Do samotności i ciszy przyzwyczajałam
się długo.

Przez pierwszy okres siłą inwencji wciąż
chciałam kogoś wołać na kolację, nasłuchiwałam
kroków za drzwiami pokoju, łapałam się na tym,
że czekam na zwykły ruch w przedpokoju.
Żenię straciłam w marcu. Dopiero bliżej jesieni przestałam automatycznie wyciągać z szafy drugi talerz i stawiać go na stole. Ostry ból stopniowo przytępił się, a zamiast niego przyszło inne uczucie — jasne zrozumienie tego, jak puste stało się mieszkanie.
Ratowała praca.
W pralni chemicznej, w której pracowałam, od rana do wieczora był tłum ludzi. Ktoś przynosił płaszcze, ktoś puchówki, pledy, zasłony, garnitury. Przyjmowałam rzeczy, uważnie je oglądałam, zaznaczałam plamy, wypisywałam kwity i tłumaczyłam klientom terminy. Za ladą dzień mijał szybko.
A wieczorem wracałam do swojego dwupokojowego mieszkania na czwartym piętrze starego ceglanego domu. Wcześniej wydawało się zwykłe, przytulne. Teraz zaś dla jednej osoby zrobiło się w nim jakby zbyt dużo przestrzeni.
Za ścianą mieszkał Rusłan.
Przeprowadził się do sąsiedniego mieszkania jeszcze około dwa lata przed śmiercią Żeni. Wtedy nasza znajomość ograniczała się do zwykłych sąsiedzkich powitań. Spotkamy się przy skrzynkach pocztowych – przywitamy się. Czasami wpadniemy na siebie w sklepie na parterze – wymienimy parę zdań.
Wiedziałam o nim niewiele. Wiek – około sześćdziesięciu lat. Pracował gdzieś w zaopatrzeniu. Żona, o ile mi wiadomo, kilka lat temu wyjechała mieszkać do innego miasta.
Jesienią Rusłan zaczął poświęcać mi więcej uwagi.
To przytrzyma drzwiami w klatce schodowej, to podchwyci ciężką paczkę. Czasami pyta, jak się czuję, jak minął dzień, i rzeczywiście słuchał odpowiedzi, nie przerywając.
Był wysokim, barczystym mężczyzną, prawie o głowę wyższym ode mnie. Obok niego początkowo czułam się nieco skrępowana.
Pewnego dnia w październiku Rusłan dogonił mnie przy samym wejściu. Bez zbędnych słów zabrał z ręki torbę z zakupami i zapytał:
— Ałło, czy tobie onej nie jest ciężko ze wszystkim sobie radzić?
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
Skąd zna moje imię, długo nie musiałam zgadywać – na pewno usłyszał od sąsiadów.
— W sensie? – tylko zapytałam.
— No, gospodarstwo, mieszkanie, sklepy, wszelkie drobne sprawy – wyjaśnił. – Jeśli coś będzie potrzebne, mów. Mieszkam przez ścianę. Zajść pomóc mi nietrudno.
Wtedy tylko podziękowałam.
Ale bardzo szybko jego pomoc rzeczywiście była potrzebna.
Mniej więcej tydzień później zaczęły się problemy z domykaniem drzwi na balkon. Długo męczyłam się sama, potem w końcu zapukałam do Rusłana.
Przyszedł ze skrzynką narzędzi, w jakieś dwadzieścia minut poradził sobie z zawiasami, coś podciągnął, dokręcił, i drzwi znowu zaczęły domykać się normalnie.
— Chcesz herbaty? – zaproponowałam.
— Dziękuję, nie trzeba – odmówił. – Odpoczywaj.
I od razu wyszedł.
Jeszcze parę dni później pomógł zamontować karnisz w sypialni. Wcześniej kilka razy próbowałam znaleźć fachowca, ale jakoś nie wychodziło.
Potem Rusłan pewnego dnia przyniósł słoik dżemu.
Po tym zaczął czasami zachodzić wieczorami na herbatę. Mówił niewiele. Głównie mnie słuchał.
Łarysa, moja koleżanka, dość szybko wszystko zauważyła.
Pewnego razu uśmiechnęła się chytrze i zapytała:
— No co, pojawił się wielbiciel?
— Jaki znowu wielbiciel? Po prostu sąsiad.
— Ałło, mężczyzna, który dobrowolnie wiesza kobiecie karnisze, to już nie do końca po prostu sąsiad.
Zaśmiałam się i machnęłam ręką.
W moim wieku takie rozmowy wydawały mi się prawie śmieszne.
Jednak pewnego dnia Rusłan zadał pytanie, które powinno było zmusić mnie do zastanowienia się znacznie wcześniej.
Tego dnia zaszedł oddać narzędzia Żeni. Po śmierci męża czasami dawałam je sąsiadom, jeśli komuś były potrzebne wiertarka albo śrubokręty.
Rusłan zatrzymał się w przedpokoju, okiem objął ściany, szafę, drzwi.
I niespodziewanie zapytał:
— Ałło, czy mieszkanie jest twoją własnością? Jest sprywatyzowane?
Nawet nie od razu zrozumiałam, po co mu to wiedzieć.
— Tak, oczywiście. Sprywatyzowane.
Przytaknął z aprobatą.
— I słusznie. Teraz pełno różnych historii. Zwłaszcza samotnych ludzi często próbują oszukać – to przez dokumenty, to przez wątpliwych pośredników. Z nieruchomościami trzeba być ostrożniejszym.
Powiedziano to takim troskliwym tonem, że czujność szybko minęła.
Kiedy Rusłan wyszedł, zamknęłam drzwi i jeszcze przez jakiś czas stałam w korytarzu.
Jego pytanie jednak nie dawało spokoju.
Dlaczego zainteresowało go, do kogo należy mieszkanie?
Ale potem sama siebie uspokoiłam.
Kto wie. Może słyszał jakąś historię o oszustach. Może rzeczywiście chciał ostrzec.
Po stracie bliskiej osoby w ogóle stałam się bardziej podejrzliwa, więc postanowiłam, że po prostu się nakręcam.
Niedługo przed Nowym Rokiem Rusłan przytulił małą sztuczną choinkę.
— Samemu bez święta całkiem smutno – powiedział i, praktycznie nie pytając o pozwolenie, postawił ją w kącie salonu.
Nie sprzeciwiałam się.
Z choinką pokój rzeczywiście ożył.
Piliśmy herbatę, a Rusłan tamtego wieczoru dużo opowiadał o swoim życiu. Skarżył się, że ma hałaśliwego sąsiada, który często pije, ściany są cienkie, z okien ciągnie chłodem.
— Człowiek jednak powinien żyć po ludzku – wywodził, wyciągając nogi pod stołem. – Normalne warunki są potrzebne każdemu. Zgadzasz się?
— Oczywiście – odpowiedziałam.
Zrobiło mi się go nawet żal.
W końcu wiek już nie młody, a trzeba żyć w ciasnocie, słuchać cudzego hałasu, znosić niedogodności bytowe.
W styczniu rozmowy stopniowo się zmieniły.
Rusłan coraz częściej mówił, że dla jednej kobiety dwupokojowe mieszkanie jest zbyt duże.
Przypominał, że opłaty komunalne rosną.
Rozważał, że we dwoje byłoby prościej: koszty na pół, mężczyzna w domu, pomoc pod ręką.
Pewnego razu powiedział wprost:
— Przecież nie proponuję koniecznie oficjalnego ślubu. Można po prostu żyć razem. Praktycznie. I zameldować mnie u ciebie.
To już zabrzmiało dziwnie.
Przez cały czas ani razu nie powiedział, że mu się podobam.
Ani razu nie wypowiedział niczego o uczuciach.
Wszystkie rozmowy niezmiennie sprowadzały się do metrów kwadratowych, rachunków i meldunku.
— Pomyślę – odpowiedziałam.
Rusłan spokojnie skinął głową.
Kiedy opowiedziałam wszystko Łarysie, ta dosłownie uderzyła palcem w ladę.
— Ałło, mówisz poważnie? Nie widzisz, że potrzebne mu jest twoje mieszkanie?
— Daj spokój.
— Nic nie dam spokoju. Najpierw zameldujesz. Potem spróbuj wymeldować. A nuż dobrowolnie nie zechce? Zaczną się sądy, nerwy, prawnicy. Po co ci takie szczęście?
— Przesadzasz.
— Nic podobnego. Takie historie ciągle się zdarzają. Najpierw pojawia się dobry, troskliwy mężczyzna. Pomoże przynieść torby, powiesi karnisz, podkręci kran. A potem okazuje się, że interesowały go wcale nie oczy kobiety, a jej mieszkanie.
Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
Bardzo chciało mi się wierzyć, że Łarysa się myli.
Ponieważ jeśli ma rację, to znaczy, że przez cały ten czas brałam wyrachowanie za troskę.
Uświadomienie sobie tego było poniżające.
Przez kolejne dwa tygodnie nic nie powiedziałam Rusłanowi.
Nadal przychodził na herbatę.
A potem zaczął nienachalnie badać, czy mam spadkobierców.
Wtedy to nieprzyjemne uczucie stało się prawie pewnością.
W lutym wpadła do mnie sąsiadka Zoja pożyczyć soli.
Postala na kuchni, pomięła się i nagle cicho powiedziała:
— Ałło, chciałam ci powiedzieć… Rusłan tu na podwórku chwalił się przed znajomymi.
Zaniepokoiłam się.
— Czym?
— Mówił, że niedługo rozwiąże kwestię mieszkaniową. Że przeprowadzi się do dobrego mieszkania. Tak zrozumiałam, że chodzi o twoje.
Powoli odstawiłam solniczkę z powrotem na półkę.
Wtedy do mnie dotarło ostatecznie.
Może nie od razu.
Może za późno.
Ale dotarło.
Trzeba było coś postanowić.
Najprostsza opcja – przestać otwierać drzwi, nie odpowiadać na telefony i sprowadzić kontakt do suchego „dzień dobry”.
Ale wydało mi się to za mało.
Człowiek, który celowo szuka samotnej kobiety z mieszkaniem i stopniowo wkrada się w jej zaufanie, po jednej odmowie może po prostu ruszyć szukać innej.
A następna okaże się bardziej ufną.
Więc zachciało mi się, żeby Rusłan przynajmniej raz znalazł się w sytuacji, w której jego intencje przyjdzie się tłumaczyć na głos.
Tydzień później sąsiadka Lena wyprawiała imieniny.
Ludzi zebrało się dużo: krewni, przyjaciółki, sąsiedzi.
Wcześniej zapytałam gospodynię:
— Leno, czy mogę zaprosić Rusłana? Jako swojego znajomego.
Spojrzała na mnie jakimś szczególnym wzrokiem, ale pytań zadawać nie zaczęła.
— Zapraszaj.
Stół był bogaty, świąteczny.
Rusłan siedział obok mnie. Zachowywał się nienagannie. Dolewał napojów, podawał dania, interesował się, czy jest mi wygodnie.
Przez swój wzrost cały czas nieco pochylał się w moją stronę.
Niektórzy goście wymieniali spojrzenia z aprobatującymi uśmiechami.
Kiedy podano tort, wstałam.
— Rusłanie – powiedziałam spokojnie. – Chcę zadać ci jedno pytanie. Przy wszystkich.
Lekko się zdziwił.
— Oczywiście.
— Dlaczego tak bardzo interesuje cię moje sprywatyzowane mieszkanie?
Uśmiech na jego twarzy stał się napięty.
— Ałło, o czym ty właściwie mówisz?
— O tym właśnie. Dlaczego dowiadywałeś się, czy mieszkanie jest moją własnością? Dlaczego proponowałeś zamieszkać razem? I dlaczego od razu zacząłeś mówić o meldunku u mnie?
Przy stole wyraźnie ucichło.
Rusłan już się nie uśmiechał.
— Źle zrozumiałaś…
— Naprawdę? W takim razie wytłumacz jeszcze jedną rzecz. Po co opowiadałeś na podwórku, że niedługo się przeprowadzisz i rozwiążesz swoją kwestię mieszkaniową?
Zoja, siedząca niedaleko, od razu wtrąciła się:
— To prawda. Sama słyszałam, jak mówił o szybkim przeprowadzce.
Rusłan nerwowo pociągnął za rękaw koszuli.
Twarz mu się zmieniła.
— Wszystko nie tak zinterpretowaliście – wymamrotał w końcu.
— Możliwe – odpowiedziałam i spokojnie usiadłam. – W takim razie opowiedz zebranym, jak dokładnie należy to wszystko rozumieć. Wysłuchamy cię.
Rusłan milczał.
Potem wstał.
Podziękował Leni za zaproszenie i wieczór.
I dość szybko wyszedł.
Kiedy za nim zamknęły się drzwi, przy stole zaczęła się burzliwa dyskusja.
— Dobrze zrobiłaś – powiedziała jako pierwsza Zoja. – Dawno już należało postawić sprawę jasno.
Ale Walentyna, siostra Leny, pokręciła głową.
— A mi się wydaje, Ałło, że postąpiłaś zbyt surowo. A nuż człowiek faktycznie chciał być z tobą, tylko wyrażał to tak, jak umiał? Nie wszyscy mężczyźni potrafią mówić o uczuciach.
Lena od razu się sprzeciwiła:
— Kiedy rozmowy dotyczą wyłącznie mieszkania i meldunku, to niezbyt przypomina miłość.
— Ale przecież pomagał jej – nie poddawała się Walentyna. – Powiesił karnisz, naprawił drzwi, nosił zakupy. Może to była jego forma zalotów. A Ałła uczepiła się akurat najbardziej niefortunnych jego zdań.
Nic nie powiedziałam.
Nie chciało mi się kłócić.
Szczerze mówiąc, jakaś część wątpliwości pozostała i we mnie.
Możliwe, że Rusłan faktycznie był po prostu zbyt pragmatyczny i nieporadny w kwestii uczuć.
Może w ten sposób na swój sposób próbował pozbyć się samotności.
Ale dokładnej odpowiedzi już się nie dowiem.
Po tamtym wieczorze więcej się nie widzieliśmy.
Sąsiedzi opowiadali potem, że na początku marca Rusłan wyprowadził się ze swojego mieszkania.
Dokąd dokładnie – nie wiem.
Chyba tak jest nawet lepiej.







