Okazało się, że bierze pieniądze za moją pracę…
– Do rana skrócisz, potrafisz to przecież –

Oksana postawiła ciężką torbę prosto
pod moimi stopami.
W środku leżały ubrania jej koleżanek.
Do każdej rzeczy były przypięte karteczki z notatkami: tu skrócić długość, tam zwęzić, tu poszerzyć.
– Oksana, ja właściwie… – spróbowałem zaprotestować.
Ale szwagierka była już w myślach gdzieś daleko.
– Vera, potem porozmawiamy, potem – machnęła ręką.
– No to na razie, pa!
I zniknęła za drzwiami.
Nazywam się Vera.
Szyć potrafię właściwie od dzieciństwa, ale nigdy nie byłam profesjonalną krawcową i nie zarabiałam na tym pieniędzy.
Moja główna praca jest zupełnie inna.
Zajmuję się nieruchomościami: pokazuję mieszkania potencjalnym kupcom, omawiam cenę z właścicielami, oprowadzam ludzi po pokojach, kuchniach, loggiach, wyjaśniam zalety i wady mieszkań.
Praca jest nerwowa.
Po całym dniu telefonów, negocjacji i pokazów pod wieczór w głowie zaczyna brzęczeć jak transformator.
A szycie zawsze pozostawało moją osobistą przyjemnością.
W domu stoi stara maszyna mojej mamy z napędem nożnym.
Ciężka, żeliwna, cała pokryta małymi rysami, które pojawiły się przez dziesięciolecia pracy.
Czasami wieczorem, kiedy telefon w końcu przestawał dzwonić, włączałam lampkę nocną, siadałam do maszyny i spokojnie szyłam sobie spódnicę, sukienkę lub nową koszulę dla męża.
Dla mnie była to niemal medytacja.
Mama zapoznała mnie z maszyną jeszcze w dzieciństwie.
Najpierw pozwalała mi szyć proste ściegi na kawałkach materiału.
Potem nauczyłam się robić łapki kuchenne, zaraz potem pojawiły się pierwsze poszewki na poduszki.
Z czasem doszłam do spódnic i sukienek.
Ale główna zasada pozostawała niezmieniona: szyję wtedy, kiedy mam na to ochotę.
Nie na rozkaz.
Nie na określony termin.
I już na pewno nie po ciężkim dniu pracy z poczucia obowiązku.
Oksana była rodzoną siostrą mojego męża Leonidasa.
Kobieta efektowna: szczupła, zawsze zadbana, z głośnym, ostrym śmiechem, od którego przy sąsiednich stolikach w kawiarni ludzie mimo woli się odwracali.
Lubiła ubierać się drogo.
Prawda, częściej kupowała markowe rzeczy na wyprzedażach i zupełnie nie patrzyła na rozmiar.
A potem narzekała, że jedno wisi jak worek, drugie gniecie w ramionach, trzecie ciągnie pod pachami.
Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie.
Wiosną Oksana kupiła sobie na urodziny ładną sukienkę z cienkiego wełnianego materiału.
Kosztowała sporo, a leżała obrzydliwie – talia zniknęła, plecy odstawały, dół okazał się dłuższy niż trzeba.
Przybiegła do mnie prawie ze łzami w oczach.
Wyrzucić szkoda, oddać już nie można, a nosić się nie da.
Zgodziłam się pomóc.
W ciągu dwóch wieczorów przerobiłam zaszewki, nieco zwęziłam w talii, skróciłam dół.
Trzeba było się pomęczyć, ale wynik wyszedł wspaniały.
Oksana założyła sukienkę i przez kilka minut kręciła się przed lustrem.
– Verka, no jesteś czarodziejką! – zachwycała się.
– Złote ręce!
Spójrz, ona teraz w ogóle leży idealnie!
Nawet mnie uściskała.
Było mi miło.
W końcu pomogłam krewniaczce, sukienkę udało się uratować, a przy okazji czerpałam przyjemność z pracy.
Gdybyśmy wtedy wiedzieli, w co zamieni się ta mała przysługa.
Około tygodnia później Oksana pojawiła się ponownie.
Tym razem z torbou.
Nawet się ucieszyłam.
Pomyślałam, że znowu ma jakąś rzecz, która źle leży.
– Veruny, tu dosłownie drobiazgi – oznajmiła i wytrzepała zawartość torby na kanapę.
Okazało się, że są tam spodnie, szeroka marynarka i błyszcząca spódnica.
– Tylko nie zdziw się, że rzeczy nie są moje.
To Rita przekazała z pracy.
Powiedziałam, że moja bratowa świetnie szyje, a ona od razu się zainteresowała.
Więc patrz.
Spodnie trzeba skrócić, marynarkę trochę dopasować do sylwetki, a spódnicę wypuścić po bokach.
Do piątku musimy zdążyć, bo mamy korporację.
Przez chwilę patrzyłam w milczeniu na ubrania.
Jaka jeszcze Rita?
Dlaczego jej korporacja nagle miała stać się moim problemem?
Na piątek miałam właściwie inne plany.
Chciałam w końcu kontynuować szycie własnej bluzki.
– Oksana, ja właściwie pracuję cały tydzień – przypomniałam ostrożnie.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
– Przecież tu roboty maksymalnie na pół godziny! – powiedziała wesoło.
– No czego ci szkodzi?
Przecież potrafisz.
Pół godziny, oczywiście, mocno zaniżyła.
Ze spodniami poradziłam sobie w około półtorej godziny.
Ale marynarka okazała się prawdziwą karą.
Materiał podszewkowy sypał się, ramiona były pierwotnie źle skrojone, a kilka guzików trzymało się dosłownie na dwóch nitkach.
Siedziałam nad nią prawie do nocy.
Ale wszystko zrobiłam.
Nie dlatego, że szczególnie obchodziła mnie nieznana Rita.
Po prostu nie chciałam robić awantury o kilka rzeczy.
Ja i Leonidas i tak mamy niewielu krewnych.
Wydawało mi się głupie psuć relacje z jego siostrą z powodu jakichś spodni i marynarki.
W piątek Oksana wpadła po zamówienie.
Szybko złożyła ubrania do ładnej sklepowej torby i tradycyjnie cmoknęła powietrze obok mojego policzka.
– Ojej, Vieroczka, dzięki!
Rita przekazała ci czekoladę, ale zostawiłam ją w samochodzie.
Nic nie szkodzi, następnym razem przyniosę, dobrze?
Odprowadziłam ją wzrokiem.
Żadnego „następnego razu” nie planowałam.
A jednak samo to sformułowanie jakoś mnie zaniepokoiło.
Ale postanowiłam nie wymyślać niczego na siłę.
Mało to co człowiek powie mimochodem.
Jednak następny raz faktycznie nadszedł.
Przy tym dość szybko.
I torba tym razem okazała się dużo większa.
Otworzyłam ją i zobaczyłam kilka sukienek, bluzki, parę spodni w kant i jeszcze kilka innych rzeczy.
I prawie wszystko było cudze.
– Tu dziewczyny nazbierały – wyjaśniła całkiem zwyczajnie Oksana.
– No a ja co?
Odmówić im czy co?
Przecież już wiedzą, że mam obok taką mistrzyni.
W ogóle, Vieruny, to wszystko trzeba przygotować na następny weekend.
Lienka ma tam ślub krewnej, Tamara jakąś uroczystość…
A ta sukienka jest moja.
Też trzeba ją trochę przerobić.
Dobrze?
Powoli osunęłam się na pufę.
Nagle zrobiło mi się trudno oddychać.
– Oksana – zapytałam – a pomyślałaś chociaż raz, żeby zapytać mnie, czy chcę się tym zajmować?
Zdziwęła się.
– W sensie?
– Dosłownie.
Tutaj jest pracy na co najmniej dwa tygodnie, jeśli siedzieć przy maszynie każdego wieczoru.
Oksana przewróciła oczami.
– Oj, Vierka, tylko nie zaczynaj.
Maszyna i tak stoi bezużytecznie.
Prądu prawie nie zużywa.
Sama przecież mówiłaś, że odpoczywasz przy tym zajęciu.
Albo tylko udawałaś?
Zrobiło mi się przykro.
– Nie, nie udawałam – odpowiedziałam po krótkiej przerwie.
– Dobra.
Zrobię.
I znów sama zagięłam się w pułapkę.
W ciągu dnia biegałam między mieszkaniami, omawiałam ceny, pokazywałam kupującym kuchnie i łazienki, odpowiadałam na nieskończone telefony.
Wieczorem wracałam do domu, gotowałam obiad, sprzątałam kuchnię.
Kiedy Lenya kładł się spać, siadałam do maszyny.
I szyłam.
Spódnica jednej z koleżanek Oksany była pokryta cekinami, które sypały się przy każdym dotknięciu.
Po pracy cały dywan był usypany drobnym, kłującym blichtrem.
Potem długo wybierałam go palcami.
Bluzka Tamary miała słaby szew boczny, który rwał się dosłownie w rękach.
Z każdym wieczorem zmęczenie stawało się coraz silniejsze.
A moja własna wiśniowa bluzka tak i wisiała obok lustra.
Zaczęłam ją jeszcze wiosną.
Materiał był prawie w tym samym odcieniu, z którego później uszyłam prezent dla teściowej.
Bluzce brakowało niedokończonego drugiego rękawa.
Każdej nocy mijałam ją i czułam na sobie niemy wyrzut.
Dla innych czas się znajdował.
Dla siebie – nigdy.
Pewnego razu w sobotę wpadła do mnie Swietlana, moja bliska przyjaciółka.
Zaledwie przekroczyła próg, gdy zatrzymała się i ze zdziwieniem rozejrzała.
W przedpokoju stały torby z rzeczami.
Na oparciu krzesła wisiała sukienka.
Na kanapie leżała marynarka.
– Vier, czy ty otworzyłaś podziemne atelier?
– zapytała.
– I ile ci za to płacą?
Niezręcznie machnęłam ręką.
– Nic.
To znajomi Oksany.
Tak po koleżeńsku pomagam.
Swietlana usiadła i podparła policzek dłonią.
– Poczekaj.
Twoje własne płaszcz wisi już trzeci rok z urwaną podszewką.
Sama go widziałam.
A ty nieznanym Tamarom i Lienkom po nocach przerabiasz ubrania.
Sama nie uważasz tego za dziwne?
Nie odpowiedziałam.
Nie było mi do śmiechu.
Wręcz przeciwnie, zrobiło mi się obrzydliwie i dlaczegoś wstyd.
Chociaż wstydzić się, wydawałoby się, wcale nie powinnam ja.
Wtedy właśnie po raz pierwszy pojawiła się myśl: spakować wszystkie cudze rzeczy z powrotem, przywieźć Oksanie i wysypać tak samo pod jej drzwiami, jak ona regularnie wysypuje je u mnie.
Nawet wyobraziłam sobie ten obraz.
I od razu przestraszyłam się własnych myśli.
W końcu krewniaczka.
Tak chyba nie wypada.
Minęło jeszcze trochę czasu.
Teściowa miała urodziny.
Przygotowałam jej prezent sama – uszyłam piękną bluzkę z miękkiego wiśniowego krepsatyny.
Zrobiłam schludny kołnierzyk stójkę, jaki szczególnie lubiła.
Kiedy przyjechaliśmy, teściowa od razu przyłożyła bluzkę do siebie przed lustrem.
– Vieroczka!
Co za piękno!
Wyszukała mnie w oba policzki.
Przy świątecznym stole było przytulnie i głośno.
Wszyscy rozmawiali, śmiali się.
I nagle zaczerwieniona Oksana postanowiła zabrać głos.
– A czy w ogóle wiecie, kto cały czas zapewnia naszej Vierze pracę?
– ogłosiła głośno na cały pokój.
– Ja!
Kilka osób spojrzało na nią z zainteresowaniem.
Oksana kontynuowała zadowolona:
– A co?
Niech nie traci umiejętności.
Rzeczy, oczywiście, przynoszę dużo.
Ale za to ręce stale w pracy.
A jej nieruchomości… sami wiecie: dzisiaj transakcje są, jutro nie ma.
Niech choć trochę dorobi.
Wszystko zorganizowałem po rodzinnemu, z czystego serca!
Przy stole zgodnie zahuczano.
Teściowa czule pogładziła mnie po ręce.
– Przecież Oksana ma rację, Vieroczka.
Takich złotych rąk nie można zostawiać bez pracy.
Siedziałam i czułam, jak twarz stopniowo zalewa się żarem.
Wszystko we mnie zaciskało się w bolesny węzel.
I chodziło nawet nie tyle o słowa Oksany.
Niedługo przed ucztą jedna z krewnych odciągnęła mnie na bok i coś opowiedziała.
Okazuje się, że Oksana kiedyś wypiła za dużo i wygadała się: od swoich znajomych brała pieniądze za przeróbki ubrań.
Czyli przyjaciółki płaciły jej.
A pracowałam ja.
Za darmo.
Ani słowa o pieniądzach Oksana mi ani razu nie powiedziała.
I teraz jeszcze opowiadała wszystkim, że rzekomo pomaga mi „dorobić”.
Nie zaczęłam wyjaśniać relacji przy świątecznym stole.
Po co psuć urodziny teściowej?
Ale w tamtym momencie decyzja była już podjęta.
Rano zebrałam do dużej torby wszystkie rzeczy, które Oksana przyniosła jako ostatnie.
Żadnej nie dotknęłam.
Tylko jej własną sukienkę w końcu dokończyłam.
Przywiozłam torbę do szwagierki i zadzwoniłam.
Otworzyła niemal od razu.
– Zabieraj – powiedziałam, wyciągając jej torbę.
– Tu jest wszystko, co przyniosłaś.
Cudze rzeczy nietknięte.
Twoją sukienkę dokończyłam, możesz nosić.
A całą resztę zawieź do zakładu.
Zrobią tam za opłatą, po wcześniejszym umówieniu i po przymiance.
Oksana przez kilka sekund mrugała oczami.
– Vier, co ty robisz?
Jaki jeszcze zakład?
Przecież jesteśmy rodziną!
– Właśnie, rodziną – zgodziłam się spokojnie.
– Rodzinie mogę faktycznie coś uszyć lub przerobić.
Ale tylko wtedy, kiedy sama tego chcę.
A pracować według cudzych terminów, wykonywać polecenia i przy tym jeszcze pozwalać komuś zarabiać na moim trudzie nie zamierzam dłużej.
Jej twarz gwałtownie się zmieniła.
– Czy ty w ogóle rozumiesz, w jakiej sytuacji mnie stawiasz?
Obiecałam ludziom!
– Obiecałaś ty – odpowiedziałam.
– Znaczy, tobie i tłumaczyć.
– Jak możesz?
Ja przecież…
Oksana jeszcze coś mówiła, ale ja już się odwróciłam i poszłam w stronę schodów.
Słuchać dalszego ciągu nie chciałam.
Od tego czasu minęły około trzy miesiące.
Według wspólnych znajomych Oksana opowiada wszystkim, że uwierzyłam w siebie nie wiadomo co.
Ze mną prawie nie rozmawia i nawet wita się co drugą wizytę.
Uważa, że specjalnie postawiłam ją w nieprzyjemnym świetle przed przyjaciółkami.
Niech uważa.
Niech opowiada co chce.
Za to wieczorami znów szyję tylko wtedy, kiedy sama chcę.
Niedawno w końcu wyciągnęłam z szafy mój własny płaszcz, który przez kilka lat wisiał z rozerwaną podszewką.
Spokojnie usiadłam do maszyny.
Włączyłam lampkę nocną.
Dobrałam odpowiedni materiał.
I w jeden wieczór wszystko starannie naprawiłam.
Teraz go noszę i za każdym razem się cieszę.
I wiecie, dlaczegoś wcale nie tęsknię za torbami koleżanek Oksany.
***
Czy Vera słusznie postąpiła, oddając szwagierce wszystkie cudze rzeczy, pomimo że ta zdążyła już coś obiecać znajomym?
Czy też należało najpierw skończyć przyjęte rzeczy, a dopiero potem poważnie porozmawiać z Oksaną i wyznaczyć granice?







