Głos Taisii Wiktorowny grzmiał z telefonu tak
głośno, że Irina odruchowo odsunęła słuchawkę

od ucha.
— W kostkę, Taisio Wiktorowna. Jak zawsze.
— No jasne, znowu robisz wszystko po swojemu! — od razու oburzyła się teściowa. — Ilja lubi w słupki. Ja mu przez trzydzieści lat właśnie tak kroiłam. A ty przez pięć lat małżeństwa nawet nie nauczyłaś się normalnie przygotować ulubionej sałatki męża. Dobra, przyjadę wcześniej i sama wszystko sprawdzę.
Połączenie się zerwało.
Irina strzepnęła wodę z rąk i wytarła dłonie w łapkę kuchenną.
Plecy bolały ją tak mocno, że miała ochotę po prostu usiąść na podłodze i już nie wstawać.
Zegarek na mikrofalówce pokazywał wpół do piątej.
Ostatni dzień roku biegł według dawno znanego scenariusza.
Spojrzała w stronę salonu.
Na kanapie spał Ilja.
Dzień wcześniej miał firmową imprezę.
Firma bawiła się hojnie, na koszt przedsiębiorstwa, więc głowa rodziny wróciła do domu dopiero nad ranem i ledwo trzymała się na nogach.
Irina ciężko usiadła na kuchennym krześle.
Na stole tłoczyły się miski z już pokrojonymi produktami.
Obok stała blacha z mięsem pozostawionym w marynacie.
Dzień wcześniej wszystkie ciężkie siatki ze sklepu przyniosła sama.
Ilja tylko zadzwonił i bełkotliwym głosem oznajmił, że spóźnia się z powodu ważnych negocjacji.
„Negocjacje”, — pomyślała Irina i gorzko się uśmiechnęła.
Ilja pracował jako menedżer w niewielkiej firmie.
Przez ostatnie trzy miesiące dostawał tylko pensję podstawową, bo sezon się skończył.
Szukać dodatkowego zarobku nie chciał — duma mu na to nie pozwalała.
Cały świąteczny stół Irina opłaciła ze swojej grudniowej premii.
Kawiard, szampan, dobre mięso — wszystko zostało kupione za jej pieniądze.
— Ilja, — zawołała.
Podejdąwszy do kanapy, Irina lekko dotknęła ramienia męża.
— Wstawaj. Twoja mama zaraz przyjedzie. Trzeba chociaż odkurzyć.
Ilja niezadowolony przekręcił się i naciągnął koc prawie po sam czubek głowy.
— Ira, weź daj spokój. Daj pospać. Dziś przecież jest święto.
— Ja też mam święto, tylko że od ósmej rano stoję przy kuchni, — sucho odpowiedziała żona. — Obiecałeś pomóc.
— Ja w ogóle to przynoszę pieniądze do domu! I mam prawo odpocząć! — fuknął.
Po tym Ilja odwrócił się do ściany.
Irina przemilczała.
Na kłótnię nie miała już sił.
Wyciągnęła z spiżarni odkurzacz i sama zabrała się za dokończenie sprzątania.
Równo o szóstej wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi.
Ilja momentalnie ożył.
Zeskoczył z kanapy, przygładził włosy i pospieszył do przedpokoju.
— Mamo, cześć! Szczęśliwego Nowego Roku!
— Iljuszka, synku! — Taisia Wiktorowna dosłownie wpłynęła do mieszkania.
Puchowa kurtka głośno szumiała przy każdym ruchu.
— Boże, jaki ty chudy się stałeś! I cały blady. Na pewno w pracy cię wykończyli?
— Trochę tak, — skromnie odpowiedział Ilja i spuścił wzrok.
Pomógł matce zdjąć wierzchnie ubranie.
Irina wyszła z kuchni.
— Dzień dobry, Taisio Wiktorowna.
Teściowa uważnie obejrzała ją od stóp do głów.
Pomalowane usta wykrzywiły się w niezadowoleniu.
— Cześć, Iroczko. Tak zamierzasz spędzić cały wieczór w domowych spodniach? Święto zaraz się zacznie. Mogłabyś chociaż doprowadzić się do porządku. Mąż wraca zmęczony, a ty witasz go w takim stanie.
— Cały dzień gotuję, — obojętnie odpowiedziała Irina. — Proszę przejść do pokoju.
Taisia Wiktorowna dostojnie udała się do salonu.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było przejechanie palcem po półce serwantki i uważne przyjrzenie się skórze.
— Kurz, — ogłosiła teściowa. — Choć czemu się dziwić. Kiedy kobieta ma zajmować się domem, skoro całymi dniami przekłada papierki w biurze? A tak w ogóle przywiozłam prezenty.
Wyciągnęła z dużej torby dwa zawiniątka.
— To dla ciebie, synku.
Ilja otrzymał piękne pudełko z drogimi perfumami.
— Żebyś w pracy pachniał solidnie.
— Dziękuję, mamo! — szeroko uśmiechnął się.
— A to dla ciebie, Iroczko.
Teściowa wcisnęła synowej miękki, bezkształtny pakunek.
W środku znajdowały się dwie cienkie ściereczki kuchenne w jaskrawożółtym kolorze.
— Dziękuję, — spokojnie powiedziała Irina i położyła prezent na komodzie. — Przydadzą się.
— Jeszcze jak się przydadzą! — prychnęła Taisia Wiktorowna. — Twoje stare już całkiem wyblakły. Nieprzyjemnie na nie patrzeć, tylko apetyt mężczyźnie psują. No, a co będzie na danie główne?
Dalej wieczór upłynął dokładnie tak, jak Irina przypuszczała.
Taisia Wiktorowna wygodnie rozgościła się na kanapie i stamtąd kierowała każdym ruchem synowej.
Ilja siedział obok, przeglądał coś w telefonie i od czasu do czasu zgadzał się z matką.
Irina w samotności nosiła naczynia, układała potrawy i nakrywała do stołu.
Do wpół do dwunastej wszystko było gotowe.
Kryształowe salaterki lśniły w świetle żyrandola.
Mięso pachniało tak apetycznie, że aromat wypełnił całe mieszkanie.
Na środku stołu stał duży talerz z kanapkami.
Irina usiadła na skrajnym krześle.
Telefon leżał obok.
Patrzyła na migotanie telewizora i marzyła tylko o jednym — żeby ten wieczór jak najszybciej się skończył.
— A orzechów do sałatki nie dałaś?
Taisia Wiktorowna niezadowolona podłubała widelcem w sałatce jarzynowej.
— Ilja ma na nie alergię, — odpowiedziała Irina.
— A mógłby raz wziąć tabletkę! Święto w końcu jest, — oburzyła się teściowa. — Zupełnie przestaliście szanować matkę. Pół godziny tłumaczyłam ci przepis przez telefon. Specjalnie nawet kupiłam orzechy włoskie.
— Mamo, ja naprawdę mam po nich wysypkę, — niemrawo powiedział Ilja, nakładając sobie mięso.
— Oj, jaka tam wysypka! W dzieciństwie jadłeś i nic ci nie było, — machnęła ręką Taisia Wiktorowna. — To wszystko wymysły Iroczki. Byle tylko zrobić mi na złość.
Irina nie odpowiadała.
— Kawiard jakiś taki zupełnie drobny, — kontynuowała teściowa, przyglądając się kanapce z miną, jakby znalazła na niej coś podejrzanego.
— Z promocji wzięłaś, Iroczko? Postanowiłaś zaoszczędzić na rodzinnym święcie?
— Normalny kawiard, — mruknął niezadowolony Ilja. — Ira, podaj serwetki.
— No jasne, dla ciebie wszystko jest normalne! — załamała ręce Taisia Wiktorowna. — Mąż przynosi do domu ogromne pieniądze, można było kupić porządną puszkę, a nie tę papkę.
Prosto się wyprostowała.
— Po was ciągle trzeba wszystko sprawdzać. Jak wy w ogóle ode mnie żyjecie, nie rozumiem.
Irina podniosła wzrok.
— Taisio Wiktorowna, Ilja przez ostatnie trzy miesiące dostaje tylko pensję podstawową. I kwota tam jest bardzo niewielka. Cały ten stół kupiłam ze swojej premii.
Ilja zakrztusił się mięsem.
— Ira, po co teraz to zaczynasz? Przecież jest święto.
— Nic nie zaczynam, — spokojnie powiedziała i spojrzała na męża. — Po prostu wyjaśniam prawdę. Żeby twoja mama nie martwiła się o twoje ogromne zarobki.
Twarz Taisii Wiktorowny pokryła się czerwonymi plamami.
Chwyciła za krawędź stołu.
— Jak ty śmiesz?! — krzyknęła teściowa. — Wymawiasz mojemu synowi pieniądze? On dla ciebie codziennie haruje! Przyszłaś do jego mieszkania na gotowe, żyjesz jak królowa i jeszcze pozwalasz sobie gębę otwierać!
Irina powoli rozejrzała się po pokoju.
— Do jego mieszkania?
— A czyjego według ciebie?! — pisnęła Taisia Wiktorowna. — Mój syn tutaj wszystko urządzał!
— Mamo, uspokój się, — wymamrotał Ilja.
Spróbował wziąć ją za rękaw, ale wyglądał przy tym na wyraźnie zaniepokojonego.
— To mieszkanie, Taisio Wiktorowna, dostałam od babci jeszcze przed poznaniem waszego syna, — wyraźnie powiedziała Irina. — Wasz Ilja przyszedł tu z jednym plecakiem. I przez pięć lat nawet cieknącego kranu w kuchni nie naprawił.
— Nieprawda!
Teściowa z siłą uderzyła dłonią w stół.
Kieliszki żałośnie zadźwięczały.
— Ilja, powiedz jej! Dlaczego milczysz?
Ale Ilja spuścił wzrok na talerz i pilnie żuł cielęcinę, jakby rozmowa w ogóle go nie dotyczyła.
Na ekranie telewizora zegar pokazywał za pięć dwunasta.
Taisia Wiktorowna nagle wstała z uroczystą miną i chwyciła kieliszek szampana.
— No to co, czas pożegnać stary rok! — złośliwie powiedziała. — Iljuszka, synku, życzę ci w nowym roku ogromnej cierpliwości. Niełatwo samemu ciągnąć cały dom, zwłaszcza gdy obok nie ma żadnego wsparcia. Gdy żona jest niewdzięczna i chciwa. Ta, która nawet normalnego kawiard u na świąteczny stół kupić nie potrafi!
Irina siedziała nieruchomo.
Przez kilka sekund milcząc patrzyła na jaskrawo pomalowane usta Taisii Wiktorowny, a potem przeniosła wzrok na męża.
Ilja pilnie udawał, że jest całkowicie pochłonięty sałatką i nie zauważa tego, co się dzieje.
Irina spokojnie wzięła leżący obok telefon.
Ekran od razu się zapalił.
— Do kogo tam piszesz? — niezadowolony zapytał Ilja. — Zaraz zacznie się orędzie.
Rzucił na żonę poirytowane spojrzenie.
— Zamawiam samochód, — krótko odpowiedziała Irina, nie podnosząc głowy.
— Dokąd jeszcze? — zgubiła się teściowa. — Jakie może być taksówka tuż przed Nowym Rokiem?
— Do domu. Dla was obojga.
— Ty w ogóle rozumiem, co mówisz?
Ilja z siłą rzucił widelec na stół.
— Do północy dwie minuty!
— Nic nie szkodzi. W drodze spotkacie, — spokojnie powiedziała Irina i potwierdziła zamówienie. — Samochód jest już wyznaczony. Podwyższony komfort, tak jak lubi Taisia Wiktorowna. Opłata poszła z mojej karty.
— Co to za przedstawienie?! — twarz teściowej stała się purpurowa. — Wyrzucasz własną matkę z domu w świąteczną noc?
— Nie z waszego domu, tylko z mojego, — spokojnie uściśliła Irina. — Kierowca już czeka pod klatką. Schodźcie.
— Ilja! — zawyła Taisia Wiktorowna. — Pozwolisz tej kobiecie rozmawiać ze mną w ten sposób?!
Mąż gwałtownie wstał i zahaczył łokciem o solniczkę.
Ta przewróciła się, rozsypując sól po obrusie.
— Ira, ty zupełnie zwariowałaś? Co ty wyprawiasz? Natychmiast przeproś mamę!
— Wychodźcie. Oboje.
— A idź w diabły! — ryknął Ilja. — Mamo, zbieraj się. Niech zostanie tu sama, skoro uważa się za najmądrzejszą. Jeszcze sama przybiegnie prosić o przebaczenie! Zobaczymy, jak zaśpiewa bez męża!
W przedpokoju zaszeleściły wierzchnie ubrania.
Taisia Wiktorowna oburzona wyrzekała synowi, jednocześnie obsypując synową przekleństwami i obiecując, że ta jeszcze pożałuje.
Kłapały skrzydła szafy.
Zabrzęczały klucze, które Ilja złością rzucił na półkę koło butów.
Irina nawet się nie odwróciła.
Po chwili drzwi wejściowe z hukiem się zamknęły.
Prawie natychmiast z telewizora dał się słyszeć uroczysty bicie zegara.
Irina przysunęła do siebie talerz z kanapkami.
Wybrała jedną, na której warstwa masła była wyjątkowo obfita, i ugryzła.
Kawiard okazał się wspaniały — świeży, sypki i umiarkowanie słony.
Napełniła kieliszek szampanem, lekko uniosła go przed sobą i cicho powiedziała:
— Za mnie.
Potem wzięła łyk.
I dopiero teraz zauważyła, że plecy już nie bolą.
W połowie stycznia przyszły silne mrozy.
Irina stała przy otwartych drzwiach, opierając się ramieniem o futrynę.
Na półpiętrze przestępował z nogi na nogę Ilja.
Miał na sobie zbyt lekką jak na taką pogodę jesienną kurtkę i z zimna ciągle wciągał głowę w ramiona.
— Tam jeszcze pudełko z moimi zimowymi butami powinno być, — ponuro powiedział.
Przy tym Ilja patrzył nie na Irinę, ale gdzieś w stronę windy.
— Wynieśli je do przedsionka, — odpowiedziała. — Stoi obok liczników.
Skinęła głową w kąt półpiętra.
Ilja przestąpił z nogi na nogę i pomilczał.
— Ira… Może jednak porozmawiamy? Mama wtedy trochę przesadziła. W końcu było święto, wypiła za dużo. Ja też poniosło mnie.
Spróbował złapać jej wzrok, ale Irina patrzyła ponad jego ramieniem.
— Nie zapomnij zabrać obuwia, — spokojnie przypomniała.
— Naprawdę postanowiłaś wszystko zniszczyć z powodu jakiejś puszki kawiard u? — w głosie Ilji pojawiła się znana dotknięta intonacja. — Przecież jestem twoim mężem.
— Masz mamę, — odpowiedziała Irina. — Ona i marchewkę pokroi tak, jak lubisz, i drogie perfumy podaruje.
Zrobiła mały krok do tyłu.
— Żegnaj, Iljusza.
Irina zamknęła drzwi i przekręciła zamek.
Potem przeszła do kuchni i postawiła czajnik.
Na parapecie leniwie wyciągał łapy kot sąsiada, którego wzięła do siebie na kilka dni, dopóki właściciele byli wyjechani.
W mieszkaniu pachniało świeżą kawą, ciepłem i spokojem.
Irina otworzyła szafkę i wyciągnęła nową filiżankę — dużą, jaskrawą, z niedorzecznym wesołym rysunkiem, który wcześniej Ilja na pewno nazwałby bezgustownym.
Teraz nikt nie tłumaczył jej, jak należy prawidłowo siekać warzywa.
Nikt nie decydował, na co ma wydawać własne pieniądze.
Nikt nie kazał usprawiedliwiać się z zmęczenia, pracy i pragnienia spokojnego życia.
Życie toczyło się dalej.
I po raz pierwszy od długiego czasu to życie całkowicie odpowiadało Irinie.







