Nie uwierzyłam, wezwałam dzielnicowego i,
jak się okazało, nie bez powodu…

Moje życie zawsze było dość poukładane.
Dzień po dniu wszystko szło swoim zwykłym trybem i chwilami wydawało mi się, że nic niespodziewanego w naszej osadzie już się zdarzyć nie może.
Ale ta niedawna historia zmusiła mnie na długo zapomnieć o spokoju.
Listy po osadzie roznosiłam już od wielu lat.
Przez ten czas zdążyłam poznać prawie każdego mieszkańca: z kimś się przyjaźniłam, z kimś ograniczałam do krótkiego powitania, a niektórych wolałam po prostu nie spotykać.
Arseniusza Pietrowicza znali wszyscy.
Przekroczył osiemdziesiątę, jednak wyglądał jak na swój wiek krzepko i dostojnie.
W przeszłości pracował jako cieśla i uchodził za prawdziwego mistrza.
Nemało rzeczy w okolicy zostało zrobionych jego rękami.
Kiedyś do Arseniusza Pietrowicza przyjeżdżali nawet klienci z daleka – tak bardzo ceniono jego pracę.
Zazwyczaj sam wychodził do furtki, ledwo zauważywszy mnie na drodze.
– Dzień dobry, Galino!
– I wam dzień dobry, Arseniuszu Pietrowiczu.
Gazeta dla was.
Przyjmował świeży numer silnymi, węzłowatymi palcami, czasem zamieniał ze mną parę słów i wracał na podwórko.
Ale tamtej wiosny wszystko się zmieniło.
Pogoda okazała się wyjątkowo zimna.
Zamiast normalnego ciepła co chwila sypał mokry śnieg, wiatr chłostał po policzkach, a drogi zamieniły się w jedno wielkie błoto.
Pod butami chlupało tak, że pod koniec trasy nogi były mokre i ciężkie.
Pewnego ranka podeszłam do domu Arseniusza Pietrowicza i zdziwiłam się: gospodarz się nie pojawił.
Poczekałam chwilę.
Nikogo.
Uznałam, że człowiek jest zajęty albo po prostu mnie nie usłyszał, zostawiłam gazetę przy furtce i kontynuowałam trasę.
Następnego dnia powtórzyło się to samo.
Tylko teraz zaniepokoiło mnie coś innego: wczorajsza gazeta nadal leżała tam, gdzie ją zostawiłam.
Podeszłam bliżej, zapukałam.
– Arseniuszu Pietrowiczu!
To Galina, poczta!
Żadnej odpowiedzi.
Zapukałam jeszcze raz, głośniej.
Cisza.
Wzruszyłam ramionami i ruszyłam dalej.
Ale dochodząc do zakrętu, dlaczegoś się zatrzymałam i rozejrzałam.
Dom stał cichy, zamknięty.
I wewnątrz mnie nieprzyjemnie poruszył się lęk.
Coś tu było nie tak.
Zupełnie nie tak.
Trzeciego ranka przyniosłam Arseniuszowi Pietrowiczowi list polecony, który należało doręczyć osobiście adresatowi.
Podeszłam do furtki i ostatecznie się zaniepokoiłam.
Obie gazety leżały na swoim dawnym miejscu.
Teraz już nie czekałam.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Łarysy.
Była synową Arseniusza Pietrowicza.
W ich rodzinie pojawiła się nieco ponad rok temu: przed ślubem mieszkała w mieście, potem wyszła za Filipa, syna Arseniusza Pietrowicza, i przepłynęła bliżej męża.
Mieszkali niedaleko naszej osady.
Nie będę ukrywać – Łarysa nigdy szczególnie mi się nie podobała.
Była w niej jakaś nieprzyjemna szorstkość.
Wzrok kolczasty, oczy ciągle biegają, jakby cały czas coś wyczekiwała albo kombinowała.
Po osadzie krążyło o niej niemało plotek.
Ktoś mówił, że z wykształcenia jest pracownikiem medycznym.
Inni dołączali zupełnie niedorzeczne historie, jakoby w jej rodzie byli ludzie zdolni sprowadzać wszelkie nieszczęścia.
W takie bajki nie wierzyłam.
Jednak jeden fakt mnie niepokoił: przed pojawieniem się Łarysy Arseniusz Pietrowicz, mimo wieku, trzymał się dzielnie.
A potem nagle zaczął coraz częściej narzekać na słabość i złe samopoczucie.
Łarysa odpowiedziała prawie natychmiast.
– Tak?
– Łarysa, to Gala.
Jestem przy domu Arseniusza Pietrowicza.
Już od kilku dni go nie widzę.
Nie wiesz, gdzie on jest?
– Wyjechał – odpowiedziała szybko.
– Do znajomego na pasiekę.
– Na pasiekę?
– Tak.
Od dawna się wybierał.
Widocznie w końcu pojechał.
W telefonie coś zaszurało.
Łarysa na chwilę zamilkła, a potem już bardziej zirytowana dodała:
– Tam wszystko jest w porządku.
Zapasowy klucz mam ja.
Zostawiaj poczta przy furtce, potem zajdę i zaniosę.
I nie odgrywaj detektywa.
Spojrzałam przez ogrodzenie.
Pod drwami przy rąbance drewna walały się świeże szczapki, a niedaleko leżał gospodarski topór.
To mi się wcale nie podobało.
Arseniusz Pietrowicz mógł wyjechać dokądkolwiek.
Ale porzucić narzędzie pracy pod gołym niebem?
Tego po nim nie pamiętałam.
– Mam list polecony – powiedziałam.
– Trzeba go doręczyć osobiście adresatowi.
Łarysa wyraźnie podniosła głos:
– Gala, czy ty mnie w ogóle słyszysz?
Zostaw przy furtce!
Sama mu potem przekażę.
Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny chłód.
Pożegnałam się i rozłączyłam.
Ale niepokój nigdzie nie zniknął.
Cały dzień mimowolnie wracałam myślami do Arseniusza Pietrowicza.
A jeśli żadnej pasieki w ogóle nie było?
Wtedy, wbrew mojej woli, do głowy napłynęły te wszystkie wiejskie opowieści o Łarysie.
Oczywiście w misticyzm nie wierzyłam.
Ale co, jeśli Arseniusz Pietrowicz rzeczywiście poważnie zachorował?
A nuż leży teraz w domu sam i nie jest w stanie nawet wstać?
A potem przypomniało mi się coś jeszcze.
Niedawno staruszek sporządził testament.
Nie ukrywał tego.
Głównym spadkobiercą miał zostać Filip.
Po śmierci ojca synowi miały przypaść dom i pewne oszczędności.
I wtedy naszła mnie bardzo nieprzyjemna myśl.
A co, jeśli komuś zafascynowało się zdobyć to wszystko wcześniej?
Natychmiast się opamiętałam.
„Galino, przestań.
Zupełnie już coś zmyślasz”.
Nie wolno oskarżać ludzi tylko dlatego, że ci się nie podobają.
Zusiłam się do zajęcia pracą.
Ale następnego ranka nic się nie zmieniło.
Arseniusza Pietrowicza nadal nie było widać.
Znowu zadzwoniłam do Łarysy i poprosiłam, żeby przyjechała.
Powiedziałam, że chcę spokojnie porozmawiać z nią osobiście i dowiedzieć się, dokąd właściwie wyjechał jej teść.
Po krótkiej pauzie zgodziła się.
A sama udałam się do wiejskiego sklepu.
Tam zazwyczaj wiedzieli o wszystkim wcześniej niż inni.
Sprzedawczyni, usłyszawszy moje pytanie, zamyśliła się.
– Arseniusza Pietrowicza?
Nie, od kilku dni na pewno nie zachodził.
I żeby wyjeżdżał, też nie widziałam.
Dziwne.
Obok znajdowała się Taisiya Matwiejewna, mieszkająca o jedno podwórko dalej od niego.
Wtrąciła się do rozmowy:
– Ja wczoraj niosłam mu mleko.
Stukałam długo.
Nawet krzyczałam.
Nikt nie otworzył.
– Też nikt?
– Nikt.
Potem Taisiya Matwiejewna zmrużyła oczy:
– A czego ty, Galka, tak się poruszyła?
Oowiedziałam o nienaruszonych gazetach, liście i rozmowie z Łarysą.
W tym momencie drzwi sklepu się otworzyły.
Na progu pojawiła się sama Łarysa.
– O, oto gdzie nasza służba śledcza się zebrała – uśmiechnęła się.
– Gala, czy ty już cały sklep postawiłaś na nogi?
Ludzie natychmiast odwrócili głowy w naszą stronę.
Łarysa podeszła bliżej.
– Powtarzam po raz kolejny: Arseniusz Pietrowicz wyjechał.
Przestań urządzać przedstawienie.
Dawaj ten list tutaj.
Jestem jego krewną i przekażę.
– Jest pełnomocnictwo?
Łarysa zamiast odpowiedzi wyciągnęła zadbaną dłoń.
Schowałam kopertę z powrotem do torby.
– Bez pełnomocnictwa listu poleconego ci nie oddam.
Niezadowolona zacisnęła wargi.
I wtedy mnie olśniło.
A dlaczego by naprawdę nie sprawdzić domu?
Jeśli Arseniusz Pietrowicz wyjechał, upewnimy się o tym i uspokojymy.
A jeśli nie…
Odwróciłam się do obecnych:
– Posłuchajcie, przecież wszyscy martwimy się o Arseniusza Pietrowicza?
Kilka osób potakująco skinęło głowami.
– A co, jeśli on w rzeczywistości nigdzie nie wyjechał?
Łarysa od razu się spięła.
– Co to ma znaczyć?
Nie wierzysz mi?
Myślisz, że kłamię?
– Nic takiego nie powiedziałam.
Może faktycznie wybierał się w drogę i ci o tym powiedział.
A potem zrobiło mu się słabo.
A nuż – kręgosłup chwycił, ciśnienie skoczyło.
– Nic mu nie chwyciło! – rzuciła ostro Łarysa.
I to właśnie jej nerwowość ostatecznie przekonała mnie, by nie ustępować.
Spojrzałam na Taisiyę Matwiejewnę.
– Wezwijmy dzielnicowego.
Łarysa zmrużyła oczy:
– I po co, ciekawam?
Wytrzymałam jej wzrok.
– Żeby upewnić się, że człowiek nie potrzebuje pomocy.
Dzielnicowemu wyjaśniono sytuację: starszego mężczyzny nikt od kilku dni nie widział, poczty nie odbiera, sąsiadom drzwi nie otwiera, a krewna twierdzi, że wyjechał.
Nasz dzielnicowy był młody, ale rozgarnięty i energiczny.
Znałam go jeszcze jako chłopaka.
W dzieciństwie opowiadał wszystkim, że na pewno będzie łapał przestępców.
Przyjechał dość szybko, wysłuchał nas, zaprosił dwóch świadków, wśród których byłam i ja, po czym ruszył w stronę domu Arseniusza Pietrowicza.
Śladem, rzecz jasna, ruszyli najbardziej ciekawscy klienci sklepu.
Łarysa też poszła.
Przed domem dzielnicowy kilka razy głośno zapukał.
Nikt nie odpowiedział.
Wtedy odwrócił się do Łarysy:
– Mówiła pani, że ma zapasowy klucz?
– Mam.
– Otwierać drzwi.
Nie sprzeciwiała się.
Zamek kliknął.
Pierwszy wszedł dzielnicowy, za nim my ze świadkiem.
Zaledwie przekroczyłam próg, w nos uderzył ciężki, stęchły zapach.
A po chwili z głębi domu dobiegł ledwo dosłyszalny jęk.
Dzielnicowy natychmiast rzucił się w stronę dźwięku.
Po kilku sekundach rozległ się jego zaniepokojony głos:
– Niech ktoś wzywa karetkę!
Łarysa zaczęła się krzątać:
– Karetkę?
Co tam?
Co się stało?
– Szybko dzwonić! – rozkazał ostro dzielnicowy.
– Człowiek jest w złym stanie!
Łarysa wyciągnęła telefon i drżącym głosem podyktowała adres.
Medycy przyjechali wkrótce i od razu weszli do domu.
Wyszliśmy na podwórko, żeby nie plątać się im pod nogami.
Stałam przy furtce i próbowałam pojąć to, co się stało.
Więc Arseniusz Pietrowicz nigdzie nie wyjechał.
Przez cały ten czas znajdował się tutaj.
Sam.
Łarysa stała niedaleko.
Twarz miała bladą, wargi nerwowo przygryzała.
I w żaden sposób nie mogłam pojąć, czy naprawdę bała się o teścia, czy po prostu bardzo dobrze udawała niepokój.
Po jakimś czasie Arseniusza Pietrowicza wyniesiono na noszach.
Najważniejsze – żył.
Załadowano go do karetki pogotowia.
Łarysa wsiadła razem z nim, po czym odjechali.
Później stało się jasne, że bezpośredniego zagrożenia życia Arseniusza Pietrowicza już nie ma i po leczeniu będą mogli wypuścić go do domu.
Ale na tym historia się nie skończyła.
Po jakimś czasie policja zatrzymała Łarysę i Filipa.
W naszej osadzie wiadomości rozchodzą się błyskawicznie, dlatego wkrótce usłyszałam, że podczas badań lekarze wykryли w organizmie Arseniusza Pietrowicza ślady jakichś substancji chemicznych.
Sam on, kiedy doszedł do siebie i mógł normalnie rozmawiać, również opowiedział lekarzom i policji o swoich podejrzeniach.
Co stało się naprawdę i kto w czym zawinił, miało teraz ustalić śledztwo.
Arseniusz Pietrowicz po leczeniu wrócił do domu.
Kiedy po raz pierwszy po jego wypisie przyniosłam mu pocztę, znów wyszedł do swojej furtki.
Wyglądał jeszcze słabo, schudł, ale trzymał się na nogach i nawet się uśmiechał.
Podałam mu świeżą gazetę.
Wziął ją swoimi zwykłymi, węzłowatymi palcami i nagle powiedział:
– Galoczko, jesteś moim aniołem stróżem.
Gdybyś wtedy nie podniosła alarmu, nie wiadomo, gdzie bym teraz wylądował.
Tylko machnęłam ręką.
– Nie wymyślajcie, Arseniuszu Pietrowiczu.
Lepiej trzymajcie gazetę, póki wiatr nie uniósł.
Uśmiechnął się.
A ja poprawiłam torbę na ramieniu i poszłam dalej roznosić pocztę po naszej osadzie.







