym biurze nie mają czego szukać.
— Mamo?.. — westchnął Igor.
Ałle to słowo przyszło z wielkim trudem. Jakby nie wypowiedziała go, a przepchnęła przez gardło suchy piasek.
Dziewczyna próbowała odtworzyć swój zwykły czarujący uśmiech. Ale wyszło krzywo, żałośnie i wcale nie przekonująco.
— Ta sama — skinęła głową Kławdija Andriejewna. — Przyszła teściowa. Którą, jak właśnie zrozumiałam, w dom wpuszczać nie mają zamiaru. Bo będziecie mieli swoją rodzinę, drogie płytki i nowe porządki.
Igor wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi, odcinając rozgrywającą się scenę od ciekawskich uszu na korytarzu.
— Ałło, co to przed chwilą było? — zapytał równo.
Głosu nie podniósł, ale od tego w gabinecie stało się jeszcze ciężej i ciaśniej.
Ałła rzuciła się do niego. Wpiła się zadbanymi palcami w rękaw jego drogiego płaszcza.
— Igorku, to nieporozumienie… Prawda… Po prostu…
Gorączkowo dobierała słowa, ale żadne nie brzmiało przekonująco.
— Nie wiedziałam, że to ona! Ona mnie sprowokowała! Specjalnie pukała mopem, przeszkadzała pracować, rozpraszała!
— Czego dokładnie nie wiedziałaś? — przerwał jej chłodno.
Igor zdjął jej rękę ze swojego łokcia, jakby strzepał z ubrania coś nieprzyjemnego.
— Że sprzątaczce można chamować, a mojej matce nie?
Ałła zamarła.
Igor patrzył na nią ciężkim, nieprzyzwyczajenie surowym wzrokiem.
— Czy nie wiedziałaś, że mieszkanie, które już nazywasz swoim terenem, w połowie opłacone jest pieniędzmi mamy? Podczas gdy ty chodziłaś po salonach i przeglądałaś katalogi z płytkami, ona sprzedała działkę, żeby mi pomóc. Ty w ogóle rozumiesz, co gadasz?
Przeniósł wzrok na mokre kartki z menu weselnym, pływające w kawowej kałuży. Potem — na duży pierścionek zaręczynowy, lśniący na palcu Ałły. I na końcu — na matkę, która stała przy szafie spokojnie, prosto, z godnością, jakby żadnej histerii obok nie było.
— Pakuj swoje rzeczy, Ałło — powiedział sucho.
Dziewczyna cofnęła się do stołu i omal nie zahaczyła obcasem o nogę fotela.
— Igorku, no poczekaj! Po prostu jestem zmęczona!
Zaczęła mówić pośpiesznie, prawie płaczącym głosem, próbując przynajmniej jakoś utrzymać walący się obraz pięknego życia.
— Denerwowałam się przez restaurację, przez ślub, kręci mi się w głowie od tych wszystkich trosk! Przecież złożyliśmy papiery!
— Pierścionek zostaw na stole.
Igor cofnął się do drzwi. Wyraźnie nie chciał dalej ciągnąć tego spektaklu, zwłaszcza w biurze, gdzie za ścianą pewnie już wszyscy nasłuchiwali.
— Mamo, kończ tutaj.
Spojrzał na Kławdiję Andriejewnę.
— Zostaw to wiadro. Niech sami sprzątają. Odwiozę cię do domu. Trzeba poważnie porozmawiać. A Fainie wypłacę premię z własnego funduszu. Musiała tak niefortunnie zachorować.
Ałła stała przy stole z twarzą człowieka, któremu właśnie spod nóg wyciągnięto drogi dywan.
Do lata w tym narożnym gabinecie siedział już inny menedżer. Rozgarnięty chłopak: pracował spokojnie, niepotrzebnych papierów z miejsca na miejsce nie przekładał, kaprysów nie urządzał i kawy na ważne dokumenty nie rozlewał.
Kławdija Andriejewna do tego czasu dawno wróciła do swojego zwykłego życia. Ciche wieczory, dzierganie, domowe sprawy, ukochana rozsada na oszklonym balkonie. Przyjaciółka Faina wyzdrowiała, otrzymała od szefa dobrą premię i znowu wróciła do pracy, starannie sprzątając korytarze i gabinety.
Ałły w biurze więcej nie widziano.
Mówiono, że wyjechała do swojego rodzinnego miasta autobusem. Szukać nowego perspektywicznego szefa — koniecznie z mieszkaniem, samochodem i dobrymi pieniędzmi. I najlepiej takiego, którego mama mieszka bardzo daleko.
Najlepiej — gdzieś na drugim końcu kraju.
Żeby już na pewno żadna dzienna kukułka nie zepsuła jej planów.







