— Jesteś tu nikim — powiedziała mi córka męża z pierwszego małżeństwa.

Odpowiedział jej nie jej ojciec, a mój teść…

Teść, Iwan Pietrowicz, prawie nigdy nie

wybuchał krzykiem.

Przez wszystkie lata, w których Wiera mieszkała

w tej rodzinie, zdarzyło się to zaledwie

dwukrotnie — i za każdym razem z jej powodu.

Ale to było później.

A wtedy był całkiem zwyczajny wtorek, z tych, które nie zostają w pamięci.

Wiera rozstawiała talerze — białe, z niebieską obwódką, kupione jeszcze przez teściową — i przysłuchiwała się, jak w korytarzu Arkadij zmaga się ze swoimi butami.

Robocze, ciężkie, z obitymi noskami.

Chodził w nich i na zmianę, i w domu, i na działkę, jakby inne obuwie dla niego nie istniało.

Na małym palcu błyszczał pierścionek z mętną turkusem, którego nigdy nie zdejmował.

Wiera poprawiła widelec, machinalnie dotknęła płatka ucha — tak robiła zawsze, kiedy się denerwowała — i spojrzała na zegar.

Regina miała przyjechać o pierwszej.

W każdą niedzielę Wiera czuła pod żebrami uciążliwy ciężar, jak przed nieprzyjemną kontrolą w pracy.

Wystarczyło, że wyobraziła sobie, jak córka męża z pierwszego małżeństwa wejdzie do mieszkania i obrzuci kuchnię swoim krótkim, oceniającym spojrzeniem spod byka, a od razu robiło się nieswojo.

Regina koniecznie znajdzie, do czego się przyczepić.

Koniecznie wyprowadzi Wierę z równowagi.

Koniecznie po raz kolejny da do zrozumienia: dla niej Wiera jest nikim.

Regina weszła bez dzwonienia.

Klucz miała swój — ojciec dał jej go jeszcze wtedy, gdy Wiera dopiero przeprowadziła się do tego mieszkania.

Smukła, wysportowana, krótko ostrzyżona, zawsze wyglądała nienagannie i z jakiegoś powodu obco w tych murach.

— Tato — przeszła obok Wiery, nawet na nią nie patrząc — a co to za zapach? Coś wam się przypaliło?

Nic się nie przypaliło, Wiera wiedziała to na pewno.

Sprawdziła wszystko dwa razy.

Ale Regina już stała przy kuchence, zdejmowała pokrywkę z garnka, zaglądała do środka i krzywiła się.

— Mama zawsze robiła ryż w multicookerze — rzuciła, nie odwracając się. — Wychodził sypki. A tutaj… no, takie coś.

Arkadij wyszedł z korytarza i winnie uśmiechnął się do Wiery samymi ustami.

Niby, cóż poradzić, przecież to dziecko.

Zawsze tak się uśmiechał, kiedy przyjeżdżała Regina, jakby z góry przepraszał za wszystko, co jego córka zdąży powiedzieć.

A Regina w tym czasie przestawiła chlebak, przesunęła salaterkę bliżej krawędzi i zaczęła przekładać łyżki pewnie, po gospodarsku, jakby przymierzała tę kuchnię do siebie.

Wiera stała z ręcznikiem w rękach i patrzyła, jak cudze palce dotykają i przestawiają jej rzeczy.

W piersi uciskało tak, jakby położono tam ciężką dłoń i nie zabierano jej.

— Każda gospodyni ma swoje przepisy — powiedziała Wiera i postawiła zapiekankę na stole.

Równo pośrodku, między talerzami.

— Spróbuj. Iwan Pietrowicz chwalił.

Regina spojrzała najpierw na zapiekankę, potem na Wierę i nie odpowiedziała.

Po prostu usiadła i zaczęła dłubać widelcem w ryżu, całym swoim wyglądem okazując wstręt.

Podczas obiadu Arkadij dwukrotnie próbował zmienić temat: a to zaczął mówić o pogodzie, a to o pracy.

Ale córka uparcie kontynuowała wbijanie szpilek, za każdym razem znajdując nowy powód, by zaczepić Wierę.

Potem Arkadij wyprowadził Reginę na balkon i przez pięć minut szeptał coś niemal do samego ucha.

Wrócili oboje i Regina zaczęła zachowywać się ciszej, bardziej powściągliwie, ale spojrzenie spod byka nigdzie nie zniknęło.

Wydawało się, że w ogóle nigdy jej nie opuszczało, odkąd Wiera ją pamiętała.

«No przynajmniej trochę się wstawił», — pomyślała z goryczą Wiera.

Po dwóch tygodniach Regina zadzwoniła — rzeczowa, szybka, pełna wigoru.

Mówiła niezwykle uprzejmie, wręcz przesadnie słodko.

Wkrótce stało się jasne dlaczego: potrzebowała pieniędzy.

— Tato, wszystko przeliczyłam. Wynajem niewielkiego lokalu, minimalny remont, chłodnicza witryna na kwiaty — przecież potrzebuję naprawdę niewiele. I to jest inwestycja, tato, nie prezent.

Regina pracowała jako florystka w cudzym salonie i marzyła o otwarciu własnego.

I trzeba przyznać, marzenie nie było puste.

Ręce u dziewczyny rzeczywiście były sprawne, tego nawet Wiera nie mogła zaprzeczyć.

Inną kwestią było — skąd wziąć fundusze na uruchomienie biznesu.

Po tej rozmowie Arkadij chodził po mieszkaniu i nerwowo tarł dłonie jedna o drugą.

Wyraźnie nie wiedział, jak postąpić: córka prosi o pomoc, żona prawdopodobnie będzie przeciwna.

W końcu na coś się zdecydował.

Otworzył szafę w korytarzu, wyjął kopertę, do której z każdą wypłatą odkładali pieniądze, i zaczął przeliczać banknoty.

Wargi mu się poruszały, czoło zmarszczyło się w fałdy.

Stał tak długo, potem schował pieniądze z powrotem i poszedł do kuchni, nie pytając Wiery o nic.

A jeszcze po kilku dniach Regina przyjechała i usiedli z Arkadijem w kuchni z kalkulatorem, wydrukami i planami.

Omawiali projekt.

Wiera wstawiła czajnik, pokroiła ciasto, usiadła obok.

Regina prześlizgnęła się po niej wzrokiem i kontynuowała rozmowę z ojcem tak, jakby przy stole były tylko dwie osoby.

— Jeśli weźmie się od razu dwa lokale — rozważała Regina, skubiąc brzeg kartki — można zrobić i salon, i normalną strefę chłodniczą na kwiaty.

Arkadij kiwał głową.

Wiera obracała na palcu obrączkę, w gardle stał gorący ciężar, a ręce same szukały, czym by się zająć, byle tylko nie siedzieć bezczynnie.

Wieczorem, kiedy Regina wyjechała, Wiera zatrzymała się przy zlewie, wyłączyła wodę i odwróciła się do męża.

— Pieniądze mamy wspólne. Znaczy, i decyzja powinna być wspólna. Czy one są tylko twoje?

Arkadij zamarł z ręcznikiem w rękach i znowu potarł dłonie o siebie.

— Porozmawiam z córką — burknął. — Wyjaśnię, że jesteś przeciw.

Ale nie porozmawiał.

I nie wyjaśnił.

Wiera, zresztą, nie miała nadziei.

Wiedziała: Regina i tak dopnie swego u ojca.

Pomoc przyszła stamtąd, skąd Wiera wcale się jej nie spodziewała.

Pewnego razu zajrzał do nich teść, Iwan Pietrowicz.

Wiera z mężem akurat znowu omawiali, czy warto dawać Reginie pieniądze, a teść, spokojnie popijając herbatę, nagle powiedział:

— Arkasza, przypominasz mi mnie. Ja też milczałem, kiedy trzeba było mówić.

Arkadij podniósł głowę i spojrzał na ojca z niedowierzaniem.

Iwan Pietrowicz więcej nic nie dodał i milcząc, pił dalej herbatę.

Wiera zapamiętała to zdanie.

Potem nie raz wracała do niego myślami, próbując zrozumieć, co dokładnie teść miał na myśli.

Ale wkrótce nie było już kiedy myśleć.

Dwa dni później zadzwoniła Regina.

Poinformowała, że przyjedzie w niedzielę i przywiezie koleżankę, która dobrze zna się na biznesie, żeby razem omówić projekt.

Wiera odłożyła telefon i długo stała przy oknie.

Ręka z przyzwyczajenia powędrowała do płatka ucha — i zatrzymała się w połowie drogi.

Koleżanka miała na imię Swieta.

Cicha, schludna, w dżinsowej spódnicy do kostek, usiadła na skraju stołu i przysunęła krzesło tak, jakby chciała zajmować jak najmniej miejsca.

Od pierwszej minuty Swieta patrzyła prawie tylko w swój talerz.

Regina zaś była w formie.

Mówiła głośno, wymachiwała widelcem, gwałtownie śmiała się krótkimi śmiechami, od których drżały szklanki.

Opowiadała Swiecie o przyszłym salonie i ani razu nie wspomniała, skąd wezmą się pieniądze.

«Tata pomoże» — i tym, według niej, wszystko było wyjaśnione.

Wiera podawała dania i sprzątała naczynia, prawie nie siadając.

Chodziła od kuchenki do stołu i z powrotem trasą, której nie wybierała, ale do której dawno przywykła.

Iwan Pietrowicz też przyszedł.

Siedział na swoim zwykłym miejscu, jadł niespiesznie i powoli sączył herbatę.

Arkadij uśmiechał się do córki i starannie nie odwracał głowy w stronę żony.

— Wiera, jeszcze chleba — rzuciła Regina, nie podnosząc oczu z talerza.

Wiera przyniosła.

— I sól. Znowu niedosolone.

Wiera przyniosła i sól.

Swieta wcisnęła się w krzesło, wyraźnie czując się nieswojo.

A potem Regina wypowiedziała to między słowami, jakby chodziło o jakąś drobnostkę:

— Tato, przyjdziesz na otwarcie salonu? Tylko przyjdź sam. Chcę, żeby tam byli tylko swoi, bez osób postronnych.

— Regina — zaczął Arkadij.

— Co „Regina”? — odwróciła się do Wiery, i Wiera znowu zobaczyła to samo spojrzenie spod byka — znajome, ciężkie, dawno znudzone. — Jesteś tu nikim i sama doskonale o tym wiesz. Nie ma nawet o co pytać.

Swieta spuściła wzrok.

Arkadij zastygł.

Jego palce leżały na skraju stołu, pierścionek z turkusem na małym palcu matowo błysnął.

Twarz mu pobladła, ale milczał.

Wiera poczuła, jak lewa ręka z przyzwyczajenia drgnęła do ucha, ale zatrzymała się w połowie drogi i spoczęła na blacie.

I wtedy Iwan Pietrowicz uderzył dłonią w stół.

Nie tak mocno, żeby przewróciły się szklanki albo podskoczył chlebak.

Ale dźwięk wyszedł tak ostry i głośny, że Regina od razu się uciszyła.

— Wystarczy — powiedział i oblizał zaschnięte wargi. — Milczałem pół wieku, Regina. Pół wieku. Mam z pierwszego małżeństwa dwoje dzieci. Dwoje. Odszedłem do twojej babci, a oni zostali. I milczałem, kiedy moi krewni mówili jej prawie to samo, co ty teraz powiedziałaś Wierze. Myślałem: nic, samo przejdzie, jakoś się ułoży. Nie ułożyło się. Żona w końcu odeszła ode mnie. Nie mogła wybaczyć. Wszystkim potem tłumaczyliśmy, że nie zeszliśmy się charakterami, ale ja znałem prawdziwą przyczynę: ani razu nie stanąłem po jej stronie.

Odwrócił się do syna.

— Ty teraz powtarzasz mój błąd. Siedzisz i milczysz. Będziesz milczał dalej — stracisz żonę. A ty — Iwan Pietrowicz przeniósł wzrok na Reginę — stracisz ojca. Bo pewnego dnia i tak będzie musiał wybierać. I nie jest powiedziane, że wybierze ciebie.

Regina otworzyła usta, ale nie wypowiedziała ani słowa.

Po raz pierwszy od tego czasu.

Swieta wczepiła się obiema rękami w brzeg stołu.

Wtedy Wiera wstała.

Ręcznik, który do tej pory ściskała w dłoniach, spoczął na oparciu krzesła, starannie złożony na pół.

Spojrzała na Reginę i przemówiła cicho, ale bardzo wyraźnie, jakby układała każde słowo na stole przed wszystkimi.

— Pieniądze, o które prosisz ojca na salon, należą nie tylko do niego. Są też moje. Odkładałam je z każdej wypłaty. Pensja kasjera, Regina, nie jest taka duża, ale przez kilka lat uzbierała się przyzwoita suma. Połowa produktów w tej lodówce, które jesz w niedziele, też kupiona za moje pieniądze. Połowa opłat komunalnych — też moja. I ten stół co tydzień nakrywam ja. A ty przez cały ten czas ani razu nawet paczki ciastek do herbaty nie przyniosłaś. Ciągle powtarzasz, że jestem obca, ale przy tym spokojnie korzystasz z moich pieniędzy.

Wzięła talerz Reginy i zaniosła go do kuchni.

— Jeśli jestem dla ciebie „nikim” — powiedziała Wiera już z kuchni, nie podnosząc głosu — to u „nikogo” nie prosi się o pomoc.

Po tych słowach poszła do pokoju.

Minęła wiosna.

Salon kwiatowy Regina jednak otworzyła.

Sama, bez cudzych pieniędzy.

Prawda, musiała wziąć najmniejszy lokal, ale interes uruchomiła.

Do ojca teraz przychodziła tylko w dni powszednie, kiedy Wiery nie było w domu.

Z dziadkiem przestała rozmawiać całkowicie.

Kilka dni po tym obiedzie Arkadij chodził po mieszkaniu jak obcy.

Tarł dłonie, prawie nie rozmawiał, źle spał.

Potem usiadł naprzeciw Wiery i wykrztusił:

— Nie powinnaś była tak mówić do Reginy.

Wiera spojrzała mu prosto w oczy i odpowiedziała:

— Słusznie. Bo to powinieneś był powiedzieć ty.

Iwan Pietrowicz nie przestał do nich zaglądać.

Tylko po tamtej rozmowie jakby trochę się zmienił.

Zaczął częściej się uśmiechać, spokojniej siedział za stołem, mniej się garbił.

Jakby słowa, które nosił w sobie pół wieku, okazały się cięższe, niż myślał.

Wyrzucił z siebie — i jakby zrzucił z barków stary ciężar.

A Wierze stało się lżej.

W końcu otrzymała wsparcie.

Niech nie od męża.

A od człowieka, od którego wcale nie spodziewała się pomocy.

Mit Freunden teilen